Trzeciorzędne wybory

trump 3.jpg
Nadchodzące wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, jak się wydaje, budzą w Polsce przesadne emocje. Oczywiście, są one najgłośniejszym z tegorocznych spektakli na politycznym afiszu, jednak nic nie uzasadnia emocjonowania się starciem Donalda Trumpa z Joe Bidenem.

Dzieje się tak z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jak wynika również z publikowanej w tym numerze MP rozmowy z analizującym krytycznie od wielu lat amerykańską politykę zagraniczną Danem Kovalikiem, różnice pomiędzy kandydatami w sferze polityki zagranicznej są dość kosmetyczne, a właściwie nie ma ich wcale. Nie sposób wykluczyć, że Trump i Biden mają osobiście odmienne wizje świata i stosunków międzynarodowych. Ich prywatne poglądy na ten temat nie będą jednak miały większego przełożenia na realne decyzje polityczne, a co najwyżej artykułowane będą w kolejnych ich wpisach w mediach społecznościowych.

Niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiądzie republikanin czy demokrata, Stany Zjednoczone pozostaną państwem imperialistycznym o aspiracjach hegemonicznych. Niezależnie od wyniku wyborów, prowadzić będą prowojenną, agresywną politykę w różnych częściach świata. Wynika to z faktu, że za amerykańską polityką nadal stać będą te same osoby, ludzie, którzy pozostają w cieniu, lecz w istocie podejmują najważniejsze decyzje. Nie jest to żadna teoria spiskowa, lecz wynik prowadzonej od dekad obserwacji procesów zachodzących w amerykańskiej polityce.

Analiza faktów wskazuje jednoznacznie: zasadnicze zręby i kierunki polityki zewnętrznej, wywiadowczej i militarnej Waszyngtonu pozostają niezmienne. Nie dlatego, że Trump czy Biden nie chcieliby ich zmienić, lecz dlatego, że po prostu nie mogą. Deep state jest faktem. To właśnie poglądy tego rzeczywistego jądra władzy sprawiają, że deklaracje obecnego prezydenta o wycofaniu amerykańskich wojsk z różnych miejsc na naszym globie pozostały pustymi frazesami. Ktoś powie, że w przypadku zwycięstwa Bidena zaostrzy się retoryka w stosunku do Rosji, a złagodnieje w stosunku do Chin. To będą jednak tylko deklaracje. O dalszym rozwoju konfrontacji z Moskwą i Pekinem decydować będą przedstawiciele kręgów faktycznie sprawujących władzę – wielkie korporacje, świat finansów, wywiad, przemysł zbrojeniowy i wydobywczy.

Po drugie, wspomniana konfrontacja jest nieunikniona i wynika z dwóch faktów. Stany Zjednoczone są konstruktem państwowym powołanym do strzeżenia interesów wielkich korporacji i kapitału spekulacyjnego. Nie jest to zatem państwo w europejskim rozumieniu tego terminu, a raczej twór przypominający agencję ochroniarską mającą zabezpieczać interesy korporacyjne. W kategoriach klasycznej geopolityki jest to podmiot zaliczany do modelowych handlowych potęg morskich, niejako skazany na rywalizację z siłami kontynentalnymi, a zatem również z Europą. Wprowadzając antyeuropejskie sankcje, Trump potwierdził w całej rozciągłości tą prawidłowość.

Polska jest protektoratem Stanów Zjednoczonych, podobnie jak kilka innych mniejszych i średnich krajów Europy Środkowej (państwa bałtyckie, Ukraina, Rumunia). Stan ten trwać będzie niezależnie od wyniku wyborów. Obecność wojskową w naszym regionie utrzymywać będzie i Trump i Biden. Obaj będą również promować przez swoją ambasadę w Warszawie wzorce obyczajowe sprzeczne z polskim profilem kulturowym i tożsamościowym. Obaj wreszcie popierać będą roszczenia wpływowych organizacji żydowskich do tzw. mienia bezspadkowego. Każdy z nich promować będzie interesy amerykańskiego sektora energetycznego wbrew interesom polskich konsumentów. Waszyngton niezmiennie pilnować będzie, by w Warszawie nie przyszło nikomu do głowy prowadzenie dialogu z Moskwą i Pekinem.

Różnice pomiędzy kandydatami dotyczyć mogą wyłącznie polityki wewnętrznej, z naszego punktu widzenia mało istotnej. Widać to zresztą, gdy obejrzymy przeprowadzoną już debatę pomiędzy kandydatami. Wrażenie z niej jest doprawdy ponure. Amerykańscy wyborcy mają dokonać selekcji spośród dwóch starszych panów, obrzucających się w debacie błotem, krzyczących „zamknij się!” i „jesteś klaunem”. To poziom amerykańskiej polityki, zapewne dostosowany do poziomu większości tamtejszego społeczeństwa. Notabene poziom ten traktowany jest jako wzorzec, do którego upaść powinna również polska debata publiczna. Cyrk dwóch niespecjalnie rozgarniętych krzykaczy nie jest jednak naszym cyrkiem. Wynik tych wyborów w sytuacji Polski, w strukturze jej zależności od metropolii zza oceanu nic nie zmieni.

Mateusz Piskorski
fot. profil fb D. Trumpa
Myśl Polska, nr 43-44 (26.10-1.11.2020)

Dzial: