Mój głos za kompromisem

smiech 3.jpg
Z pełną świadomością tego, że nie spodoba się to żadnej ze stron konfliktu, opowiadam się za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego w Polsce w dotychczasowym kształcie. Ktoś zapyta, z jakich pozycji to czynię? Odpowiem subiektywnie, z katolickich i realistycznych jednocześnie.

Przyznaję, że w ostatnich dziesięcioleciach mam poważny problem z obiektywnym zdefiniowaniem pojęcia „katolik”, problem wynikający nie z mojego braku wiedzy, ale z ogromnych zmian doktrynalnych jakie zaszły w Kościele w ciągu ostatnich 55 lat, czyli po Soborze Watykańskim II.

Jeżeli Sobór i późniejsze nauczanie przewróciły o 180 stopni tradycyjne nauczanie Kościoła chociażby w tak fundamentalnej sprawie, jak stosunek do religii żydowskiej, do odrzucenia Chrystusa przez wierzących Żydów, jak kwestia rzekomej mocy zbawczej judaizmu (traktowanego jako równoległa droga do zbawienia, podczas gdy Kościół jest uważany za drogę jedynie dla nie-żydów) itd.; jeżeli dzisiaj Kościół występuje przeciwko karze śmierci, a ostatnio także głosem Franciszka w najnowszej encyklice, także przeciwko karze dożywocia oraz idei wojny sprawiedliwej (innymi słowy – obowiązującą przez wieki katolicką zasadę świętości życia niewinnego zastąpiła w naszych czasach ogólna zasada świętości życia), nie mówiąc już o prywatnych opiniach tegoż o konieczności ochrony prawnej cywilnych związków osób LGBT, to trudno mi wg powyższych kryteriów uważać się, bądź być uważanym za katolika (w każdym razie posoborowego).

Jednocześnie tęsknię za Kościołem papieży intelektualistów, powiedzmy Kościołem od Leona XIII („Rerum nova rum”) po Piusa XII, uznając również ważność i doniosłość społecznego nauczania Jana Pawła II („Laborem exercens”, „Centesimus annus”). Daleko mi i do przedsoborowego, jak i tym bardziej posoborowego, szczególnie polskiego, ludowego mistycyzmu, który często przybiera formę zabobonu, nagromadzenia prywatnych objawień, przepowiedni itp. rzeczy. Zatem mam poważny dylemat, jednocześnie pocieszając się, że nie jestem sam z podobnymi wątpliwościami w dzisiejszym świecie. Równocześnie, mam pełną świadomość tego, że wyrażając poparcie dla kompromisu aborcyjnego mogę się obronić dla wielu jedynie jako polityk-realista, a nie jako np. katolik przedsoborowy, dlatego takim się także nie nazywam.

Kościół polski popełnił po 1989 r. ogromne błędy – po pierwsze, zbratał się z władzą na poziomie państwowym i samorządowym (jak ten ksiądz z Obrzydłówka z „Siłaczki” Żeromskiego), po drugie, stał się beneficjentem systemu panującego w Polsce, przede wszystkim w aspekcie ekonomicznym i biznesowym. Wreszcie w 2010 r. po katastrofie smoleńskiej, a już szczególnie od objęcia władzy przez PiS w 2015 r., Kościół stał się sojusznikiem władzy, a nawet więcej, stał się narzędziem tej władzy, która dodatkowo pragnie go nie tylko wykorzystać dla swoich celów, ale wręcz zawłaszczyć. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że PiS realizuje swoistą formę cezaropapizmu. Zawsze pełniący poważną rolę na polskiej scenie Kościół wybrał bardzo ryzykowną drogę.

Związał się z partią rządzącą w sposób nie mający precedensu w naszej historii. To zapewnia dopływ wartości materialnych, czy np. uprzywilejowanie w obrocie ziemią, ale ma swoją ogromną cenę – Kościół abdykuje ze swojej uniwersalistycznej pozycji w Polsce, która np. w PRL dawała mu możliwość bycia pośrednikiem w sporach, występującym w imieniu wszystkich i dla dobra wszystkich, a nie tylko dla jednej grupy i to o konkretnym wyrazie politycznym. Z tym wyrazem wiąże się mniej lub bardziej głośne poparcie polskiego Kościoła dla polityki wewnętrznej i zewnętrznej oraz dla polityki historycznej PiS.

Zanim przejdę do omówienia kwestii kompromisu aborcyjnego muszę zwrócić uwagę na fakt, że politycy realni często są atakowani przez katolików bezwzględnie przywiązanych do biblijnego nakazu Niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie, że się temu nakazowi sprzeniewierzają. To prawda, w jakimś sensie sprzeniewierzamy się temu nakazowi, tam, gdzie w grę wchodzą wyższe wartości od indywidualnej decyzji jednostki w jej własnej sprawie, tj. tam, gdzie chodzi o interes narodu, czy państwa. Stąd naczelnym hasłem polskich polityków realnych jest porzucenie hasła „wszystko albo nic” (w innej wersji dziś twój tryumf albo zgon), które przyniosło nam wiele największych w historii klęsk narodowych i wypacza myśl polityczną każdego kolejnego pokolenia Polaków, które się z nim zetknie. Ale to może nie być dla niektórych argumentem przy wyborach moralnych.

Zatem przyjrzyjmy się polityce Kościoła, polityce, która jest co do zasady ciągiem kompromisów, także moralnych. Nie chodzi tylko o niezliczone przypadki akceptowania rozwiązywania małżeństw przez rozmaitych władców (Henryk VIII był wyjątkiem, ale w końcu Watykan uznał brytyjską monarchię anglikańską), ale, żeby nie sięgać zbyt daleko w historię, weźmy przykład XX wieku i kompromisy z państwami komunistycznymi, czy innymi totalitarnymi. Wynikały one z realistycznej oceny sytuacji i wyboru mniejszego zła. Poza odosobnionymi indywidualnymi przypadkami, Kościół nie nawoływał ani nie realizował samopalenia w myśl bezwzględnie rozumianej zasady tak-tak, nie-nie. Także współczesna walka Kościoła np. w Ameryce Łacińskiej o obronę zasad moralnych skutkuje kompromisem – to prawda, że w kilku krajach tego regionu wprowadzono (bądź przywrócono) daleko idące przepisy antyaborcyjne, ale jednocześnie w wielu z nich zalegalizowano tzw. małżeństwa homoseksualne.

Słynny kompromis aborcyjny funkcjonuje w Polsce od 1993 r., kiedy to ograniczono dopuszczalność aborcji do znanych trzech przypadków. Wprowadzenie w 1996 r. czwartej przesłanki „z przyczyn społecznych” zostało obalone przez Trybunał Konstytucyjny w 1997 r. i od tej pory aż do dziś kompromis trwa w niezmienionej postaci, pomimo istnienia w Polsce „po drodze” rządów lewicowych. Wszystkie próby w tym okresie zmiany kompromisu były jedynie harcownictwem, niemożliwym do zrealizowania ze względu na ponadpartyjne porozumienie najważniejszych sił w Polsce. Bez wątpienia kompromis ten uczynił przez 27 lat wiele dobrego. Wg oficjalnych danych w ostatnich latach przeprowadzono w Polsce na mocy ustawy: - w 2013 r. - 744 aborcje; - w 2014 r. - 971; - w 2015 r. - 1040; - w 2016 r. - 1100 (w tym 221 przyczynę stanowił sam Zespół Downa); - w 2017 r. - 1061; - w 2018 r. - 1076; - w 2019 r. - 1110 (271 Zespół Downa).

Trzeba dodać, że Zespół Downa jako samodzielna przyczyna znajduje się w mniejszości. Ogólnie rzecz biorą różne i schorzenia wady są przyczyną ok. 95% legalnych aborcji. Oczywiście z całą pewnością istnieje w Polsce podziemie aborcyjne, którego wielkość jest bardzo trudno oszacować, zwłaszcza, że obok aborcji nielegalnie przeprowadzanych w Polsce istnieje tzw. turystyka aborcyjna tj. możliwość dokonywania aborcji przez Polki w krajach Unii Europejskiej. Obie strony sporu mają tendencję bądź do zaniżania bądź zawyżania skali podziemia aborcyjnego. Dr Antoni Zięba obliczał w 2006 r. podziemie na 7-14 tysięcy aborcji, zwolennicy aborcji mówią o skali 100-200 tysięcy.

Wdaje się, że w związku z swobodnym dostępem do szpitali w krajach UE, należałoby przyjąć za wiarygodną liczbę do 50 tysięcy aborcji rocznie. Zwracam uwagę, że to jest realny problem, gdyż o ile nielegalne aborcje w Polsce można i wykrywać, i ścigać, o tyle turystyka aborcyjna pozostaje poza możliwościami organów ścigania. W tym wypadku pozostaje polityka edukacji, nienachalna, pozytywna argumentacja, edukacja na rzecz ochrony życia poczętego. I co najważniejsze, prowadzona co do zasady nie z pozycji religijnych i przy pomocy argumentów religijnych, ale w miarę możliwości światopoglądowo neutralna, bazująca przede wszystkim na medycynie i faktach. W ostatnich latach zaniedbano tego i sondaże na początku XXI wieku świadczące o zmianie świadomości społeczeństwa w kierunku ochrony życia poczętego, zaczęły ostatnio niebezpiecznie wychylać się w drugą stronę. Zwłaszcza sondaże z lat 2019/2020 pokazują regres w postaci zwrotu respondentów w kierunku przyznawania kobietom swobodnej decyzji odnośnie aborcji do 12 tygodnia ciąży (tzw. aborcja na życzenie).

PiS wydawał się to rozumieć i w pierwszej kadencji skutecznie uchylał się od nacisku środowisk dążących do całkowitej ustawowej ochrony życia. Jak powiedziałem wyżej, w ostatnich latach, jeszcze przed objęciem władzy przez PiS, można było odnieść wrażenie, że edukacja pro-life traci swój impet. PiS widząc to wycofał się z projektu zaostrzenia ustawy w 2016 r. (ówczesne „czarne marsze” kobiet miały o wiele mniej agresywny charakter niż obecne).

Jednak obecnie Jarosław Kaczyński zdecydował o przeprowadzeniu zmiany ustawy z 1993 r. Nie wiadomo co go do tego sprowokowało. Ani pandemia Covid-19, ani nacisk środowisk związanych z opozycją prawicową, na pewno nie. Dlaczego? Dlatego, że do zaostrzenia przepisów pandemicznych PiS nie potrzebował takiego dodatkowego pretekstu, wystarczyło powołać się na gwałtownie rosnącą liczbę zakażonych (nie, chorych!).

Z kolei środowiska takie jak Konfederacja, pomijając nawet wewnętrzne spory o stosunek do aborcji w samej Konfederacji, nie są w stanie odbić Kościoła PiS-owi, gdyż nie mają władzy w państwie i mieć jej nie będą w najbliższym czasie. Z kolei to, że marsze protestacyjne nastąpią było zupełnie oczywiste, zatem Jarosław Kaczyński rozpętał awanturę z pełną świadomością tego, co się stanie. Tchórzliwie użył do tego Trybunału Konstytucyjnego, chociaż mógł to przeprowadzić po prostu przez Sejm jako inicjatywę ustawodawczą swojej partii. Obchodzenie tematu przy pomocy Trybunału, który przez część prawników, ale i społeczeństwa uważany jest za partyjną instytucję PiS (nie bez powodu i nie bez racji) nie może przecież w żadnym wypadku postawić PiS w sytuacji przymuszonego podmiotu, który nie chce, ale musi.

Efektem wyroku TK są demonstracje prowadzone przez najbardziej agresywne siły feministyczne. Ich negatywny wpływ, to nie tylko wulgarne zachowanie, agresja, ataki na kościoły, niszczenie zabytków, przerywanie nabożeństw, ale także – i to jest najgorsze – tworzenie fałszywego wrażenia, że występują one w imieniu wszystkich polskich kobiet oraz obejmowanie swoim zasięgiem – z widokami na przyszłe poparcie – Polaków (nie tylko kobiet), którzy wcale nie chcą aborcji na życzenie, ale nie chcą też zakazu aborcji w ogóle oraz mają dość stylu władzy PiS, a tacy stanowili bez wątpienia większość uczestników protestów.

Radykalny ruch feministyczny, czerpiący garściami z USA i Europy Zachodniej, mający wsparcie w postaci oenzetowskich i unijnych enuncjacji stwierdzających, że aborcja stanowi „prawo człowieka”, wygrywa dla siebie, z winy PiS, znacznie bardziej umiarkowane od siebie kręgi społeczeństwa polskiego. Co więcej, przyzwyczaja umiarkowanych do swoich metod, zachęca do naśladowania. To wszystko dzieje się przy indolencji służb siłowych, w tym policji, którymi dysponuje nie kto inny jak PiS posiadający pełną władzę w Polsce. Wezwanie Jarosława Kaczyńskiego do członków PiS, aby bronili kościołów przed ataki, to już wyraz kompletnej aberracji umysłowej wicepremiera.

Jeżeli jednak przyjmiemy, że Jarosław Kaczyński ma jakiś plan w związku z obecną awanturą, którą wywołał w 100%, to pytanie, o co może chodzić. Ja nie znajduje w tych działaniach logiki, a jedynie postępujący uwiąd ośrodka kierowniczego PiS. W tej sytuacji prezydent Duda stara się ratować sytuację i ugrać coś dla siebie. Przy wszystkich moich zastrzeżeniach do jego polityki, być może uda mu się opanować ten gigantyczny problem.

Co należy zrobić? Przy paraliżu Kościoła ważny jest choć słaby głos słabego prymasa, którego mało kto w Polsce zna – abpa Polaka, który wezwał do deeskalacji konfliktu. To jedyne rozsądne rozwiązanie. Druga sprawa, to konieczność sprawnego działania służb siłowych. W tym miejscu stwierdzam, że z całą mocą sprzeciwiam się tworzeniu jakichkolwiek partyjnych, czy prywatnych organizacji obrońców kościołów o charakterze bojówek. Takie rzeczy robi się w państwach, w których władza jest fikcją, a trudno mówić o fikcji władzy PiS, który rządzi wszystkim. Na przyszłość można co najwyżej pomyśleć o utworzeniu czegoś w rodzaju Gwardii Narodowej. Natomiast obserwowane obecnie próby tworzenia brygad Falangi czy Straży Narodowej to droga nie do deeskalacji, ale przeciwnie, do eskalacji konfliktu, z którego po stronie obrońców Kościoła, miód spije i tak PiS.

Najważniejszym zadaniem, które stoi przed środowiskami dążącymi do poszerzenia ochrony życia jest – po deeskalacji (być może drogą proponowanego przez prof. Zolla nie dopuszczenia do druku wyroku TK, co jest niezgodne z prawem, ale ma swoją pisowską tradycję w czasach przejmowania TK), co wcale nie będzie łatwe – edukacja i ciężka walka o odbicie tych umiarkowanych, którzy brali udział w protestach, a być może zostali ośmieleni przez radykalne lewactwo do zradykalizowania swoich poglądów.

Jak trzeba być naiwnym czy wręcz dziecinnym, żeby ogłaszać zwycięstwo obrońców życia po decyzji partyjnego TK? Przecież, to że nastąpią protesty było oczywiste. Polacy są strasznie podzieleni. Tą sprawą podzielą się jeszcze bardziej. Nie wytrzymują już tego wszystkiego, co dzieje się wokół. Obostrzenia pandemii, odbierane powszechnie jako bardzo przesadzone, już doprowadziły do upadku setek firm rodzinnych, a przecież obostrzenia znowu narastają. Ludzie patrzą na siebie wilkiem, wspólnota w sposób oczywisty zanika, rwa się więzi, podziały dotykają rodzin. Czy jednak ci, co sprowadzają Polskę do siebie samych, jak PiS i niektórzy radykalni katolicy, są w stanie zrozumieć, że to właśnie jest największe zagrożenie dla naszego narodowego bytu. Jesteśmy częścią świata zachodniego, który przewrócił swoje pojęcia o 180 stopni i to wpływa również na Polaków w sposób nieuchronny.

Fanatyzmem i radykalizmem z naszej strony sprowadzimy na Polskę przewrót cywilizacyjny szybciej niż nam się zdaje. Tu zgadzam się z wicemarszałkiem Piotrem Zgorzelskim z PSL, że jeżeli za kilka lat obudzimy się w kraju z aborcją na życzenie (i dodam, ze związkami LGBT), to praprzyczyną tego będzie obecna polityka PiS (i bezradność Kościoła). Zresztą w myśl zasady „wszystko albo nic”. Uzdrowienie obecnej sytuacji w Polsce będzie bardzo trudne, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak niewielkie jest pole racjonalnego wyboru dla obu stron konfliktu, w ramach którego można prowadzić racjonalną dyskusję.

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 45-46 (8-15.11.2020)