O kulisach zbrodniczej głupoty

warsaw 44a.jpg
Książka Jana Matłachowskiego z 1978 roku traktuje o kulisach genezy powstania warszawskiego w 1944 roku, ale równie dobrze jej Autor mógłby wziąć na warsztat inne wydarzenie z cyklu polskich walk powstańczych: bezrozumnych i skazanych na klęskę.

Nie bez podstaw porównywano jego pracę z wcześniejszą rozprawą Jędrzeja Giertycha pt. „Kulisy powstania styczniowego” (1963). Obie książki przedstawiają ten sam mechanizm, polegający w skrócie i uproszczeniu na tym, że w danym momencie dziejowym, wymagającym od Polaków szczególnej troski o to, by kierowali nimi ludzie mądrzy i odpowiedzialni, do steru władzy dostają się ludzie mierni i nieodpowiedzialni, którzy następnie swoimi decyzjami kierują naród w przepaść, albo na skraj przepaści.

Powstania styczniowe i warszawskie są dobrym punktem wyjścia do rozważań nad polskim fatalizmem i polskim charakterem narodowym. Wydawałoby się, że po klęsce 1863 roku Polacy na dobre wyleczyli się z naiwnych złudzeń, że wystarczy by „poszli nasi w bój bez broni”, a Polska zmartwychwstanie i będzie sięgała „od morza do morza”. Dorobek intelektualny Romana Dmowskiego, połączony z jego zdolnością do zbudowania wielkiego ruchu politycznego, zdawał się trwale zabezpieczać nas przed powrotem, jak mawiał Wojciech Wasiutyński, „kultu kolorowego ułana”. Niestety, zaledwie pięć lat po śmierci Dmowskiego, w 1944 roku nastąpił powrót do status quo sprzed 1863 roku: decydujące wpływy społeczeństwie polskim znowu uzyskali ludzie, wychowani w tradycji romantycznej, którzy pod koniec lipca 1944 roku podpalili własną stolicę a zarazem skarbnicę polskiej tożsamości, jakże naiwnie łudząc się, że zdołają zmienić bieg historii.
Matłachowski przedstawia kulisy procesu podejmowania decyzji o wybuchu powstania w Warszawie.

W książce znajdziemy szczegółowy opis ostatnich dni poprzedzających dzień 1 sierpnia. Autor skupia się na wydarzeniach w samej Warszawie, gdzie znajdowała się siedziba władz polskiego państwa podziemnego i Armii Krajowej. Z lektury dowiadujemy się, że pomysł wywołania powstania w stolicy oficjalnie zaistniał dopiero… 21 lipca. Nie, to nie pomyłka, lecz zdumiewający fakt. Wcześniej, nie tylko nie planowano, ale wręcz uznawano za szkodliwe, organizowanie jakichkolwiek wystąpień zbrojnych w Warszawie.

I nagle ni stąd ni zowąd, podważono wieloletnią pracę umysłową kompetentnych sztabowców i strategów, mając za nic racjonalną i realistyczną refleksję polityczną. Decyzję o rozpoczęciu powstania, jak również dokładną jego datę, ustalili dowódcy AK w porozumieniu z delegatem Rządu na Kraj. Sposób podejmowania decyzji, jakkolwiek postępowanie ówczesnych decydentów można do pewnego stopnia tłumaczyć i usprawiedliwiać ograniczeniami wynikającymi z działalności konspiracyjnej, budzi u normalnego czytelnika jedynie niedowierzanie połączone z gniewem. Przepraszam, ale kto uważa inaczej, tego uważam za nienormalnego człowieka. Jak to możliwe, że Polska Walcząca powierzyła stery ludziom aż tak niekompetentnym?

Przed podjęciem decyzji o wybuchu powstania, decydentom znane były następujące fakty: że na żadną realną pomoc Zachodu nie ma co liczyć, że nie istnieje porozumienie o współdziałaniu wojsk polskich i sowieckich i w związku z tym, Sowieci zachowają się wobec władz polskich w Warszawie tak samo, jak postąpili wobec Polaków w Wilnie i jak potraktowali dywizję wołyńską, że powstańcy w Warszawie nie posiadają broni, ponieważ broń ze zrzutów i krajowej produkcji była kierowana do oddziałów partyzanckich. Na koniec decyzję o rozpoczęciu powstania podjęto bez wysłuchania opinii dwóch najbardziej kompetentnych osób: szefa oddziału Dowodzenia i Łączności (płk. Kazimierza Pluta-Czachowskiego) i szefa oddziału Wywiadu (płk. Kazimierza Iranek-Osmeckiego), pomimo że wcześniej tego samego dnia (31 lipca) na naradzie w szerszym gronie postanowiono odroczyć wybuch powstania.

Ostateczna decyzja została podjęta na podstawie pojedynczej (czyli nie zweryfikowanej) relacji o pojawieniu się sowieckich czołgów, pomimo że wcześniej na naradzie w szerszym gronie, jednoznacznie ustalono, że sygnałem do rozpoczęcia działań może być dopiero ostrzał artyleryjski lewego brzegu Warszawy w miejscach, „w których radzieckie wojska pancerne będą forsować rzekę”.

Całość brzmi tak bulwersująco, że powstaje naturalna wątpliwość, czy Matłachowski obiektywnie opisuje wydarzenia, które miały rzeczywiście miejsce? Wprawdzie odwołuje się do prac historycznych, jak np. monografii Jana Ciechanowskiego z 1971 roku, pt. „Powstanie warszawskie: zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego”, ale można domniemywać, że czyni to w sposób wybiórczy. Mogę w tym miejscu zapewnić Czytelników, że sekwencja wydarzeń przedstawiona przez Matłachowskiego pokrywa się w najistotniejszych faktach z opisem zawartym w książce Ciechanowskiego w rozdziale VI pt. „Powstanie warszawskie – moment decyzji”. Zatem odrzucenie głównych tez zawartych w pracy Matłachowskiego oznacza również zakwestionowanie ustaleń poczynionych przez Ciechanowskiego.

Nie znaczy to, że książkę Matłachowskiego należy oceniać bezkrytycznie. Nie jest to praca stricte naukowa, a publicystyczna polemika z pewnym sposobem myślenia (choć właściwsze byłoby tu określenie: „bezmyślności”). Autor stawia pytanie: kto i dlaczego wciąga Polaków do samobójczych zrywów? Matłachowski twierdzi, że we władzach AK istniała konspiracja wewnętrzna, która dążyła – za wszelką cenę – do wywołania powstania w Warszawie. Konspiratorom celowo chodziło o wywołanie w stolicy krwawej rzezi, której efektem miała być zmiana położenia międzynarodowego Polski (czyli oderwanie jej od sowieckiej strefy wpływów), a w najgorszym wypadku, wykopanie rowu nienawiści pomiędzy Polakami a Sowietami, co miało zapobiec sowietyzacji Polaków. Oba te zamiary, jeżeli uznamy, że rzeczywiście takie cele przyświecały zwolennikom walki powstańczej w Warszawie, nie zostały zrealizowane.

Dla świata, jak obrazowo przedstawił jeden z ówczesnych uczestników wydarzeń, powstanie warszawskie było jedynie „burzą w szklance wody”, a do niedawna, jak trafnie zauważył Norman Davies, świat wiedział jedynie o powstaniu w Warszawie… w getcie w 1943 roku. Z planowanego „rowu nienawiści” również niewiele wniknęło. Bezpośrednim skutkiem powstania była dezintegracja polskiego państwa podziemnego, dramatyczny upadek autorytetu władz Polski Walczącej i zniechęcenie Polaków en masse do podejmowania jakiegokolwiek oporu wobec komunizmu czy Sowietów. Jeżeli Polacy przetrwali jako naród okres panowania komunistów, zawdzięczają to zwycięstwo realistom, a nie powstańczym romantykom. Po „żołnierzach wyklętych” pozostało poczucie bezsensu. Sens walki z komunizmem Polacy czerpali z postawy prymasa Stefana Wyszyńskiego i tysięcy innych patriotów, którzy usiłowali żyć „po polsku” w warunkach PRL.

Na dłuższą metę, klęska powstania warszawskiego przyniosła jeden ważny skutek, ale bynajmniej nie tego oczekiwali inicjatorzy powstania. Otóż, podobnie jak po klęsce 1863 roku, Polacy po traumie 1944 roku wyzbyli się złudzeń co do możliwości odzyskania niepodległości drogą powstańczą. Dobroczynny wpływ tego sceptycyzmu, mogliśmy obserwować w latach 1980-1982, gdy najpierw strajkujący wybrali pokojową metodę postępowania, a po wprowadzeniu stanu wojennego, zwolennicy „Solidarności” nie poszli za wezwaniami radykałów, takich jak Jacek Kuroń, wzywających Polaków do kolejnego powstania, które zamieniłoby się w kolejną wielką klęskę narodową. Zamiast klęski, po 1989 roku, w zmienionej sytuacji geopolitycznej, Polska pokojowo i ewolucyjnie pozbyła się komunizmu, a wojska rosyjskie dobrowolnie opuściły nasz kraj.

Wypada zatem powtórzyć pytanie, sformułowane przez Matłachowskiego: dlaczego w Polsce do władzy dochodzą ludzie wywodzący się ze szkoły niekompetencji i nieodpowiedzialności? Czy rzeczywiście, ktoś nimi steruje, a może po prostu nasz narodowy charakter ułatwia działanie błędnego mechanizmu wyłaniania miernych i cynicznie schlebiających nam przywódców naszego narodowego „stada”? Przyznaję, że nie przemawia do mnie skupianie się przez Matłachowskiego na grupie, „juncie” oficerskiej w Warszawie, osobach takich jak gen. Leopold Okulicki, gen. Tadeusz Pełczyński, płk Jan Rzepecki. Giertych twierdził w recenzji książki o genezie powstania warszawskiego – zamieszczonej w aneksie wzbogacającym obecne, IV wydanie książki Matłachowskiego – że konspiratorzy wywołujący polskie powstania, mogli realizować zamiary „jakichś czynników nie polskich”, które poprzez klęskowe powstania osłabiały „siły i zasoby polskiego narodu w chwilach, gdy zależało im na tym, by Polska była jak najsłabsza”. Nie można wykluczyć takiej oceny, jednak wydaje mi się, że najpewniej unikniemy pomyłki, jeśli skupimy się na tym, co możemy ustalić na podstawie źródeł.

Dzięki pracy Ciechanowskiego możemy zaś ustalić co następuje: że po pierwsze władze naczelne tj. Rząd i Premier „umyły ręce” cedując decyzję o powstaniu w Warszawie na rzecz władz krajowych: Delegata Rządu, Komendanta AK i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. W moim przekonaniu nie można usprawiedliwić takiego postępowania, ani zdjąć odpowiedzialności z władz polskich w Londynie. W tym sensie zgadzam się z Giertychem, który polemizował z Matłachowskim w sprawie oceny odpowiedzialności gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Niezależnie od tego czy Sosnkowski był przeciwnikiem powstania, jak twierdzi Matłachowski, czy też potajemnie działał na rzecz powstania, odwołując realistę płk Stanisława Tatara z Warszawy i wysyłając romantyka Okulickiego, jak chce Giertych - w mojej ocenie – Naczelny Wódz pozostaje jednym z odpowiedzialnych za klęskę warszawską, ponieważ jako Naczelny Wódz nie miał prawa cedować obowiązku podjęcia decyzji w tak ważnej sprawie na rzecz władz w Kraju. Podobną odpowiedzialność ponosi premier Stanisław Mikołajczyk. Ci dwaj politycy mieli obowiązek sformułowania zasad polityki polskiej i jednoznacznego wskazania jakie działania należy wykonywać, a jakich unikać.

Po drugie, Matłachowski niepotrzebnie broni postępowania swego przeciwnika ideowego, Kazimierza Pużaka, który pełniąc funkcję przewodniczącego RJN miał obowiązek współdecydowania w sprawach dotyczących polityki polskiej. Wprawdzie nie wziął udziału w obradach poprzedzających wybuch powstania (z pamiętnika dowiadujemy się że powodem było spotkanie z najbliższą rodziną), jednak ani razu nie odciął się jednoznacznie od prób wzniecenia powstania. Giertych słusznie zadaje pytanie: co w lipcu 1944 roku robili politycy narodowi? To oni, wprawdzie odsunięci od decydujących stanowisk, jako jedyni przeciwstawiali się szaleństwu powstańczemu. Ich wpływ, łącznie z postawą nielicznych trzeźwych profesjonalistów, takich jak płk Janusz Bokszczanin, Pluta-Czachowski czy Iranek-Osmecki, okazał się niewystarczający by zapobiec tragedii. Jednak odpowiedzialność polityczna jest wprost proporcjonalna do zakresu posiadanych kompetencji. Powtórzę jeszcze raz: największe brzemię odpowiedzialności spoczywa na szefach Państwa, Rządu i wojska. Następnie: na Delegacie Rządu, Komendancie AK i przewodniczącym RJN. Dopiero w dalszej kolejności na kierownikach poszczególnych wydziałów AK czy też członkach RJN.

Pomimo powyższych zastrzeżeń, książkę Matłachowskiego warto czytać. Najlepiej razem z książką Giertycha o kulisach powstania styczniowego. Cokolwiek by nie mówić, obaj wymienieni Autorzy zadali sobie trud by zrozumieć, dlaczego Polacy zazwyczaj przegrywają i czy rzeczywiście przygniata nas jakieś fatum , czy też może po części sami odpowiadamy za skutki naszych własnych czynów. Wielką, niestety, zaprzepaszczoną lekcję real-politik przyniosły nam lata 1980-1989. Pomimo, że antypowstańcza polityka tego okresu, zaowocowała największym zwycięstwem jakie Polska odniosła na przestrzeni dwustu-trzystu lat: bezkrwawym odzyskaniem niepodległości, dzisiaj władze w Warszawie i wpływowi politycy polscy znowu pchają nas w kierunku konfrontacji z Rosją, co budzi jeszcze większe zdumienie w świetle tego, że nasza sytuacja w niczym nie przypomina ani 1863 ani 1944 roku. Wtedy Polska znajdowała się, albo miała się znaleźć dosłownie na dniach, pod panowaniem Rosji, ponieważ armia rosyjska (sowiecka) stacjonowała na naszym terytorium i nie uznawała niepodległego polskiego rządu.

Dzisiaj w Polsce nie stacjonują wojska rosyjskie (stacjonują bądź chcemy by stacjonowały amerykańskie), a Rosja uznaje rząd w Warszawie i nie zgłasza do Polski żadnych pretensji. Wszczynanie wojny polsko-rosyjskiej w 1863 roku i polsko-niemieckiej (w intencjach również polsko-rosyjskiej) w 1944 roku było szaleństwem i zbrodniczą głupotą, ponieważ nie mieliśmy najmniejszych szans odniesienia zwycięstwa. W 2014 roku bezpodstawne pchanie Polski do konfliktu z Rosją stanowi przejaw nieodpowiedzialności i głupoty do kwadratu.

Zasługą Matłachowskiego jest podjęcie – po klęsce powstania – wysiłku by lekcja 1944 roku nie poszła na marne. Z dzisiejszej perspektywy, niestety, została ona zapomniana. Dlatego surowe słowa i dramatyczne ostrzeżenie, zachowuje nadal swą aktualność: „Naród, który nie pracuje nad swoją świadomością na miarę swej dziejowej rzeczywistości, kroczy w życiu jak ślepiec. Biada tym, którzy ślepotę uznają za cnotę i którym dojrzałą świadomość zastępuje byle frazes, brzmiący patetycznie”.

dr Wojciech Turek

Jan Matłachowski, „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego”, [red. i wstęp] Maciej Motas, Warszawa 2014, ss. 225.
Myśl Polska, nr 33-34 (17-24.08.2014)