„Pomoc i współczucie”

nasze.jpg
Maluczko, a będziemy pod niebiosa wynosić nacjonalistów ukraińskich i podobnych do nich specjalistów od kłamstw i oszczerstw. W numerze 13(3007) z dnia 29 marca 2015 roku „Naszego Słowa” ukazała się notatka pod tytułem „Ukraińcy współczuli i pomagali”.

Po przeczytaniu tej notatki musiałem ręcznikiem przecierać moje jedyne oko, bo jedno już dość dawno odmówiło mi posłuszeństwa i nie chce mi służyć, tak przykro mi się zrobiło. W notatce są zawarte dane liczbowe osadników, którzy po 1920 roku za zwycięską bitwę pod Warszawą, otrzymali w darze ziemię na Wołyniu, oraz wywózka po 17 września 1939 r. na Sybir przez Sowietów tych osadników.

Nie będę tutaj wchodził w liczby wymienione w tygodniku. To nie jest istotne. Wywózka była i to można powiedzieć nie tylko osadników, ale nazwijmy to też rdzennych mieszkańców wszystkich okupowanych przez Sowietów terenów. Można by z tym zgodzić się, to jest zgodne z wywodem autora notatki, gdyby ona dotyczyła samej wywózki jako takiej. Tymczasem? Zadam tutaj pytanie: czyżby Sowieci sami sporządzali listy nazwisk skazanych na wywózkę? A może rząd polski nadając prawo własności ziemskiej osadnikom, dawał listy nazwisk do wiadomości Sowietom? Na sporządzenie takich list zabrakło by Sowietom czasu.

Wywózka była prawie natychmiastowa, po wejściu Sowietów na Wołyń. Coś mi tutaj nie pasuje. W tych sprawach trochę się orientuję. Pisałem już o tym przy innej okazji. Ale kolejno: listy osadników polskich były podawane Sowietom przez Ukraińców i Żydów. To oni najlepiej wiedzieli, kto był osadnikiem, a kto miejscowym, kto był sympatykiem a kto wrogiem. Sowieci dostawali gotowe listy. Pisałem i o tym, że moich wujostwa Kurzydłowskich wywieziono z donosu Ukraińca. Nazwisko jego było znane. Ciocia Kurzydłowska po powrocie z Syberii widziała zdrajcę w Koszalinie. Dodam tylko, że Kurzydłowscy należeli do bardzo biednej rodziny. Pisałem wielokrotnie i pytałem Ciocię, dlaczego nie zgłasza tego odpowiednim władzom? Zawsze była krótka i jednoznaczna odpowiedź: „niech go Bóg pokarze. Ja go karać nie będę”.

A jakie było nastawienie Ukraińców w czasie pierwszej okupacji sowieckiej? Podam konkretny przykład. W drugim dniu wojny niemiecko-sowieckiej, w krótkiej bitwie lotniczej, jeden samolot niemiecki strącił chyba cztery czy pięć samolotów sowieckich. Przyglądałem się owej bitwie. Widziałem spadające samoloty. Ostatni samolot już w płomieniach spadł tuż przy szkole w Zasmykach. Przed upadkiem jeden z pilotów wyskoczył z owego samolotu. Niestety, był już za nisko i spadochron się nie rozpiął. Pilot zginął na miejscu. Do płonącego samolotu zbiegło się wielu ludzi. Większość Ukraińców.

Ukraińcy zacierali ręce. „Ce tobi ne Polszcza” (to, tobie, nie Polska) – mówili – i zacierali ręce. Jeden z Polaków podszedł do leżącej blachy z samolotu, podniósł ją i pokazał Ukraińcom gwiazdę sowiecką. „Nasz, nasz” – zaczęli wypowiadać. Poczuli się w tej chwili obywatelami sowietów, albo po prostu pokazali swoje prawdziwe oblicze. O czym to świadczy? Nie trzeba komentować. Dzisiaj dorabia się różnego rodzaju otoczki polityczne, społeczne czy inne. Nie ma już nikogo kto mógłby zaprzeczyć słowom pisanym w ukraińskim tygodniku. Ja pamiętam to doskonale. Miałem wtedy 14 lat, a w tym czasie czternastolatek był już dorosłym i rozumował kategoriami ludzi dorosłych. Będąc w Zasmykach już w czasie niepodległej Ukrainy, umiałem wskazać miejsca gdzie spadł samolot i gdzie spadł jeden z pilotów sowieckich, któremu nie otworzył się spadochron.

„Nasze Słowo” pisze dalej: w grudniu rozpoczęła się masowa deportacja polaków na Sybir. „Ich mienie konfiskowano na potrzeby nowej władzy, a chudobę i żywność przekazywano do kołchozów”. I tu aż się prosi pytanie: Kto pobierał korzyści z kołchozów? A właściwie czyje to były kołchozy? Polaków? Z owego mienia korzystali tylko Ukraińcy, bowiem w polskich wsiach nie udało się Sowietom założyć kołchozów. Przypomina mi to trochę meldunek „Łysego” po wymordowaniu Ostrówek i Woli Ostrowieckiej: „Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem, dla potrzeb kurenia”. Podobieństwo owych meldunków duże, jakby to czyniła jedna osoba.

Autor notatki – Ołeksandr Chomenczuk – rozczula się nad dolą Polaków wywożonych w głąb Sowieckiego Sajuza. Ukraińcy jak mogli tak ratowali osadników polskich przed wywózką. Pisali do władz sowieckich zbiorowe listy, podając jak dobrymi ludźmi byli osadnicy. To nie pomagało. Komuna sowiecka bez wyroków wywoziła, rozstrzeliwała Polaków. To samo komuna w Doniecku i całym Donbasie robi dzisiaj z porządnymi Ukraińcami. Też brutalnymi metodami niszczy Ukraińców za sam język, za mowę, za obyczaje, za ukraińską symbolikę, za to, że chcą żyć w prawnej demokratycznej Europie.

Oto inny cytat: „W kościele Świętych Piotra i Pawła w Równem prawosławni Ukraińcy uczcili pamięć ofiar komunistycznych represji. Oni modlili się za spokój dusz niewinnych męczenników komuno-beriowskich satrapów (…)”

Z rozrzewnieniem czyta się tego rodzaju sformułowania, jak to komuna sowiecka niszczyła Polaków i Ukraińców. Podanych jest nawet wiele nazwisk. Czytając to prócz łez, przychodzą na myśl ofiary niewinnych męczenników dzieci, matek, starców, zamęczonych przez dzisiejszych „bohaterów”, których pomniki ustawione są w każdym mieście zachodniej Ukrainy. Przychodzą także wprost niewiarygodne myśli, że w Donbasie mordowani są przez separatystów właśnie ci bohaterowie z zachodniej Ukrainy. Ale chyba jest to twór wybujałej fantazji. Czyjej?

Byli Ukraińcy źli, byli też i dobrzy. Byli Sowieci źli, byli też i dobrzy. Mój kolega, z Zasmyk, został aresztowany przez Polaków w 1945 roku i przekazany Sowietom. Wyroku nie miał. Przebywał na katorżniczej pracy 12 lat. Sowieci pozbawili go dokumentów, narodowości polskiej, a tym samym możliwości powrotu do domu. Wieść o nim zaginęła. Rodzina zrobiła symboliczny nagrobek i tam na Wszystkich Świętych zapalała znicze. Janek, tak miał na imię wygnaniec, spotkał w Związku Sowieckim ekawudzistę, z którym zawarł bliższą znajomość. Opowiedział mu całą swoją historię. I stał się cud. Ów enkawudzista, za pośrednictwem swoich żołnierzy w Legnicy odnalazł jego matkę i telefonicznie skontaktował ją z Jankiem. Ta wiedząc jak czynić dalej przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych czy Spraw Wewnętrznych wyrobiła Jankowi dowód osobisty, jakimiś drogami przekazała go Jankowi i Janek powrócił do kraju. Zamieszkał koło Chełma. Byłem u niego w domu. Kilka lat temu umarł. Wśród Ukraińców byli też ludzie podobni do tego enkawudzisty, ale jak wiemy wyjątki potwierdzają tylko regułę. Taką samą pomoc Polacy otrzymywali i od Ukraińców, o czym powiadamiam „Nasze Słowo”.

Zbiorowej pomocy Polakom nie było…

Antoni Mariański
Myśl Polska, nr 17-18 (26.04-3.05.2015)

Dzial: