Świadectwo „wyklętego” z NSZ

nsz.jpg
Już wkrótce nakładem Wydawnictwa Myśl Polska ukaże się II wydanie wspomnień żołnierza NSZ, Piotra Kosobudzkiego pt. „Przez druty, kraty i kajdany”, Ojca Prezesa Zarządu naszego Wydawnictwa, Wiesława Kosobudzkiego. Autor opisuje swoje wojenne i powojenne losy, także po 1956 roku, kiedy prowadził prywatny zakład szklarski i został członkiem ZBoWiD. Oto fragment dramatycznego rozmowy Autora ze swoim dowódcą „Świtem” latem 1945 roku:

„Gdzieś koło 25 sierpnia 1945 r. zostałem ze swą grupą odwołany i przez majora „Świta” wezwany do powrotu w powiat siedlecki w związku z jakąś reorganizacją. Zadowolony byłem z tego. Po prostu przysłuchując się odgłosom z szerokiego świata, szczególnie po konferencji poczdamskiej, straciłem wiarę w zwycięstwo, ogarnęło mnie rozczarowanie i zwątpienie. Po przegranej naszej sprawie zapragnąłem skończyć beznadziejną działalność i powrócić do rodzinnego domu, do normalnego życia.
Po powrocie, zameldowaniu się i zdaniu raportu „Świtowi” poprosiłem zaraz o zwolnienie mnie ze służby, motywując to swoimi racjami i beznadziejnością dalszej walki.

Mjr „Świt” skrzywił się, jakby rozgryzł kwaśne jabłko i zdziwił się, że taki dotychczas wierny, wypróbowany, doświadczony i zdyscyplinowany żołnierz jak pchor. „Błyskawica” zwątpił w zwycięstwo naszej wspólnej sprawy i chce się zwolnić. Odpowiedział mi, że nie może mnie zwolnić, bo szeregi kadry mocno się już przerzedziły i nie miałby z kim zostać. O mnie ma jak najlepszą opinię i darzy mnie wielkim zaufaniem. Jeżeli już koniecznie chcę zobaczyć rodzinę, to udzieli mi dwutygodniowego urlopu, a po powrocie dalszy awans.

- Owszem kolego majorze, zgadzam się, tylko zaznaczam, że z urlopu tu na Podlasie już nie wrócę. Brata mi partyzantka zabrała, czy i ja tu mam bez śladu zginąć? — powiedziałem z żalem.
- Dam koledze urlop, odwiedzi kolega rodzinę, zobaczy znajomych i powróci - nie może inaczej być - rzekł stanowczo.
Widząc jego upór, wezbrał we mnie długo tamowany bunt, więc wyrzuciłem mu resztę goryczy.
- Jesteśmy osamotnieni, prowadzimy walkę bez poparcia i bez żadnej pomocy. Teraz po konferencji poczdamskiej, po uznaniu przez aliantów rządu lubelskiego i rozwiązaniu polskiego na emigracji, kim my właściwie jesteśmy i na kogo możemy liczyć. Prowokujemy wroga i gubimy najlepszych synów narodu, czyż nie tak?
- To tylko chwilowo, tak długo być nie może – przerwał mi „Świt”.
- A jak długo, majorze? według kolegi zdania – dociekałem.
- Najwyżej dwa-trzy tygodnie, to nie potrwa dłużej – zawyrokował „Świt”.
- Dwa, trzy tygodnie – powtórzyłem z naciskiem. A jak to potrwa tak dwa, trzy lata? — kto to nam może dziś zaręczyć?
- To niemożliwe. To niemożliwe! – bronił się od tak groźnych i wygórowanych przypuszczeń.
- Wiele już było niemożliwości, a stopniowo stały się możliwe – upierałem się przy swoim. - My jesteśmy zdania, że działamy słusznie, a inni w tym czasie uganiają się za własnymi interesami. Wydaje mi się, że nam, którzy uważamy się za wzorowych i najmądrzejszych, przyjdzie jeszcze najgłupszy koniec.
- To być nie może – to być nie może! – powtarzał mój zwierzchnik.
- Bez pomocy z zewnątrz nie mamy żadnych szans – dodałem.
- Nie! Nie! To chwilowo. Alianci nas nie opuszczą – mamrotał – starając sam siebie przekonać major „Świt”.

Dzial: