Droga „Kolumba”

kiwi 1.jpg
Pan Bóg sprawił, że odchodził 21 marca br. w obecności swoich kochanych i kochających dzieci – Ani i Andrzeja. Do ostatniej chwili trzymały go za ręce. Czy miał tego świadomość – nie wiadomo. Henryk Kiwiński… Jeden z ostatnich „Kolumbów”, jeden z nielicznych już żołnierzy „wyklętych”...

Śp. Henryka Kiwińskiego spotkałem w czasie mojej pracy w Stowarzyszeniu PAX, a bliższą znajomość zawarliśmy, podczas mojego i moich kolegów pobytu w Gdańsku w 1980 r., gdy przyjechaliśmy na uroczystość odsłonięcia pomnika poległych w 1970 r. stoczniowców. Kontakt ten utrzymywaliśmy również po moim odejściu z pracy w PAX-ie i trwał cały czas.

Charakteryzowała go ogromna kultura osobista i dokładne przestrzeganie form towarzyskich, co ongiś nazywano savoire vivre. A przecież ten sposób bycia nie przytłaczał Jego gości, przeciwnie – stanowił przyciągający urok starszego już pana. Był zawołanym gawędziarzem i dyskutantem, a polemika z Nim stanowiła zabieg niebezpieczny, gdyż wszechstronną wiedzą przewyższał niejednego profesora. Słuchał jednak argumentów i nigdy nie gnębił swoich adwersarzy, nawet gdy na to zasługiwali. Interesował się bez mała wszystkim – polityką i historią, teologią i literaturą piękną, prawem i socjologią, filozofią i kulturą, etc., etc. Jego dom był pełen książek, które nie stały na pólkach obrastając kurzem. Czytał prawie do ostatniej chwili.

W życiu posiadał trzy drogowskazy: rodzina, Prawo Harcerskie – „Przyrzekam całym życiem służyć Bogu i Ojczyźnie”, bezustanne zdobywanie wiedzy. Należał do ludzi głęboko religijnych (w latach szkolnych służył jako ministrant), jednak bez cienia dewocji. Nawet w czasie poważnego osłabienia zdrowia uczęszczał na msze niedzielne. Kiedy już dalsze trasy stały się zbyt uciążliwe, zawsze wysłuchiwał mszy w telewizji lub radiu. Zasady moralności katolickiej tkwiły w Nim głęboko. W tym pokoleniu zabicie nawet wroga swojej Ojczyzny stanowiło dylemat nie lada. Przykazania „nie zabijaj” nie traktowano lekko, nawet w czasie okupacji. Z satysfakcją opowiadał mi, że służąc w AK nie musiał użyć broni.

Urodził się w Nowoświęcianach 26 września 1925 r., a dzieciństwo i wczesną młodość spędził wraz z rodziną w Ignalinie na Wileńszczyźnie. Ojciec Konstanty był oficerem Policji Państwowej, prawdopodobnie pracował także w kontrwywiadzie. „Prawdopodobnie”, bo nigdy tego nie powiedział swojemu synowi. Cóż, w tamtych czasach tajemnicy państwowej przestrzegano do końca życia i wobec wszystkich, najbliższych nie wyłączając. Prócz nauki w szkole powszechnej i gimnazjum, pod kierunkiem ojca opanowywał różne umiejętności rzemieślnicze. Jak wspominał Pan Henryk: „Od rana pracowałem przy wykańczaniu domu. Ojciec mój mawiał, że trzeba umieć wszystko. Niech się nawet te umiejętności nie przydadzą na nic – ale gdyby... Oj wykrakał, wykrakał” (H. Kiwiński: „Gawęda o gromadzie”, maszynopis).

Zanim umiejętności te musiał wykorzystać, młody Henryk bardzo szybko poznał urok książek. Pisał: „Czytaliśmy. Dużo, intensywnie, zachłannie. U progu czwartej klasy przeczytaliśmy już całą biblioteczkę szkolną (nie musiała być chyba duża!). Na korzystanie z biblioteki przy Kasie Stefczyka potrzebna była zgoda dyrektora szkoły. Patrzył na nas z wahaniem, sprawdził, że rzeczywiście bibliotekę szkolną mamy za sobą. Uszczęśliwieni czerpaliśmy z obfitości księgozbioru – po 10-11 książek na tydzień”. Zamiłowanie do lektur pozostało Mu na zawsze.

Dzieciństwo przerwała wojna i wkrótce okupacja sowiecka, następnie litewska, ponownie sowiecka i w końcu niemiecka. Wtedy: „Postanowiliśmy kontynuować naukę we własnym zakresie. Mieliśmy komplet podręczników i przekonanie, że nie wolno tracić czasu – na przekór wrogowi. Zasiedliśmy u Danka nad podręcznikami. Jak to ugryźć? Bez profesora – sami sobie mamy wyznaczać zadania? Kto to sprawdzi? (…) Ale to nic, trwamy!”. Z biegiem czasu 17-letni Henryk zaczął pełnić funkcję „profesora”. Nawiązał też kontakt z kursami tajnego nauczania w Wilnie, skąd otrzymał brakujące podręczniki i wskazówki metodyczne. Kierowaną przez niego grupą zaopiekowała się komisja egzaminacyjna, co umożliwiało tej młodzieży naukę nie „do szuflady”, otrzymywali coroczne świadectwa. Ten fragment życiorysu Pan Henryk uważa za swoje największe osiągnięcie życiowe.

Wkrótce „gromada” przekształciła się w coś więcej: „.Bo niezależnie od samokształceniowych celów, tworzyliśmy konspirację – polityczną, patriotyczną. Marzyliśmy o wojskowej – nie było szans. Straszna władza radziecka przenikała szpiclami społeczeństwo, a poza tym... to był przecież czas klęski Francji i gigantycznych zwycięstw niemieckich” – czytamy w „Gawędzie”. W rezultacie wstąpili do Armii Krajowej, w której służył już Konstanty Kiwiński, mający kontakty z kontrwywiadem AK. Henryka (ps. "Kim") wysyłano do załatwiania spraw w „drugiej linii”.

Gdy już było wiadomo, że Wileńszczyzna nie powróci do Polski, chciał wyjechać do kraju. W międzyczasie schwytało go NKWD, któremu zdołał uciec. Toteż do Polski przedostał się „lewym” transportem. W pociągu repatriacyjnym poznał Bożenę Łapin, swoją przyszła żonę, sanitariuszkę Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, więzioną przez NKWD. W Polsce nie zaprzestał działalności w AK. Między innymi uczestniczył na Białostocczyźnie w akcjach przeciwdziałających wywózce Polaków do Związku Sowieckiego. Pozostając w konspiracji, wtedy już „II Konspiracji”, rozpoczął studia w Akademii Handlowej w Krakowie. Jednocześnie zapisał się na Wyższy Kurs Wiedzy Religijnej na Uniwersytecie Jagiellońskim.

kiwi 3.jpg

W czasie wykonywania zadań konspiracyjnych w 1948 r. aresztował Go Urząd Bezpieczeństwa w Szczecinie, gdzie przeszedł wszystkie kręgi piekła. Jak się okazało, UB poszukiwało śp. H. Kiwińskiego i jego kolegów niezależnie od ich działalności powojennej. Prawdopodobnie on i jego koledzy zostali „nadani” UB przez NKWD. O śledztwie nie chciał szerzej mówić. Raz tylko wspomniał mnie: „Dali mi wtedy nieźle, oj, dali”. Następnym etapem był proces. Niewiele udało się śledczym wyciągnąć od aresztowanych, skoro w sentencji wyroku czytamy, że został uznany winnym, gdyż „usiłował przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego przez to, że był członkiem organizacji p.n. AK, w ramach której przewoził pieczęcie organizacyjne i otrzymywał wynagrodzenie pieniężne”; „przez 2 tygodnie w lipcu 1945 r. … bez prawnego zezwolenie przechowywał pistolet „VIS” oraz „używał za autentyczne podrobione świadectwa dotyczące stosunków osobistych, a mianowicie karty ewakuacyjnej”. (czyli zarzut, że za wszelką cenę chciał wrócić do Polski!). Za pierwsze „przestępstwo” otrzymał wyrok 4,5 lat więzienia, za drugie – 3 lata, trzecie sąd łaskawie „darował” na mocy amnestii. Łącznie wyrok opiewał na lat pięć plus pozbawienie praw publicznych i honorowych na 4 lata oraz przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa.

Większość wyroku Pan Henryk odbył w jednym z najcięższych więzień ówczesnej Polski – we Wronkach. Pod koniec wyroku przeniesiono Go do lżejszego więzienia w Potulicach. W więzieniach pracował w stolarni i wtedy okazała się przydatność umiejętności rzemieślniczych. W roku 1950 wziął we Wronkach ślub z Bożeną Łapin. Jeden ze strażników zapytał go wtedy: „Po co bierzecie ślub? Przecież stąd nie wyjdziecie”. Gdy Pan Henryk odparł, że dostał „tylko” 5 lat, strażnik powiedział: „Chyba jesteście naiwni. Stąd tacy jak wy, nie wychodzą”. Jednak nawet do więzienia dla politycznych władza ludowa nie zdołała dobrać samych bydlaków. Pan Kiwiński opowiadał mi, że we Wronkach pracę w nadzorował wyjątkowy strażnik (nazwiska, niestety, nie pamiętam).

Dodawał on otuchy więźniom, a nawet, na miarę swoich możliwości im pomagał. Załamanych pocieszał, mówiąc, że w końcu wyjdą na wolność i nie wolno im snuć czarnych myśli. Po cichu ich dożywiał, a którejś Wielkanocy przyniósł im prawdziwie świąteczne śniadanie. Byli i tacy… Do najgorszych natomiast należeli zwerbowani z Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii. Bicie więźniów kluczami po nerkach należało do ich” łagodniejszego” repertuaru. Nawet w tych warunkach „skazany Kiwiński”, zgodnie ze swoim zamiłowaniem pedagogicznym uczył młodszych oraz niedokształconych więźniów, prezentował im dzieła naszych narodowych klasyków, recytował wiersze.

Mimo ciężkich przeżyć nie kreował się na bohatera ani ofiarę reżimu komunistycznego. Gdy IPN poprosił go o zeznania, więcej mówił o przyzwoitych ludziach z personelu więziennego, niż o znęcających się. Nie żywił nienawiści do nikogo i do niczego. W tym też duchu wychował swoje dzieci. Uważał, że należy służyć Polsce, takiej jaką jest, bez względu na ustrój. Ojczyzna stanowiła dla Niego wartość samą w sobie. „Na Polskę nie wolno się obrażać” – mawiał.

Przed uwięzieniem i 3 lata potem pracował jako księgowy. W 1956 r. zatrudnił się w Stowarzyszeniu PAX.
Tam pełnił m.in. funkcję przewodniczącego Oddziału Wojewódzkiego PAX w Szczecinie (1959-1973) oraz pracował w Oddziale w Gdańsku (1975-1982)
. Jego pasją była praca formacyjna, toteż został w Stowarzyszeniu cenionym prelegentem. Mimo że nie należał do Solidarności (do której zachowywał dystans), tuż po wprowadzeniu stanu wojennego przesłuchiwała Go SB. W 1982 r. przeszedł na emeryturę, ale długi czas jeszcze współpracował z PAX-em i Civitas Christiana. Miał też i pasję prywatną – prace rzemieślnicze, szczególnie stolarkę

Po 1989 r. bardzo cierpiał nad niszczeniem patriotyzmu i godności narodowej Polaków przez media i polityków establishmentu. Może już na tamtym świecie doczeka Polski, o którą walczył, za którą cierpiał i dla której pracował.

Zamiast zakończenia zadedykuję śp. Panu Henrykowi fragment wiersza Ryszarda Kiersnowskiego „Testament poległych”, tak bardzo pasujący do Jego poglądów i działań:

„Nie legendą, lecz pracą i powszednim chlebem
Trzeba głodnych nasycić i uczyć ich synów,
Aby złoto pszeniczne szumiało pod niebem,
By więcej było zboża, niż liści wawrzynu.
Budujcie nową Polskę. Szanujcie jej imię.
Trzeba tak ją umocnić wiarą i miłością,
Aby kresu dobiegły wędrówki pielgrzymie,
By nikt snu nie zakłócał popróchniałym kościom.”

Zbigniew Lipiński
Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2015)

Dzial: