Upiory genderyzmu

gender-1024x682.jpg
Jakiś czas temu były wicepremier Jarosław Gowin zaskoczył opinię publiczną stwierdzeniem, że położy się Rejtanem w obronie nauczania gender na polskich uczelniach. Dla mnie osobiście, ale mniemam, że także dla wielu ludzi w Polsce, to stwierdzenie świadczy o tym, że Jarosław Gowin mentalnie tkwi ciągle w środowisku Platformy, a szczególnie jej liberalnego skrzydła.

Nie dotarło bowiem do Jarosława Gowina, że ideologia gender oparta jest na fałszywej antropologii, skleconej z marksistowsko-freudowskich tez. Warto byłoby aby zwolennicy gender zapoznali się ze świadectwem ideologa gender, kanadyjskiego profesora Christophera Dummitta, który po latach od publikacji swoich tez dotyczących gender, przyznał się do kłamstwa w tej sprawie. Po tej wypowiedzi trudno uznać gender za dyscyplinę naukową, o czym dobitnie świadczy przyznanie się prof. Dummitta do spreparowania „wyników swoich badań” w tej dziedzinie i stworzenie tym samym pewnego rodzaju „naukowego absurdu”. Co mówi zatem sam prof. Dummitt:

„Spędziłem wiele wieczorów, dyskutując o płci i tożsamości płciowej z innymi studentami- lub z każdym, kto miał pecha znaleźć się w moim towarzystwie. Ciągle powtarzałem: „płeć nie istnieje, ja to wiem i tyle”. […] Powszechnie udowadniano, że tożsamości płciowe są jedynie konstrukcja społeczną. Współcześnie tematyka i aspekt gender są już wszechobecne, a za mówienie o płci jako o rzeczywistości czysto biologicznej można trafić nie na katedrę naukową, ale… przed sąd. Dla wielu aktywistów takie oświadczenie [ o płci jako o kwestii biologicznej] oznacza mowę nienawiści. […] Myliłem się. Albo mówiąc dokładniej: częściowo miałem rację, a resztę wymyślałem od A do Z i nie byłem w tym jedyny. […] Nie próbuję się oczyścić, powinienem być bardziej krytyczny…”

Okazało się, że tenże absurd został pochwycony przez sieroty po marksizmie i leninizmie i podniesiony z całą powagą do rangi nauki. Gender studies wielokrotnie było już ośmieszane jako pseudonauka. Warto tu przytoczyć działania trójki pracowników naukowych z USA. Otóż trójka naukowców, James A. Lindsay, Peter Boghosian i Helen Plickrose, zaczęła dla „żartu” produkować genderowe głupstwa i bzdury. Miało to, w zamyśle w/w. trójki naukowców, doprowadzić do refleksji zwolenników tej pseudonauki. Ale okazało się, że środowisko gender „łyknęło” jak pelikany wszystkie bzdury.

Proszę zresztą ocenić samemu. Wspomniana powyżej trójka naukowców opublikowała wyniki całkowicie zmyślonych projektów jak choćby ten pt. „Kultura gwałtu i performatywności querr w psich parkach w Portland”. Ba, posunęli się dalej, i dla potrzeb feministycznej i genderowej narracji przerobili fragment „Mein Kampf” Hitlera, gdzie w miejsce słowa „Żyd” wstawiono pojęcie „biali mężczyźni”. I co? Nic, bowiem środowisko pseudonaukowców gender „łyknęło” kolejną bzdurę, a przeróbka „Mein Kampf” została nawet wyróżniona przez środowiska feministyczne.

Czy zatem zdziwi kogokolwiek, że dziś zgodnie z ideologią gender wyróżnia się aż 52 płcie? A może jest ich więcej, bo jest to „dziedzina nauki”, która rozwija się bardzo dynamicznie. Co zatem, poza identyfikacją tylu płci, zaskakuje nas śledząc badania naukowców zajmujących się gender studies? Otóż z niejakim zdziwieniem i zaskoczeniem możemy zaobserwować pochwały stalinizmu. Te pochwały płyną dość wartkim strumieniem ze strony „uczonych”, którzy ze stalinizmem nigdy nie spotkali się w rzeczywistości i nie mają własnych doświadczeń z tym mrocznym okresem. Dobrym przykładem jest tu prof. Małgorzata Fidelis, profesor wydziału historycznego Uniwersytetu Illinois w Chicago. Jej dziedziną badań naukowych jest szeroko pojęta społeczno- kulturowa historia Europy Środkowej ze szczególnym uwzględnieniem historii kobiet i płci kulturowej.

Naukowe dociekania pani profesor są dla nas o tyle istotne, że wydała książkę pt. „Kobiety komunizmu i industrializacja w powojennej Polsce” (tytuł oryginału: Communism and Industrialization In Postwar Poland). Była to zresztą praca doktorska tej pani. Uważna lektura tej pozycji pokazuje, szczególnie nam Polakom, że najbardziej twarda odmiana komunizmu jest najbliższa praktycznej realizacji emancypacji kobiet. W jaki sposób prof. Fidelis dochodziła do swych „optymistycznych” wniosków świadczy poniższy fragment wywiadu, jakiego udzieliła katolickiemu miesięcznikowi „Znak”. (Kobiety i komunizm):

„Przywykło się patrzeć na okres komunizmu jak na czas pogłębiający zacofanie, odcinający nas od zachodnich trendów kulturowych i politycznych. Milan Kundera pisał swego czasu o „porwaniu Europy Środkowej z kręgu cywilizacji zachodniej.(…). Jednak trudno zaprzeczyć, że pewne trendy społeczno- kulturowe były wspólne dla całej Europy, bez względu na jej podziały polityczne”.

Jak zatem widzimy, w powyższej wypowiedzi stalinizm jawi się jako „postępowy”, nie odbiegający od trendów zachodnich. W czym zatem był tak postępowy, szczególnie dla emancypacji kobiet? Otóż, zdaniem pani profesor ta postępowość stalinizmu objawiała się w dostępie kobiet do pracy w zawodach takich jak : górnik dołowy czy traktorzystka. Ba, zdaniem autorki jej rozmowy z byłymi pracownicami w tych zawodach pokazały, że kobiety oceniały taką pracę bardzo pozytywnie bo…. mogły być takie same jak mężczyźni.

Nie chodziło tylko i wyłącznie o zarobki, były wg autorki świadome swojego postępu cywilizacyjnego. Autorka także wyraża zachwyt tymi rozwiązaniami okresu stalinowskiego, bo przecież była możliwość większego zarobku, ale co ważniejsze, powstawała „alternatywna nowoczesność”, która nie była związana z modelem zachodnim ani wolnym rynkiem. Ta przyspieszona industrializacja okresu stalinowskiego była przecież pożądaną przez emancypantki próbą stworzenia „nowej kobiety”, która silnie miała być związana z ideologią i zrównana z mężczyzną. Niestety stalinizm odszedł i: „Po 1956 roku radykalne projekty równościowe niemal w całym bloku wschodnim zostały odrzucone. W Polsce prawnie zabroniono kobietom prowadzić traktory, ciężarówki i autobusy”.

No cóż, każda lewicująca intelektualistka jak p. Fidelis nie bierze pod uwagę stosowanych wówczas rozwiązań technicznych, które były poważnym argumentem za wprowadzeniem takiego zakazu. Przecież ówczesny ciężki sprzęt, a do takich zaliczamy traktory, autobusy etc. nie posiadał wspomagania kierownicy a pracujący silnik powodował duże drgania. M.in. właśnie drgania maszyn spowodowały, że z medycznego punktu widzenia były to zawody szkodliwe dla kobiet i ich ewentualne dzieci w okresie ciąży. Ale na takie „drobiazgi” obecne feministki nie zwracają uwagi. Dla nich istotny jest fakt, że na wskutek destalinizacji przywrócono archaiczny podział na „mężczyzn żywicieli i kobiety matki”. Jak zwykle, przy tak radykalnych ocenach efektów destalinizacji musi być wskazany główny winowajca cofnięcia kobiet do „średniowiecza”.

Według prof. Fidelis tym głównym winowajcą jest Kościół katolicki w Polsce. Bowiem, zdaniem autorki, Kościół katolicki w Polsce kultywował ideę: „Matki Polki łączącej religijność z patriotyzmem i akcentując macierzyństwo jako podstawową rolę kobiety”. Ponadto, zdaniem p. Fidelis, Kościół katolicki w Polsce prowadził z władzą swoistą „grę” licząc na „sojusz przede wszystkim w zaostrzeniu przepisów aborcyjnych”. Nie zauważyła, lub celowo nie zwróciła uwagi na to, że po 1956 roku dostęp w Polsce do aborcji był nieograniczony, w przeciwieństwie do np. Czechosłowacji, gdzie o możliwości dokonania aborcji decydowała specjalna komisja społeczna.

W tej całej, coraz szerszej dyskusji dot. gender studiem krytyka okresu stalinowskiego polega na krytyce zbyt małej rewolucyjności i uleganiu burżuazyjnym przesądom. Zdaniem p. Fidelis budowanie w okresie planu 6- letniego fabryk bawełnianych, które miały wykorzystać do pracy wrodzone zdolności kobiet oznaczało, że także „stalinizm nadal kładł nacisk na obowiązki macierzyńskie kobiet, a to oznaczało stagnację a nie rewolucję”. Dalej jest jeszcze bardziej kuriozalnie, bowiem p. Fidelis ubolewa, że „redefinicja płci kulturowej w stalinizmie” na Górnym Śląsku nie powiodła się, bowiem… przestano zatrudniać kobiety do pracy pod ziemią. Jak z tego wynika, dopuszczenie myśli, że praca górnika dołowego jest zbyt ciężka dla kobiet oznacza dla wyznawców genderyzmu tylko tyle, że uznano uwarunkowania biologiczne. A to jest herezją dla wyznawców płci „kulturowych” i „społecznych”.

Przy okazji warto zastanowić się nad zatrudnianiem po wojnie kobiet na stanowiskach hutników czy górników dołowych. Nie było to podyktowane ideologią, jak tego chcą feministki, ale brakiem mężczyzn do wojnie. Natomiast rozpaczliwa próba udowodnienia, że praca kobiet pod ziemią oznaczała dla kobiety awans społeczny jest kuriozum. Na pewno był to awans finansowy. Trzeba zauważyć, że zdanie genderystów krytyka stalinizmu skoncentrowana jest wyłącznie na seksualności, a wypaczenia stalinizmu spowodowały powrót do tradycyjnych ról społecznych. Jedynym, ich zdaniem, pozytywnym akcentem po 1956 roku była legalizacja aborcji, ale co interesujące, zdaniem p. Fidelis, zabrakło [w tej legalizacji] kontekstu praw kobiet?!

Możemy postawić tezę, że gender jako ideologia świadomie dąży do realizacji jednego, określonego celu, zgodnie z tym co mówił K. Marks: „nie chodzi o interpretację świata, ale by go zmienić”. Jak więc widać, nie jest ważny cel pozytywny, tylko sama zmiana… choćby ze szkodą dla człowieka.

Ideologia gender to realizacja ateizacji przez seksualizację. Genderyści owładnięci manią seksualności chcą aby wszyscy żyli tak jak oni, nie zauważając, że niszczą człowieka. Bo narzucając człowiekowi wybór jednej z 52 płci wprowadzają chaos poznawczy, szczególnie u młodych ludzi. Tak ukształtowany młody człowiek nie zbuduje nic trwałego, szczególnie nie zbuduje swojego życia.

Ireneusz T. Lisiak
Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2020)