Proces Eligiusza Niewiadomskiego

niewiadomski.jpg
16 grudnia 1922 r. Eligiusz Niewiadomski w Galerii Zachęta zamordował Gabriela Narutowicza – pierwszego Prezydenta II RP. Przypomnijmy, że Narutowicz został wybrany przez parlament kilka dni wcześniej w atmosferze skandalu i bardzo ostrych protestów prawicy (przekonanej wcześniej, że to jej uda się przeforsować swojego kandydata).

W Warszawie wybuchły zamieszki. Jadącego na zaprzysiężenie do Sejmu Narutowicza obrzucano błotem, śniegiem i lodem. Ponury finał zdarzeń – czyli popełniona przez Niewiadomskiego zbrodnia – miał konsekwencje prawne. Zabójcę prezydenta trzeba bowiem było osądzić. Proces rozpoczął się bardzo szybko, bo 30 grudnia 1922 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie, Wydziałem VIII Karnym. Adwokat Niewiadomskiego po procesie udostępnił w formie książkowej stenogram z tego procesu. Między innymi w oparciu o powyższe źródło możemy się dowiedzieć, jak ten proces wyglądał.

Eligiusz Niewiadomski urodził się w roku 1869. Był malarzem i urzędnikiem średniego szczebla (zatrudnionym przez pewien czas w nawet w Ministerstwie). Nie był bezpośrednio powiązany z konkretnymi formacjami politycznymi, ale na pewno mocno sympatyzował z prawicą, zwłaszcza endecją
. Zaraz po zamordowaniu Narutowicza nie stwarzał oporu, oddając się bez protestów w ręce policji. Niechętnie też patrzył na jakąkolwiek próbę jego prawnej obrony. Domyślał się, że wyrok będzie skazujący, a kara będzie ostra. W pewien sposób nawet mu na tym zależało. Chciał bowiem potraktować proces jako swoistą tubę propagandową, dzięki której mógłby nagłośnić swoją postawę i swoje poglądy.

Na pytanie sądu, czy przyznaje się do winy Niewiadomski odparł więc, że do winy nie – ale do złamania prawa – jak najbardziej, za co gotów jest ponieść surowe konsekwencje. Następnie zaczął bardzo szczegółowo wyjaśniać przesłanki uzasadniające – w jego przekonaniu – zamordowanie Narutowicza. Wzbudzało to pewną irytację sądu oczekującego na konkrety: Niewiadomski bardzo długo opowiadał bowiem o tym, jak oceniał poszczególne wydarzenia historyczne (np. kolejne rządy II RP) i jakie miał przemyślenia na temat zagrożeń dla Polski. Z punktu widzenia procesu nie były to wypowiedzi odnoszące się do meritum sprawy, ale proces przecież nie był zwyczajny.

Z zeznań zabójcy Prezydenta wynikało, że za główne zagrożenie dla kraju uważał on Józefa Piłsudskiego. To jego też pierwotnie chciał zamordować. Wśród przeważających argumentów na rzecz zgubnej roli Naczelnika Polski było powołanie przez niego w roku 1918 lewicowego rządu Jędrzeja Moraczewskiego, a także utrącenie później kandydatury prawicowego Wojciecha Korfantego na premiera. Socjalizm wspierany przez Piłsudskiego miał zdaniem Niewiadomskiego Polskę doprowadzić do zguby.

Gdy okazało się, że Piłsudski nie kandyduje na stanowisko Prezydenta, a zamiast niego funkcję tę obejmuje Narutowicz, Niewiadomski – jak zeznawał – uznał, że to jest również intryga tego pierwszego, która ma doprowadzić do rządów „miękkiej ręki” w Polsce, oznaczających de facto „bezrząd” i przyzwolenie na wszelkie działania lewicy. Wskazywał: „Miękka ręka potrzebna jest złodziejom, paskarzom, bandytom, przeniewiercom grosza publicznego, chłopstwu, które się wykręca od płacenia podatków, żydostwu, spiskowcom, zdrajcom stanu; potrzebna jest aferzystom politycznym”. Do Narutowicza Niewiadomski zbyt wielu uwag personalnych nie miał, uważał go nawet – jak deklarował – za uczciwego człowieka. Jednakże uznał, że w takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest odebranie mu życia. W imię ochrony przed rzekomym bezrządem, bałaganem i lewicą. Przyznać trzeba, że zeznania oskarżonego były dosyć chaotyczne. Od ogólnej sytuacji w Polsce bardzo łatwo i szybko przechodził do omawiania szczegółowych zaniedbań popełnianych przez jakichś ministerialnych urzędników. Także wypowiedzi te nie przybliżały zanadto do wyjaśnienia szczegółowych okoliczności zamachu. Ułatwiały jedynie poznanie psychiki zamachowca.

W sytuacji, gdy Niewiadomski w swych zeznaniach bardziej skupiał się na ideologii, w procesie karnym potrzebni byli inni świadkowie. Znaleźli się wśród nich między innymi Stanisław Car, szef Kancelarii Prezydenta oraz Karol Kozłowski, prezes Galerii Zachęta. Opisywali oni okoliczności całego zdarzenia związanego z zamachem, a także to w jaki sposób Narutowicz otrzymał zaproszenie do Zachęty. Niewiadomski korzystał ze swojego prawa uczestniczenia w rozprawie i zadawania pytań. Koncentrował się on jednak na precyzowaniu wyrażanych względem niego ocen. Obruszył się na przykład na informację, że tuż po zamachu jedna z osób określiła go jako „wariata” zwolnionego z pracy z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Niewiadomski gorliwie wyjaśniał, że on sam złożył dymisję z Ministerstwa w związku z tym, że fundusze ministerstwa zostały wbrew jego opinii przez premiera przeznaczone na inne cele. Były to marginalne z punktu widzenia procesu sprawy. Tym niemniej znów dawały pewien obraz Niewiadomskiego: człowieka, który z pozycji urzędnika ministerialnego potrafił personalnie obrazić się na premiera za podjęcie innych niż preferowanych przez niego decyzji politycznych…

Niewiadomskiemu został przydzielony z adwokat z urzędu, Stanisław Kijeński. Można odnieść wrażenie, że prawnik ten co najmniej sympatyzował z niektórymi prawicowymi poglądami. Na pewno też szanował wolę Niewiadomskiego w zakresie tego, żeby jego słowa i wypowiedzi trafiły szeroko do opinii publicznej. Jak już wskazano, w roku 1923 wydał on stenogram całego procesu, zamieszczając na jego początku biografię Niewiadomskiego, raczej mu przychylną. W samym procesie Kijeński zbyt aktywny – na prośbę samego Niewiadomskiego nie był. Starał się akcentować tylko to, że po zamachu Niewiadomski od razu się poddał i nie stwarzał żadnych problemów. Trochę bardziej natomiast zaangażował się w trakcie mowy końcowej. W pierwszej kolejności zakwestionował to, że do niniejszego procesu przystąpił na prawach strony (uczestniczącej w całym postępowaniu) adwokat reprezentujący opiekuna małoletnich dzieci Narutowicza. Po drugie, wsparł w pewnym sensie rozważania Niewiadomskiego.

Ogłosił: „Mamy dopiero cztery lata własnego życia. Organizm w takim wieku mocny nie jest. Potrzebuje on silnej, zorganizowanej, ciągłej pieczołowitości, aby nabrał sił. Trzeba czekać. Ale jeśli w kraju wiele zrobiono, kto to wszystko zrobił, kto zorganizował, zbudował? Społeczeństwo, nie rząd. I to właśnie pan Niewiadomski zaznaczył. Gdzie jest rząd mocny tam społeczeństwo słabe rośnie w siłę i energię, a gdzie jest rząd zły, to niestety wiemy, co się staje ze społeczeństwem, bo jesteśmy potomkami tych, co zginęli przez słaby rząd. Niewiadomski nosił w sobie tragedię bólu, bo widział na każdym kroku słabość poczynań, albo, jak on się wyraził, zbrodniczość poczynań rządu. Gdybyśmy mieli rząd mocny, tobyśmy nie w tem miejscu stali co dziś”.

Adwokat pośrednio poparł więc sposób rozumowania wyrażony przez Niewiadomskiego. Kontestował również to, że Narutowicz został wybrany na Prezydenta dzięki głosom przedstawicieli mniejszości narodowych, a nie tylko głosów Polaków. W procesie na tego rodzaju wypowiedzi zdecydowanej repliki udzielili zarówno prokurator jak i przedstawiciel opiekuna dzieci Narutowicza. Tego samego dnia, w którym proces się rozpoczął (30 grudnia 1922 r.) sąd uznał Niewiadomskiego za winnego i skazał na karę śmierci. Od wyroku odrębne zdanie złożył jeden z sędziów Jan Kozłowski, kwestionując wymiar kary. Twierdził on, że kara jest zbyt wysoka. Sam Niewiadomski karę zaakceptował. Więcej: 14 stycznia 1923 r. napisał specjalny list do sądu:

„Oznajmiam niniejszym, że wyrok przyjmuję. Wszelkie podania o ułaskawienie, o ileby takowe z czyjejkolwiek bądź strony wpłynęły, proszę uważać za złożone bez mojej wiedzy i wbrew mojej woli. O ileby na podaniu znalazł się mój podpis, proszę uważać go za nieautentyczny. Nadto upraszam wysoki Sąd, aby przesyłając akta sprawy do p. Prezydenta Rzeczypospolitej, raczył nie pominąć niniejszego pisma oraz aby wyświadczył mi wysoką łaskę i powstrzymał się od wnoszenia swego głosu o złagodzenie wyroku”. Rzeczywiście, 29 stycznia Prezydent Stanisław Wojciechowski oświadczył, że ani w aktach sprawy ani w sumieniu nie znajduje powodów, aby mógł skorzystać z prawa łaski. 31 stycznia 1923 Niewiadomski został rozstrzelany. Przed śmiercią deklarował, że umiera szczęśliwy, mając świadomość tego, że zablokował przez swój czyn zbrodnicze plany Piłsudskiego…

Jeżeli zastanowimy się przez chwilę nad okolicznościami związanymi z zamachem na Narutowicza, nie dojdziemy do zbyt optymistycznych wniosków. Zaledwie kilka lat po odzyskaniu niepodległości w II RP ma miejsce zdarzenie, do którego trudno szukać wyraźnej analogii w długiej historii Rzeczypospolitej szlacheckiej. Na pewno więc zdarzenie to było wielkim szokiem dla wielu obywateli, znacząco pogłębiając podziały polityczne. Można dodać, że historia w Dwudziestoleciu mogłaby potoczyć się trochę inaczej, gdyby Prezydentem pozostał Narutowicz: osobowość zupełnie inna niż Stanisław Wojciechowski, czy Ignacy Mościcki. Niewiadomski chciał wykorzystać proces w celu nagłośnienia swojej postawy. Poniekąd mu się to w jakiejś części udało. Skutkowało to chociażby masowym zamawianiem mszy świętych za jego duszę. Z drugiej jednak strony również wszystkie zamierzenia i wizje Niewiadomskiego – poprzez dokonany przez niego zamach – nie zostały zrealizowane.
Maciej Nowak

Cytaty pochodzą z: Stanisław Kijeński „Proces Eligiusza Niewiadomskiego o zamach na życie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza w dniu 16 grudnia 1922 r.” Perzyński, Niklewicz i S-ka, Warszawa 1923.
Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2015)

Dzial: