Filmowa „prawda” Pawła Chochlewa

such 1.jpg
1 września 1939 roku jest niezwykle ważną datą. Rzec by można, że przełomową dla historii świata Dla narodu polskiego z wielu względów ma ona szczególne znaczenie: polityczne, kulturowe i społeczne. Trudno się więc dziwić, że wydarzenia tego dnia i wszystkich następnych doczekały się bogatej, różnej gatunkowo literatury.

Wydarzenia związane z tą z najtragiczniejszych wojen światowych to również kanwa wielu filmów fabularnych. Jej pierwszy dzień i atak na Polską Składnicę Tranzytową na Westerplatte doczekał się trzech filmów fabularnych. Dwa dotyczą Westerplatte, jeden obrony Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. W roku bieżącym 1 września telewizja POLSAT pokazała ta najnowszą produkcję autorstwa Pawła Chochlewa „Tajemnica Westerplatte” nakręconą w 2013 r.

Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że żadna ze stacji państwowych od TVP 1 do TVP Historia, nie pokusiła się o pokazanie żadnego filmu z bogatej przecież rodzimej produkcji o tej tematyce. Jedynie KINO POLSKA pokazało film Stanisława Różewicza „Westerplatte” zrealizowany w 1967 r. dwa razy – o godz. 1305 i 2000, a także powtórzyło go w następnych dniach. Anons o tej projekcji ukazał się w dodatku do „Gazety Wyborczej” – „Ale Historia”, z którego warto przytoczyć ostatnie zdanie: „ Powstały 48 lat temu film Różewicza, pozostaje najlepszym obrazem obrony Westerplatte”.

Wróćmy jednak do produkcji Pawła Chochlewa. Już na etapie powstawania scenariusza budził on niezwykle burzliwe dyskusje. Autor filmu szczycił się, że będzie to nowe spojrzenie na historię obrony Westerplatte. Skoro nowe, to znaczy, że dotychczasowe były zakłamane i nieprawdziwe?... Czy wobec tego film Pawła Chochlewa mówi prawdę?

Jeśli ktoś tak ustawia się do wydarzeń historycznych powinien mieć bardzo mocne podstawy. Jakie? Ano powinien oprzeć się na różnorodnych źródłach historycznych – pamiętnikach, relacjach uczestników wydarzeń, dokumentach archiwalnych. Niestety, w przypadku pana Chochlewa o takim działaniu dokumentacyjnym mówić nie można co jest widoczne w filmie. Jego zapewnienie o nowym obrazie historycznym tych wydarzeń opierały się na wątłych przesłankach i domniemaniach. Oparciem dla niego stały się pojawiające się w gronie ludzi piszących o Westerplatte pogłoski o rzekomo zupełnie innym przebiegu wydarzeń w ciągu tych siedmiu dni obrony niż obraz dotąd utrwalany.

Jednak żaden z owych mieniących się lub pretendujących do miana historyków autorów nie potrafi poprzeć swoich tez rzetelnym warsztatem historycznym. Nie mogą więc owi „młodzi gniewni” być wiarygodnymi w tym co piszą. Trudno się więc dziwić, że prace nad scenariuszem od samego początku budziły liczne wątpliwości. Tym bardziej, że reżyser filmu postanowił przedstawić wydarzenia na Westerplatte w sposób ośmieszający, by nie rzec odrażający. Na szczęście szum medialny, jaki powstał wówczas wokół tej sprawy spowodował utemperowanie poczynań realizatorów filmu. Przyczynił się do tego m. in. głos historyków na czele z Andrzejem Drzycimskim, który w tej sprawie dysponuje jednym z najpełniejszych zasobów wiedzy. Ów szum wokół powstającego filmu legł u podstaw napisania przez tegoż autora dwutomowej monografii Westerplatte, która trafiła do czytelników w 2015 r. ( jej omówienia czytelnik może znaleźć w „Niepodległości i Pamięci” nr 1/2015 s. 437-443 oraz „Myśl Polska” nr 35-36/2015 s.1, 10-11).

Cóż więc możemy zobaczyć na ekranie? We wtorkowy wieczór 1 września mogliśmy obejrzeć efekt pracy reżysera i jego ekipy. Pomimo owego „stępienia ostrza” pierwotnej wersji scenariusza, w filmie znalazły się wydarzenia mające niewiele wspólnego z rzeczywistością historyczną.

Jednym z najważniejszych wątków filmu jest kwestia stosunku między dowódcą mjr Sucharskim a jego zastępca kpt. Dąbrowskim. Konflikt najostrzej ujawnia się w chwili gdy dowódca staje przed dylematem decyzyjnym – bronić się czy nie. Realia Wojska Polskiego II RP były bardzo jednoznaczne w zakresie starszeństwa w stopniu i funkcji. Dla przykładu w przypadku dwóch równorzędnych stopni i funkcji, liczyło się jeszcze starszeństwo w stopniu. Zasady starszeństwa w stopniu były wówczas bardzo rygorystycznie przestrzegane i skwapliwie odnotowywane np. w Rocznikach Oficerskich. I wynikały one nie tylko z zapisów formalnych zawartych w regulaminach. Zasady te wynikały również ze świadomości. Zasady zapisane w regulaminach jedynie je formalizowały. Taka jest struktura wojska i to nie tylko polskiego. W historii wojskowości możemy znaleźć liczne przykłady do czego prowadziła anarchia i rozprężenie w wojsku. Dlatego ów dylemat – bronić się czy kapitulować – mógł być dyskutowany. Ale decyzję i odpowiedzialność za nie, w tym również rozliczenie przez historię, podejmował jednoosobowo głównodowodzący.

Bardzo bolesną i odrażającą sprawą jest ukazanie mjr. Sucharskiego jako człowieka schorowanego, człowieka pozbawionego świadomości, załamanego psychicznie czy wręcz otępiałego... Myślę, że jest to sprawa niezwykle delikatna i trudna. Obie te kwestie wyjaśnia bardzo dokładnie, rzeczowo i co najważniejsze w oparciu o dogłębną i rzetelną analizę materiału źródłowego (zresztą na wszystkie wymienione tutaj kwestie czytelnik znajdzie odpowiedź w monografii Andrzeja Drzycimskiego a przynajmniej odniesienia do źródeł wiedzy mogących dać możliwość analizy). Zwrócił również uwagę, że po wojnie sam kpt. Dąbrowski nigdzie nie wypowiadał się negatywnie o swoim przełożonym. Warto też zwrócić uwagę, że uwagi krytyczne na temat relacji na linii Sucharski – Dąbrowski pojawiły się po wojnie, w wiele lat po śmieci obu oficerów.

Na bazie sceny niedyspozycji psychicznej mjr Sucharskiego nasuwa jeszcze jedna refleksje. Otóż Westerplatte to jeden z symboli w naszych dziejach budującym patriotyczną i historyczną świadomość narodu. Postawa dowódcy odgrywa w tym działaniu kluczową rolę. W obronie zachowań mjr Sucharskiego i krytyce jej ukazania w filmie nie chodzi wcale o mitologizowanie jej, o umieszczenie jej na piedestale, z którego nie wolno jej ruszyć. Prawem każdego historyka jest badanie źródeł i ich interpretowanie. Ale musi to być czynione zgodnie z zasadami warsztatowymi badacza historii. Wolno prowadzić krytykę, ale nie wolno jej ośmieszać i poprzez znieważenie deprecjonować. A poprzez takie sceny w filmie, reżyser posuwa się do wyrażania takiej opinii.

W filmie niestety znalazły się i inne sceny ukazujące żołnierzy – „lwy z Westerplatte” – w bardzo niekorzystnym świetle. Weźmy na przykład kąpiel żołnierzy na plaży. O takie pokazanie zachowań w wojsku może pokusić się jedynie ktoś, kto nigdy nie nosił munduru, nie wąchał przysłowiowego prochu. I wcale nie chodzi tu o udział w wojnie. Wystarczy normalny żołnierski poligon z pozoracją pola walki. Bo gdyby był w wojsku, to do głowy by mu nie przyszło by taka scena znalazła się w filmie wojennym.

Trudno sobie wyobrazić, by żołnierze na pierwszej linii frontu, nagle wyszli z okopu w celu kąpieli w morzu. Tym bardziej jeśli sytuacja militarna jest taka, że maja świadomość sytuacji oblężenia, że ciąży nad nimi bezpośrednie zagrożenie życia. Totalny absurd i niczym nieusprawiedliwiona głupota. I oto, jakby na potwierdzenie słów krytyki, zauważa ich załoga jednego z niemieckich okrętów patrolowych i zaczyna ostrzeliwać, co wręcz oburza miłośników morskiej kąpieli na pierwszej linii frontu...

Nie mniej absurdalne było pokazanie w filmie postawy lekarza wojskowego, który w pewnym momencie mówi, że nie może tutaj leczyć rannego, bo trzeba go przenieść do kliniki... To jak jakby urwał się z przysłowiowej choinki. Przecież musiał mieć świadomość w jakich warunkach przyszło mu służyć. To tak jakby wokół nic się nie działo, wystarczy zadzwonić po karetkę pogotowia ratunkowego, która na sygnale zawiezie chorego prosto na stół operacyjny by ratować ciężko rannego. Cała ta scena i wypowiedziane w czasie jej trwania wypowiedź lekarza to jakiś bezsensowny bełkot człowieka, który zupełnie nie wiadomo po co nosi mundur wojskowy.

Inną absurdalną sceną jest rozmowa żołnierza z oficerem. Chodzi mianowicie o zagadnienie stosunku oficer – żołnierz. W tamtej armii żołnierz oficera, a tym bardziej oficera starszego (dla przypomnienia od majora wzwyż) widział od święta i to z daleka. A o jakiejkolwiek rozmowie mowy być nie mogło. Chyba że został zapytany. NA froncie dowódca znajdował się na stanowisku dowodzenia, gdzie zbiegały się wszystkie informacje i na podstawie ich analizy podejmował określone decyzje – jednoosobowo. Oficerowie sztabu mogli prezentować swoje opinie, ale ostateczna decyzje podejmował głównodowodzący. W działaniach bojowych na froncie, w obliczu dynamicznie zmieniającej się sytuacji, nie ma miejsca na „demokrację”. Jeśli ktoś nie uznaje tych zasad, niech nie podejmuje się np. Pisania książek lub produkcji filmów o tematyce historyczno-wojskowej.

Tym bardziej trudno sobie wyobrazić sytuację rozmowy między oficerem a żołnierzem w sposób, w jaki zostało to zainscenizowane w filmie. Taka sytuacja nie mogła mieć miejsca. I nie jest to znowu jakiś kolejny mit uknuty na potrzeby obrazu armii II RP. Każdy, kto w tej armii nosił mundur rozumiał to doskonale. I nie były to zachowania wyuczone. To były zachowania zakodowane głęboko w świadomości każdego obywatela. A ich genezy należy doszukiwać się m. in. w etosie polskich tradycji powstańczych XIX wieku.

Tradycja „szacunku dla munduru” uniemożliwiała również takie zachowania, jak „olewanie” moczem plakatu propagandowego. Choć na filmie tego nie było widać, ale na tym plakacie znanym z licznych publikacji, istotnym elementem jest postać marszałka Rydza-Śmigłego. A więc to jego jako Naczelnego Wodza „olewał” żołnierz. A przecież było to jeszcze w sytuacji, gdy najwyższe władze państwowe i wojskowe nie opuściły kraju, czyli o „zdradzie” nie mogło być mowy. Tym bardziej żołnierz nie mógł w ten sposób wyrazić krytyki wobec Naczelnego Wodza.

Kolejną sprawą budząca kontrowersje, jest problem domniemanego wywieszenia białej flagi już pod koniec drugiego dnia obrony. 2 września miał miejsce ciężki nalot na rejon Składnicy. Dowódca obrony, mjr Sucharski, znalazł się w mało komfortowej sytuacji. On jako jedyny spośród broniących się posiadał wiedzę na temat sytuacji militarnej i planów operacyjnych. Wiedział więc – jako jedyny – że jako załoga Składnicy nie mogą liczyć na żadne wsparcie z zewnątrz ze strony Wojska Polskiego. Zresztą przed takim samym problemem stało dowództwo Lądowej Obrony Wybrzeża na Kępie Oksywskiej a później Rejonu Umocnionego Hel. W tej sytuacji, po 48 godzinach, dowódca Westerplatte miał moralne prawo podjąć taką decyzję.

Obok świadomości wykonania rozkazu obrony przez 12 godzin miał również świadomość odpowiedzialności za powierzonych mu żołnierzy, za ich zdrowie i życie. Mógł wówczas kalkulować, że oszczędzając ich życie w pierwszej przegranej bitwie, mogą być przydatni w walce o zwycięstwo w całej wojnie. Nie życzę nikomu rozstrzygania takich dylematów moralnych. Łatwo jest oceniać postępowanie człowieka po dziesiątkach lat siedząc w wygodnym fotelu popijając kawę a nad głową nie świszczą kule, z których każda może być ta ostatnią. Ponadto nikt z walczących na Westerplatte nie mógł przewidzieć jak ta wojna się skończy, jakie będą ich dalsze losy.

Już te kilka przykładów nieścisłości historycznych deprecjonuje ten film jako nieprawdziwy czy nawet oburzający. Oczywiście scenarzysta i reżyser mogą tłumaczyć się prawem artysty do tworzenia własnej wizji zgodnie z zasadą licentia poetica. Oczywiście. Ale jest jeszcze zagadnienie dobrego smaku, kultury historycznej. Jeśli tworzy się film historyczny, należy trzymać się ram realiów epoki, w tym również obowiązujących zasad w działających w tamtym czasie instytucjach, np. Wojsku. Niestety, pan Chochlew w tych ramach i zasadach się nie zmieścił. A może nie chciał się w nich zmieścić? Tym gorzej dla jego produkcji historycznej. Bowiem by zmieniać interpretację wydarzeń historycznych – wracam do postawionej tezy na początku – trzeba mieć podstawy, czyli wiedzę źródłową.

Andrzej Kotecki

Dzial: