Ernest Bryll – ostatni taki narodowiec (1)

bryll pl.jpg
Ernest Bryll zadebiutował w piśmie „Po prostu” jako autor artykułu (1952). Rzeczywiście, wydawało się, że będzie operatywnym dziennikarzem. Pracował i współpracował ze „Sztandarem Młodych”, „Orką”. Szybko jednak zakosztował smaku poety. Zaczął zamieszczać kolejne wiersze, zadebiutował na rynku księgarskim tomem „Wigilie wariata” (1958). W okresie juwenaliów, publikacji okazjonalnych, już był dostrzeżony przez krytykę.

Dość obszerne, ale nie dość trafne omówienie inicjacji Bryllowej na polu poezji, zamieścił Andrzej Dobosz w tak wsławionym pozytywnie zamieszczaniem debiutów piśmie „Po prostu” (1955). Krytyk zarzucił poecie wtórność przetwarzania znanych i popularnych wątków, jakby dla zjednania sobie poklasku. Napisał: „Wydaje mi się, że wiersze Ernesta Brylla powstają po uważnej lekturze poezji współczesnej, ich własny, odrębny ton polega na uporczywym wychwytywaniu spraw i problemów uporczywie zazwyczaj pomijanych. Gdy wszyscy pisali wiersze o budowie socjalizmu, aktywiście ZMP – Bryllowi wystarczyło, że przeżył kilka cudzych dobrych utworów na ten temat. On nam pisał wtedy o ludziach oszukanych, którzy bez sensu stracili życie na stokach Monte Cassino. Znam tylko jeden wiersz Brylla związany z kalendarzowym nurtem historii – głęboko przeżyty, wzruszający wiersz napisany po śmierci Stalina”.

Krytyk zaatakował nienadążanie za historią, nietrafianie w modę, może postponowanie żywego rytmu „rewolucyjnych przemian”. Wiersz o Stalinie miałby ratować poetę. A w rzeczy samej – już u początków twórczości Bryll szedł własną drogą, drogą unikania pochwały walki, potrząsania – jak długo bywało – szabelką. Jeszcze tenże Dobosz nazywa z tego powodu Ernesta Brylla pisarzem narodowym, i słusznie, endekiem nie mógł być, bo endecja została zakazana. Niecelnie klucząc, od razu wychwycił w twórczości poety sprawy najistotniejsze: okazuje on potrzebę wyzwolin z pęt z okowów współczesności,co widać w dwuwierszu:

„To tango was zadusi
Jeśli nie rozerwiecie łańcucha drewnianych dni”

Pamiętać trzeba, jakie tango odtańczyli bohaterowie dramatu Sławomira Mrożka, dramatu pod tym samym tytułem, co nękało Konrada z III części „Dziadów” Mickiewicza i co sprawiało, że nie zabrzmiał Złoty Róg w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego. Trafnie użył Dobosz słowa w kontekście osoby Brylla – był już pisarzem narodowym, więcej, jako remedium na zerwanie pęt, na zrzucenie okowów – onegdaj niewoli, dziś zniewolenia, była czystość duchowa. Dlatego krytyk zauważa, że Bryll jest moralistą, szkoda, że dodaje: „moralistą naiwnym”. W istocie – historia przyznała, jak się okaże – rację Bryllowi, dzięki moralności naród odniósł zwycięstwo, jeszcze nie teraz.

Związki tej poezji z tradycją podkreśla autor recenzji z „Wigilii wariata”, dziennikarz „Tygodnika Zachodniego” (1959 nr 8), autor materiału „Fajerwerk metafor”. Zauważyć to było można nawet w tak „postępowym” z założenia konkursie poetyckim „Czerwona Róża” w Gdańsku, na którym młody poeta Bryll zdobył palmę pierwszeństwa (1961). Tu młodzieżowy działacz, aktywista, a wiersz nagrodzony (bez tytułu), mówi o potrzebie historycznej mierzenia się z przeciwnościami siłą.

Wiersz o wojnie, o wojnie „humanitarnej” to jednak głos w sprawach aktualnych w pokoleniu Grochowiaka. Poeta uczestniczył żywo w życiu współczesnym, przebierając się najczęściej w kostium badacza mitów. Od początku prowadził dyskusję z nimi, chciał je obalić, zdejmować pomniki. Sam ambiwalentny, próbujący pokarmu i z lewa, i z prawa, szukał najlepszej drogi do mierzenia się z mizerią społeczeństwa polskiego. Dowcipkując na temat poszukiwań poety, balansowania jakby taktycznego, ale nie chwiejności, rówieśnik mistrza, Piotr Kuncewicz wyraził się nawet, pewnie najtrafniej w odniesieniu do początków twórczości Brylla, że „W każdym razie mszy i zebrania partyjnego nie opuszczał nigdy.” („Agonia i nadzieja”, t. III).

O sprawach nurtujących jego pokolenie wypowiadał się jeszcze często w publicystyce i eseistyce. Skrywał się za parawanem historii, tej nieraz bolesnej, ale już miał wizję nowej rzeczywistości. Znów początek zagadnienia zaczynał się od sposobu pojmowania dawniej i przez innych patriotyzmu i ojczyzny a kończył na miejscu patriotyzmu i pojmowania ojczyzny przez współczesne pokolenie, tak aby przekazało pałeczkę kontynuacji pokoleniom następnym. Obserwacje, przemyślenia i obawy wyraził w artykule „Wspólnota” (1963) chcąc ustalić dominantę oddania ojczyźnie, wykazywanego wspólnie przez wszystkie pokolenia literackie, debiutujące po 1939 roku. Powołał się przy tym na twórczość Trzebińskiego, Borowskiego, dalej Osmańczyka i Załuskiego.

Dyskutował z poglądami idealnego Konfederacji Narodu (przy okazji omawiania świeżo wydanego jego pamiętnika), wskazując na przewagę autora „Pożegnania z Marią”, który wyciągnął wszystkie konsekwencje z tragicznej dla Polaków lekcji historii. Ale ci dwaj twórcy, jak i wymienieni tu tylko z nazwiska nadają tonację pokoleniu „Genealogii ocalonych” przez to, że „są opętani sprawami ojczyzny”. A prolongatą założeń początkowych tego pokolenia jest stały rozwój polskiej myśli patriotycznej. Bryll, mówiąc i w znacznym stopniu o sobie, stwierdza: „w moim otoczeniu literackim wcale to „opętanie sprawami ojczyzny” nie zmalało”.

Norwid napisał o takich, co „szli, krzycząc: Ojczyzna”, a nie mieli wizji dobrej do przyjęcia – „jaka?”. W artykule „Droga na: być”, artykule dla Brylla i swego pokolenia „Współczesności” programowym, apelował o „poezję obywatelską”,
o nawiązanie do dbałej o państwo twórczości renesansowej, o myślenie, o naprawę Rzeczpospolitej. Poeta w rozwidleniach małej stabilizacji lat sześćdziesiątych przedkładał „być” nad „mieć” i priorytet świadomego, nadobywatela, oddanego patrioty.

Jeszcze jedno krótkie przypomnienie artykułu, tym razem Jarosława Iwaszkiewicza z „Życia Warszawy” (1966 nr 153). Napisał on: „Ta tragiczna, ale silna ojczyzna, której zawsze pozostawia się własne rozstrzyganie najzawilszych spraw bytu, która jest częstokroć samotna i niezrozumiała, ale trwa mocno przy swoim i waruje jak pies – to jest to wzruszająca Polska Brylla, która jak tło, jak echo, jak „głos wewnętrzny” wyziewa z każdego jego wiersza".

Dramat narodowy

Bryll, próbujący ustawicznie swych sił w wypowiedzi linearnej, eseistyczno-publicystycznej, szybko zdobył sobie wysoką pozycję w Polsce jako poeta. Po „Wigiliach wariata” wydawał systematycznie nowe tomy wierszy: „Autoportret z bykiem” (1960), „Twarz nie odsłonięta” (1963), „Sztuka stosowana” (1966), „Mazowsze” (1967), „Muszla” (1968). Po przełomowym roku 1968 nie odłożył pióra, nadal wydawał w niedługich odstępach czasu swoje poezje. Rzecz zadziwiająca, pokolenie „Współczesności”, do którego Bryll należał, miało tylu wspaniałych poetów (Grochowiak, Herbert, Harasymowicz, Drozdowski, Szymborska), ilu krytyków literackich. I Bryll miał szczęście, pisali o nim: oceniali jego utwory bądź wdawali się z nim w dyskusje Jan Błoński, Piotr Kuncewicz, Artur Sandauer, pisane: Jarosław Iwaszkiewicz i Stanisław Grochowiak. Bogate było to pokolenie w talenty.

Wypróbowawszy swoich możliwości w poezji, Bryll zapragnął pozostawić trwalszy, dobitniejszy ślad w pamięci czytelnika. Uprawiając eseistykę, miał już tylko krok do sprawdzenia się w prozie. W roku 1963 datuje się jego przygoda z powieścią. Wydał kolejno utwory: „Studium” (1963), powieść z wątkiem kryminalnym, „Ciotka” (1964), „Ojciec” (1964), „Jałowiec” (1965), „Gorzko, gorzko” (1965). To niemal cały dorobek prozatorski pisarza. Podejmował głównie problematykę wiejską, z kraju lat dziecinnych, z tematyką rodzinną i ojczyźnianą. Twierdził, że zagadnień warszawskich nie był w stanie udźwignąć. Poruszał na pozór sprawy banalne. „Ciotka” podejmowała problem reformy rolnej, zdawałoby się – nic ciekawego, ale Bryll ujął ten problem od strony przeciwnika zmian społecznych.

Trzecim kręgiem ewolucji formy wypowiedzi u Brylla był dramat czy raczej w ogóle utwory komiczne. Z czasem powstaną rzeczy dialogowane, widowiska, śpiewogry – wszystko, co udźwignie teatr. Odnowi Bryll scenę, ale ją i zaśmieci, szczególnie „formami za bardzo pojemnymi” (Miłosz). A zaczęło się tradycyjnie. W 1968 roku opuścili szufladę „Żołnierze”, „Krótka rzecz prozą o końcowej fazie ostatniej wojny z piosenkami” (P. Kuncewicz). Ale już sztuka następna „Rzecz listopadowa” (1968), to wydarzenie – jak mówiono – na miarę całego dwudziestolecia powojennego.

Osnową sztuki są obserwacje przybysza „ze świata”, który widzi Warszawę w Zaduszki. Warszawa jest „jednym ogromnym cmentarzyskiem”, po którym snują się „masy ludzkie”. Sam pisarz stwierdzał w „Zwierciadle” (1968 nr 50-51) w rozmowie z dziennikarzem: „odwołuję się w „Rzeczy listopadowej” do mitu „Zaduszek”, do mitu „Wesela”, po to, żeby zastanowić się, na przykład, jak wygląda u nas współczesny czad chocholego tańca; jak kult martyrologii wpływa na nasz stosunek do historii i do współczesności.” Co dało pretekst do zajęcia się naszymi najnowszymi dziejami.

W tym samym wywiadzie Bryll odpowiada: „Historia Polski jest i nie jest historią Europy. U podwalin kultury europejskiej leży przekonanie, że życie każdego człowieka jest najwyższą świętością. Należymy do narodu, w którym od wieków co drugie pokolenie młodzieży idzie na hekatomby.” Bryll chciał więc znaleźć sposób na wyjście z błędnego koła, opętania „weselnego”, stworzyć filozofię pozytywną narodu jak Dmowski, jak Wyspiański w „Wyzwoleniu”. Na czym polega osobność, widzialność propozycji Brylla w jego nowym dramacie społecznym i politycznym, dającym receptę na szczęśliwą przyszłość Polski i Polaków?

Stanisław Stanik
CDN
Myśl Literacka, nr 81/ marzec 2015