Odpieprzcie się od Kraśnika

szlezak 4_2.jpg
Nie wiem od kiedy, ale to chyba w czasach PRL-u utarło się, że synonimem zaściankowości, prowincjonalnej ciemnoty, a nawet pospolitej głupoty były miejscowości Kłaj, Pcim, a zwłaszcza Wąchock. Przeglądając internet dostrzegam obecnie tendencję do zrobienia Kraśnika czymś jeszcze gorszym niż Kłaj, Pcim i Wąchock razem wzięte.

Winą Kraśnika jest to, że radni tego miasta przyjęli dokument sprzeciwiający się ideologii LGBT i nie wycofali się z tego stanowiska pod groźbą utraty dofinansowania z tak zwanych funduszy norweskich. Dodatkowo ponoć sprzeciwili się wprowadzeniu na terenie Kraśnika technologii telefonii komórkowej określanej jako 5G.

O LGBT potrafię powiedzieć więcej niż o 5G, ale przede wszystkim napiszę o moim stanowisku względem powyższego zachowania radnych z Kraśnika. Od razu powiem, że stoję po ich stronie. Nie chodzi mi przy tym o to czy LGBT "to ideologia czy ludzie", ani o to czy technologia 5G jest groźna, czy bezpieczna dla ludzkiego zdrowia, ale o to, że swoją twardą postawą kraśniccy radni po prostu nie dali się zeszmacić i obronili swój honor. Jakby ich nie próbować ośmieszać, to pokazali, iż bardziej cenią swoje przekonania niż pieniądze czy to norweskie, czy unijne. Postawa, wedle której jesteśmy sobą, a jak ktoś chce nas za to karać nie dając pieniędzy, to nic – poradzimy sobie bez tego, powinna być jedną z podstaw samorządu.

W Polsce utrwaliło się w samorządach przekonanie, że rozwijać można się tylko za pieniądze z zewnątrz, a dotacje unijne albo rządowe, a także wspomniane fundusze norweskie czy szwajcarskie, to jakaś wielka łaska, bez której nie da się w gminie wybudować kanalizacji, wyremontować drogi czy kupić i zainstalować sieci komputerowej w szkołach. Jak teraz widać dla tych dotacji wiele samorządów gotowych jest się zeszmacić, zaprzeć swoich przekonań i zachowywać jak przysłowiowy chłop pańszczyźniany, który udawaną pokorą i ostentacyjną nędzą, chce wzbudzić litość i naciągnąć wielmożnych panów na jakąś jałmużnę. Prawda jest jednak taka, że w dłuższym okresie czasu podstawą działania i rozwoju samorządu powinny być własne zasoby.

W Polsce pogodzono się z tym, że cele na które idą unijne dotacje ustala się nie w polskich samorządach, a w brukselskich gabinetach. Bardzo dobrze wiem ile trzeba się nakombinować, żeby unijne programy przykroić do gminnych potrzeb, a potem ile trzeba starań, żeby polscy urzędnicy nie podważyli ich sensu i w efekcie, żeby nie trzeba było zwracać tych pieniędzy. Tak się w Polsce porobiło, że polscy urzędnicy są bardziej brukselscy niż biurokraci w samej Brukseli. To wyjątkowa sytuacja na tle wszystkich krajów unijnych, a tacy Grecy czy Włosi za cnotę uważali, żeby wydać te fundusze co do grosza na cele, które nie Bruksela, a oni uważali za ważne. To było i o ile wiem jest w tych krajach miarą patriotyzmu. Trzeba o tym pamiętać tym bardziej, że Polska z racji członkostwa w Unii wpłaca do wspólnej kasy i ponosi ogromne straty gospodarcze, jak choćby likwidacja górnictwa węglowego.

Wiem ze swojej pracy w samorządzie, że można się rozwijać za swoje. W latach, gdy byłem prezydentem Stalowej Woli starałem się pozyskiwać pieniądze z Unii, ale przede wszystkim robiłem wszystko, żeby miasto stać było na rozwój o własnych siłach. Owszem, pieniądze z Unii pozwalały szybciej się rozwijać, ale gdyby ich nie było, to i tak zrealizowalibyśmy wszystkie duże inwestycje finansowane z tych środków, co najwyżej kilka lat później.

Takie moim zdaniem głupie wyśmiewanie Kraśnika robi z nas kolonię. Tak, właśnie kolonię, umysłową i gospodarczą. To kraje kolonialne były eksploatowane, a kolonizatorzy inwestowali w to, co oni uważali za potrzebne, a nie w to, co było potrzebne dla rozwoju kolonizowanego kraju. Natomiast tubylcy byli zazwyczaj uważani za ciemnych i zacofanych. Najlepszym przykładem, takich Kraśników, broniących swojej tożsamości i jednocześnie rozumiejących konieczność rozwoju o własnych siłach są kraje Azji, jak choćby Chiny czy Korea Południowa. Był czas w Chinach, gdy ambasadorzy państw z Zachodu, również „życzliwie” pouczali Chińczyków, co powinni robić, żeby zasłużyć na pomoc finansową. Słusznie w Chinach te czasy uważa się za okres największego upadku i upokorzenia. My mamy teraz w Polsce okres "życzliwego" pouczania nas przez ambasadorów obcych państw czym są według nich "europejskie wartości". Miarą naszego upadku i słabości jest, że duża część społeczeństwa odnosi się do tego przychylnie.

U nas poleganie w samorządach tylko na pieniądzach z zewnątrz za cenę pokornego akceptowania i wdrażania tych „europejskich wartości”, zamiast skupianiu się na budowaniu własnej siły, skończy się tak, jak w tej historii o afrykańskim ludzie, który w czasie suszy otrzymywał zagraniczną pomoc. Bez tej pomocy ten lud nie przetrwałoby, ale tak się do niej przyzwyczaił, że po ustaniu suszy zaprzestał jakichkolwiek zabiegów, by samodzielnie zapewnić sobie wyżywienie. Czekali na samoloty z pomocą, ale któregoś dnia samoloty już nie przyleciały, a ci Afrykańczycy nie byli zdolni do samodzielnej pracy, więc wymarli z głodu. Zatem wszystkim tym, którzy mają radochę z kraśnickich radnych, powiem wzorem ni mniej, ni więcej, ale Adam Michnika – odpieprzcie się od Kraśnika!

Andrzej Szlęzak
Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2020)

Dzial: