Rusofobia starcza za całą polską myśl polityczną

romanowski.jpg
Polska rusofobia niejedno ma imię. U Polaków umiarkowanych potępienie rosyjskich władz łączy się z miłością do rosyjskiej kultury i czcią dla rosyjskich opozycjonistów. Nie jestem pewien, czy tego rodzaju deklaracje spotykają się wśród Rosjan z życzliwością.

Z ich punktu widzenia jest to przecież klasyczne „wbijanie klina”, coś, co w XIX wieku nazywano „polską intrygą”. Rozumiem, że stosunek Polaków do kolejnych władców Rosji nie musi być aprobatywny, ciekaw jednak jestem, czy uważamy, że coś zawdzięczamy na przykład Michaiłowi Gorbaczowowi? Związek Sowiecki zabrał nam wolność i wprowadził straszliwy terror stalinowski, lecz po półwieczu, decyzją tegoż Gorbaczowa, wolność nam zwrócił. Była to więc twarz Rosji „znana od setek lat", czy jednak jakaś twarz nowa? A czy mamy dobrze wspominać Borysa Jelcyna? Wszak przekazał nam dokumenty katyńskie i nawet przeprosił za Katyń („wybaczcie, jeśli potraficie"). My jednak, jakbyśmy tych słów nie usłyszeli, przeprosin oczekujemy w dalszym ciągu. Nadal też żądamy, by Rosja uznała zbrodnię katyńską za ludobójstwo – choć byłoby to niezgodne z prawem.

Dlatego trzeba powiedzieć: cokolwiek Rosja zrobi, lub czego nie zrobi, zawsze to będzie nie tak i za mało. Wszak nawet olimpiadę w Soczi kwitowaliśmy kąśliwymi uwagami o „rosyjskim imperializmie” – czy przyszłoby to nam do głowy w przypadku olimpiady w Paryżu czy Londynie? Nawet na polsko-rosyjskich imprezach naukowych odzywamy się do naszych partnerów z przyjacielsko-protekcjonalną wyższością – czy przyszłoby to nam do głowy na imprezach polsko-niemieckich? Dziś więc, gdy słyszymy antypolskie oświadczenia rosyjskich władz i rosyjskich mediów, musimy pamiętać, że sami obudziliśmy w Rosjanach stereotyp „kiczliwego Lacha".

Żyjąc kilkaset już lat w cieniu Rosji, nie fatygujemy się, by ją zrozumieć i poznać. Jerzy Surdykowski powtarza obiegowy pogląd, że na temat Rosji dysponujemy wiedzą większą niż Zachód, ale to teza wzięta z sufitu: wszak do głębszej znajomości potrzeba często dystansu. Czym więc jest Rosja? Co znaczy samo to słowo? Co znaczy rosyjski wyraz russkij, który ma specyficzną dwuznaczność: „rosyjski” i „ruski” zarazem? Tej – niejako podwójnej, a urobionej przez wieki – świadomości narodowej, tej rosyjskiej tożsamości nie da się wymazać jednym pociągnięciem pióra. Ma prawo to nam się nie podobać – ale tak czy inaczej, Rosja to Ruś: ta sprawa jest kluczowa.

Możemy więc do woli się gorszyć, że państwowość i niepodległość Ukrainy i Białorusi podlegają w polityce rosyjskiej ograniczeniom. Takiego nastawienia nie jesteśmy w stanie zmienić. Możemy też bez końca tłumaczyć, że NATO nie zagraża Rosji. W odpowiedzi i tak usłyszymy, że oparło się już ono o rosyjską granicę i że wstąpiły doń nie tylko kraje dawnego Układu Warszawskiego, lecz nawet trzy byłe republiki sowieckie. W momencie zaś, gdy w Polsce (i nie tylko w Polsce) rusofobia dyktuje decyzje polityczne – czy Rosja naprawdę nie może czuć się zagrożona?

Pisałem w „Gazecie Wyborczej", że od roku 1989 obszar panowania bądź wpływu Rosji generalnie się kurczy. W historii tego kraju, rozszerzającego się od XV do XX wieku drogą podbojów, jest to nowość – a to nie może nie rodzić frustracji. Za tę próbę zrozumienia rosyjskiej optyki spadły na mnie obelgi i wyzwiska. Tymczasem niewiele później podobne tezy czytałem w najpoważniejszym w świecie piśmie o polityce zagranicznej, amerykańskim dwumiesięczniku „Foreign Affairs” – w artykułach o znamiennych tytułach Why the Ukraine Crisis Is the West's Faultem> (numer z września-października 2014) czy Why Arming Kiev Is a Really Really Bad Idea (numer z lutego 2015). Nie było trudno o tę zbieżność – wystarczyło nie poddać się dyktatowi rusofobi (...)

Nieżyjący od dziesięciu lat nestor polskiej polityki Stanisław Stomma wzywał, by nie zaniedbywać troski o rozwój stosunków polsko-rosyjskich oraz by „kupować akcje Rosji, póki stoją nisko”. W przypadku zaś konfliktu rosyjsko-ukraińskiego – uważał – Polska powinna zachować ścisłą neutralność: w ogóle w tę sprawę się nie mieszać. Nie w pełni zgadzałem się z moim mistrzem ideowym i prowadząc z nim długie rozmowy, przekonywałem, że Polska jednak powinna się mieszać. I tak sądzę do dziś, bo przecież nie może być obojętne, z kim będziemy sąsiadować na wschodzie. Ale to mieszanie się musi być mądre, a to znaczy: Polska, nawet będąc stroną konfliktu, nie może być nadgorliwa, nie może być europejskim jastrzębiem.

Dla naszego bezpieczeństwa ważna jest nie tylko Ukraina wolna, ale też Ukraina cała, czyli całe to państwo w jego posowieckim kształcie, dziś już niestety uszczuplonym przez utratę Krymu. Równie dobrze jak hasło „Ukraina w NATO” można sobie wyobrazić hasło „Ukraina – zwornik europejskiej równowagi”. Czy bowiem Ukraina może być wolna, to znaczy swobodnie wybierająca swoje sojusze, i równocześnie cała, to znaczy w swym posowieckim kształcie terytorialnym – na to odpowiedź dał rok 2014. Bo jakoś nie słychać, by z powodu aneksji Krymu groziła Rosji nowa wojna krymska.

Gdy więc ma się w pamięci pełne nadziei lata dziewięćdziesiąte XX wieku, bilans polskiej polityki wschodniej wygląda przygnębiająco. Przegraliśmy wszystko: ośmielając Ukrainę do wyboru opcji zachodniej, staliśmy się stroną konfliktu rozdzierającego to państwo, a w dodatku naraziliśmy się na konflikt z Rosją - jedynym mocarstwem naszego regionu. Niezależnie zaś od tego, zadrażniliśmy stosunki nie tylko nawet z Białorusią (co było zrozumiałe, choć nie zawsze konieczne), ale i z Litwą – członkiem, jak my, NATO i Unii Europejskiej. Tyle o naszej „ścianie wschodniej” – innych sąsiadów tam już nie mamy. Co gorsza, przeświadczeni o misji otwierania oczu świata na niebezpieczeństwo rosyjskie, skazaliśmy się w Europie na izolację. Bo przecież nasze analizy okazały się warte funta kłaków: optując za Ukrainą „prozachodnią”, wzięliśmy w nawias jej różnorodność i nie przewidzieliśmy determinacji Rosji. Tym samym, jakkolwiek ciężko to przyznać, ponosimy jakąś cząstkę odpowiedzialności za to, że do tej wojny doszło. Podczas bowiem gdy trzeba było biec na długi dystans, my celowaliśmy w sprintach. Trudno się dziwić, że dziś nikt już nas nie zaprasza do wielostronnych rokowań – wszak nic merytorycznego do nich nie wniesiemy.

Rusofobia starcza teraz za całą polską myśl polityczną. Gdy dzisiejsi miłośnicy Ukrainy powołują się na Giedroycia, to znaczy tylko tyle, że „Kultury" nigdy nie czytali. Wszak Giedroyc, opowiadając się za wolną Ukrainą, nie przeciwstawiał jej Rosji, piętnował polską rusofobię i nawet białostockiemu Radiu Wolna Białoruś był „kategorycznie przeciwny”. Niezmiennie szanujące specyfikę Wschodu koncepcje polityczne Giedroycia, program ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) Juliusza Mieroszewskiego – wszystko to czeka na nowe odczytanie, na dziś, jak widać, jest za trudne. Małpując tradycję „Kultury", w rzeczywistości obróciliśmy się do niej plecami (...)

Łatwo jest wymachiwać szabelką i naciskać Zachód, by „dozbroił Ukrainę” Trudniej zdać sobie sprawę z uwarunkowań stałych, obecnych na naszym kontynencie od wielkiej wojny północnej, czyli od 300 lat. Nie zdołali tych uwarunkowań naruszyć ani Napoleon, ani I wojna światowa, ani Hitler – czyżbyśmy mogli zmienić je teraz, i to bez globalnej konfrontacji Wschodu z Zachodem? I czyżbyśmy chcieli takiej konfrontacji? Rosja jest w Europie czynnikiem stałym. Powstaje pytanie, jak pogodzić ponowne jej wmontowanie we „wspólny europejski dom" z odrzuceniem tych jej działań, które ten dom rujnują.
W takiej kwadraturze koła istnieje jednak jasny punkt: nowej wojny, na wielką skalę, nikt nie chce. Nie chce jej (nie może sobie na nią pozwolić?) także Rosja, bo gdyby chciała (mogła?), ruszyłaby na Ukrainę wszystkimi swymi siłami.

Rosyjska interwencja w jakiś sposób sama się ogranicza, co oczywiście świadczy tyleż o słabości, co o sile, tyleż o dobrej woli, co o cynizmie. Co jednak robić, by tę akcję w dalszym ciągu ograniczać (a w miarę możności zahamować)? Jak się rzekło, wpływ na zachowanie Rosji mogą mieć sankcje, ale na dalszą metę jest to przecież wejście w ślepą uliczkę, bo rosyjska idea państwowa ma swe priorytety, a w imię tej idei naród rosyjski gotów jest wycierpieć sporo. Tymczasem zaś nakręca się spirala zbrojeń i niech nam się nie wydaje, że przewaga NATO czyni nasz świat bezpiecznym.

Co więc powinniśmy robić? Zabiegać o cztery sprawy. Pierwsza to krzewienie świadomości geopolitycznej: pewności, że Rosja dla Polski jest i pozostanie „czynnikiem stałym”, i że ten czynnik jest graczem wytrawnym i doświadczonym, dysponującym miażdżącą przewagą terytorialną, ludnościową i militarną. Wypychanie Rosji z Europy, wprowadzonej tu przed trzystu laty przez Piotra Wielkiego, jest niebezpieczne. Podszczypywanie - jest dziecinne. Oba są przeciwskuteczne.

Sprawa druga to gotowość przyjęcia argumentów rosyjskich. One nader często (zazwyczaj?) są z racji swego imperialnego charakteru nie do akceptacji, ale przecież nie wszystkie nadają się do natychmiastowego odrzucenia. Oczywiście wiem, kto w tym konflikcie jest napastnikiem, a kto się broni, chciałbym jednak być informowany o wszelkich, nie tylko rosyjskich, działaniach zaczepnych, o wszelkich, nie tylko ukraińskich, ofiarach wśród cywilów i tak dalej. Warto też – zamiast nieustannie apelować o zaostrzenie sankcji - wsłuchać się w argumenty Zachodu. Tymczasem one do nas nie docierają, a jak docierają, to albo ze znamiennym opóźnieniem i niechętnym komentarzem, albo z natychmiastowym „daniem odporu”.

W ten sposób dochodzimy do sprawy trzeciej, szczególnie ważnej: niezbędna jest odbudowa dialogu obywatelskiego. Nie może być tak, że jeśli o wydarzeniach na Wschodzie ktoś ma zdanie odmienne niż nasza „partia wojny” to jest automatycznie zaliczany do „partii Putina". Nikogo nie wolno zniechęcać do myślenia. Ktokolwiek, krytykując czyjeś poglądy, sięga po argument antypaństwowości, zdrady narodowej, targowicy, partii Putina lub agentury Putina, ten zasługuje na społeczny ostracyzm.

Z tym wreszcie łączy się sprawa czwarta, ostatnia: dziedzictwo Solidarności. Rzeczywiście, wśród ludzi o rodowodzie solidarnościowym lub przyznających się do tego rodowodu najwyraźniej istnieje myślenie, że skoro „udało się" w czasach sowieckich, to tym bardziej „uda się” dziś, gdy jesteśmy w NATO. Jak jednak wiadomo, historia realizuje się za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa. Gdy więc teraz Radosław Sikorski raczy nas czy to deklaracją, że gazociąg Rosja-Niemcy to prawie pakt Ribbentrop-Mołotow, czy informacją, że Putin namawiał Tuska do rozbioru Ukrainy (co okazało się wymysłem i za co przyszło przepraszać) – nie starcza mi wyobraźni, jaki miałby być sens polityczny tych wynurzeń.

Jeżeli jednak hipoteza poszukująca źródeł dzisiejszej „partii wojny” w dawnej Solidarności jest prawdziwa, to powinniśmy pamiętać, że i Solidarność „niejedno miała imię”. Jej częścią składową była wszak realistyczna i powściągliwa grupa ZNAK. Skoro więc rak rusofobii zniszczył wielki program Giedroycia i Mieroszewskiego, polską myśl polityczną oraz politykę wschodnią III RP, powinniśmy umieć odrzucić Solidarność i... wrócić do Solidarności. Czyli: wrócić do ZNAK-u, do „minimalistycznej" tradycji Stanisława Stommy. Geopolityka, geopolityka, geopolityka... Po destrukcji wielkich idei tworzonych w nocy komunizmu i w pierwszej dekadzie wolnej Polski innej szkoły politycznego myślenia już po prostu teraz nie mamy.

prof. Andrzej Romanowski
Fragment eseju zamieszczonego w „Nowej Europie Wschodniej”, nr 3-4/2015
Tytuł oryginału „Nasza polska rusofobia”
Na zdjęciu; Andrzej Romanowski

Dzial: