Ubój rytualny wczoraj i dziś

agro.jpg
Akcja rolników przeciwko pisowskiej „piątce dla zwierząt”, zakazującej hodowli zwierząt futerkowych i uboju rytualnego, znajduje się obecnie na fali wznoszącej. Tysiące przedstawicieli branży hodowlanej przybywa do stolicy, aby protestować. Mamy bowiem do czynienia z wydarzeniem bez precedensu.

Oto partia, która do władzy doszła w dużej mierze dzięki poparciu wsi i małych miasteczek, w bezpardonowy sposób dokonuje zamachu na podstawy egzystencji sporej części ich mieszkańców. Robi to w dodatku w imię haseł i ideologii zaczerpniętych z arsenału radykalnej lewicy. Remedium na nieprawidłowości występujące w branży hodowlanej (a gdzie ich nie ma?) nie staje się zwiększenie kontroli i stworzenie „humanitarnych” warunków zwierzętom, a likwidacja całego sektora. Przyświecająca temu wszystkiemu ideologia jest dość odległa od odmienianego przez PiS przez wszystkie przypadki hasła obrony interesu narodowego.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego w imię pozornie podobnych haseł walkę prowadził także obóz narodowy. Jak pisze badacz tej problematyki: „Walka z żydowskim ubojem rytualnym, którego przyczyną były rygorystyczne nakazy religii judaistycznej, środowiska narodowodemokratyczne prowadziły przez całe międzywojenne dwudziestolecie i poświęcały tej kwestii, szczególnie w latach trzydziestych, dużo uwagi. (…) niektórzy endeccy dziennikarze, aby zlikwidować «rzeźnicką» konkurencję żydowską, nie zawahaliby się wprowadzić w życie socjalistyczno-etatystycznych pomysłów «normowania» i «regulacji», co niby w interesie konsumenta (!) czynić miały biurokratyczne «czynniki miarodajne».” (Olaf Bergmann, „Narodowa Demokracja wobec problematyki żydowskiej w latach 1918-1929”, Poznań 1998).

Interesującym pozostaje fakt, iż także endecja nie odżegnywała się wówczas od stosowania „humanitarnej” argumentacji. Na przestrzeni minionego wieku zmieniły się jednak okoliczności, o ile bowiem Narodowa Demokracja walkę z ubojem prowadziła częściowo z przyczyn ekonomicznych (walka z obcą konkurencją), a po części dążąc po prostu do systemowego upośledzenia ludności żydowskiej, o tyle PiS walczy dziś z „solą ziemi” własnego narodu – z polską wsią. Można zatem stwierdzić, że obu zestawianym siłom politycznym przyświecały dokładnie odmienne intencje – za lub przeciw swoim.

Wieś sama w dużej mierze poparła PiS, który teraz, jak stwierdził w „Upadku” filmowy Joseph Goebbels, „poderżnie im gardziołka”. Ktoś złośliwy mógłby wsi zarzucić sprzyjanie PiS-owi, gdy ten brał na celownik kolejne grupy zawodowe: lekarzy, nauczycieli, prawników, służby mundurowe oraz inne pomniejsze branże. Gdy teraz rewolucja PiS-u przyszła i po nich, nie ma już nikogo, kto mógłby rolników poprzeć, sprzyjać im. Było to już w jaskrawy sposób widoczne przy okazji protestu sadowników.

PiS sztukę dzielenia, konfrontowania i napuszczania na siebie poszczególnych grup społecznych doprowadził do perfekcji. Najczęściej robi to pod płaszczykiem walki z rzekomą „komuną”, wpływami Rosji i innymi stworzonymi na własny użytek zagrożeniami. Jednak dopiero teraz metoda dzielenia objawia się w całej swojej krasie. Gdy wieś w dużej mierze walczy o swoje „być albo nie być”, miasta na walkę tę, w najlepszym razie, pozostają głuche i obojętne.

Maciej Motas
fot. Profil fb Agrounii
14.10.2020

Dzial: