Śledztwo pogrążone w polityce

MH 17 a.jpg
17 lipca 2014 roku, około godziny 16.20 nad przestrzenią powietrzną Ukrainy zestrzelony został należący do malezyjskiego narodowego przewoźnika Malaysia Airlines (lot MH 17) pasażerski Boeing 777-200, lecący z holenderskiego lotniska Amsterdam-Schiphol do malezyjskiego stołecznego lotniska w Kuala Lumpur.

Na pokładzie znajdowało się 298 osób (w tym 15 członków załogi), przede wszystkim obywateli Holandii (192 osoby), Malezji (44 osoby) i Australii (27 osób), ale także Indonezji, Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Filipin, Kanady i Nowej Zelandii. Była to największa pod względem liczby ofiar katastrofa lotnicza na obszarze poradzieckim i jedna z dziesięciu największych w dziejach lotnictwa cywilnego.

W ramach porozumienia ze stroną ukraińską, kontrolującą de iure obszar, na którym doszło do katastrofy, śledztwem zajęła się Rada Bezpieczeństwa Niderlandów (DSB), choć współpracowali z nią przedstawiciele komisji ds. katastrof lotniczych z innych państw. Od samego początku sprawa miała wymiar polityczny, służąc do informacyjnej konfrontacji przeciwko Rosji i republikom donbaskim. Trudno było w tych warunkach liczyć na obiektywne, oparte o materiał faktograficzny śledztwo. Trzeba zatem przyznać już na wstępie: z góry założono tezę o co najmniej pośrednim sprawstwie strony rosyjskiej.

W marcu tego roku do sądu w Amsterdamie trafił akt oskarżenia przeciwko czterem osobom (trzem obywatelom Federacji Rosyjskiej i jednemu Ukrainy) oskarżanym przez niderlandzkich śledczych o współudział w zestrzeleniu samolotu, który miał rzekomo polegać na ściągnięciu na teren kontrolowany przez separatystów donbaskich kompleksu rakietowego „Buk” z Rosji. W lipcu władze Niderlandów przekazały do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu pozew przeciwko władzom rosyjskim, oskarżając je o sprawstwo katastrofy.

Niderlandzka prokuratura nie przedstawiła sądowi żadnych dowodów, jednak mimo to proces się rozpoczął. Akt oskarżenia skierowano przeciwko Olegowi Pułatowowi, podpułkownikowi rosyjskich Sił Powietrzno-Desantowych w stanie spoczynku, zastępcy dowódcy służb wywiadowczych Donieckiej Republiki Ludowej; Igorowi Girkinowi, ówczesnemu komendantowi wojskowemu Doniecka; Siergiejowi Dubińskiemu, szefowi wywiadu DNR; oraz jedynemu w tym gronie obywatelowi Ukrainy Leonidowi Charczenko, również związanemu z służbami wywiadowczymi DNR. Żaden z nich nie uczestniczy w procesie, choć Pułatowa reprezentuje dwóch adwokatów niderlandzkich i jeden rosyjski.

Co ciekawe, w przekonaniu o braku kluczowych dowodów w sprawie, przewodniczący składu sędziowskiego Hendrik Steenhuis po raz kolejny zażądał od prokuratury uzyskania zdjęć satelitarnych z miejsca katastrofy, którymi dysponować miały Stany Zjednoczone. Warto przypomnieć, że zaraz po zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga, ówczesny sekretarz stanu John Kerry publicznie zadeklarował, że Waszyngton posiada materiał fotograficzny będący potwierdzeniem, że pocisk ziemia-powietrze wystrzelony został z terytorium kontrolowanego przez separatystów. Deklaracja ta pozostaje niezrealizowana od już sześciu lat.

Wkrótce do amsterdamskiego sądu wpłynęła odpowiedź prokuratury, której amerykańskie władze po raz kolejny oświadczyły, że nie udzielają dostępu do żadnych zdjęć satelitarnych z tego okresu. Oznacza to, że kluczowe potencjalne dowody w procesie nie pojawią się, bo nie chcą tego Stany Zjednoczone. Pozwala to w zasadzie na uznanie, że takich rzekomych dowodów po prostu nie ma, wbrew zapewnieniom Kerry’ego z 2014 roku, lub nie potwierdzają one tezy tych, którzy odpowiedzialnością za tragedię obarczyć chcą stronę rosyjską. Prokuratura oświadczyła tylko, że otrzymała od strony amerykańskiej informację, nie precyzując jednak, jakiego charakteru ona była.

Problemy ze zdjęciami satelitarnymi wynikły również w przypadku pozostałych krajów dysponujących możliwościami obserwacji tego rodzaju. Władze rosyjskie oświadczyły, że zapisy z tego okresu nie są przechowywane, zaś Chiny poinformowały, że zdjęcia z 17 lipca 2014 roku są nieczytelne. Najciekawsza była jednak odpowiedź strony ukraińskiej, która powinna posiadać zapisy danych z radarów z feralnego dnia.

Okazało się, że wyjątkowo, właśnie w tym dniu, ani radary wojskowe ani cywilne nie działały. Przeczy temu zapis komunikacji pomiędzy wieżą kontrolną w ukraińskim Dniepropietrowsku a wieżą w rosyjskim Rosowie nad Donem, z którego jasno wynika, że lot MH 17 był w zasięgu radarów ukraińskich z sąsiedniego obwodu. Zachowały się natomiast materiały obserwacji radarowej prowadzonej przez Rosjan, z których jasno wynika, że z terytorium Federacji Rosyjskiej i DNR nie doszło do żadnego ostrzału rakietowego. Choć dane te trafiły do prokuratury, nie zostały uznane za wystarczający dowód.

MH 17.jpg

Ciekawe jest w tym kontekście także przyjrzenie się dokumentom z 2016 roku, dziś konsekwentnie pomijanym. To wtedy wywiad wojskowy Niderlandów (MIVD) otrzymał od służb partnerskich dane, po przeanalizowaniu których gen. Onno Eichelsheim stwierdził, że dostarczenie w pobliże miejsca katastrofy samojezdnych systemów „Buk” nie było możliwe ani ze strony ukraińskiej (takie ruchy zostałyby odnotowane), ani rosyjskiej, zaś na terytoriach kontrolowanych przez DNR znajdował się jeden tego rodzaju zestaw, który był od dawna niesprawny.

Na jakim zatem materiałach oparł się akt oskarżenia?

Nagrania rozmów telefonicznych prowadzonych przez niezidentyfikowane osoby podsłuchiwane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, których autentyczności nikt nie weryfikował; rzekomi świadkowie, którzy nie będą zeznawać przed sądem pod pretekstem obawy o własne bezpieczeństwo. I jeszcze zagadkowa „analiza danych internetowych” sporządzona przez specyficzny portal Bellingcat. Rola tego ostatniego jest w wielu sprawach dość osobliwa; podobno opiera się on wyłącznie na analizie źródeł otwartych, dostępnych w Internecie.

Jednak z dostarczanych przezeń materiałów korzystają wiodące tytuły prasowe w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, nawet te, które posiadają własnych, wykwalifikowanych korespondentów w opisywanych miejscach. W 2012 roku Eliot Higgins, bezrobotny Anglik z niepełnym średnim wykształceniem, nie mając zbyt wielu zajęć w domu, zaczął rzekomo śledzić przez Internet wydarzenia w ogarniętej wojną domową Syrii.

Już wkrótce został rozpoznawalnym blogerem i autorem szeregu spiskowych teorii. Jak sam przyznawał, jego wiedza na temat konfliktów zbrojnych i broni pochodzi przede wszystkim z gier elektronicznych, którymi zabijał czas. W 2015 roku znany uczony z Instytutu Technologii Massachusetts, fizyk i specjalista w zakresie broni rakietowej prof. Theodore Postol pisał o Higginsie: „jest cytowany przez ‘The Guardian’ i ‘New York Times’, jako doświadczony korespondent wojenny. Tymczasem nie zna ani słowa po arabsku, nie przeszedł żadnego szkolenia, nigdy nie studiował politologii czy dziennikarstwa”. Bellingcat stał się, mimo to, źródłem dowodowym w sprawie dotyczącej zestrzelenia malezyjskiego Boeinga, a jego założyciel był przesłuchiwany w charakterze świadka.

Jego analizy źródeł internetowych miały rzekomo wskazywać na niewiarygodność danych przedstawionych w sprawie przez rosyjski resort obrony, choć ich poziom w druzgocący sposób skrytykował m.in. niemiecki specjalista ds. odczytywania obrazów radarowych Jens Kriese. Fenomen Bellingcat i jego założyciela daje się wyjaśnić wyłącznie za pomocą teorii o wykorzystywaniu ich do rozpowszechniania fałszywych informacji przez amerykańskie i brytyjskie służby specjalne.

MH 17c.jpg

W Muzeum Narodowym Historii II Wojny Światowej w Kijowie prezentowana jest już od dawna ekspozycja wskazująca na winę strony rosyjskiej w zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga. Retoryka władz ukraińskich, szczególnie w czasach prezydentury Petra Poroszenko, była tu całkowicie jednoznaczna. Katastrofę wykorzystano jako jeden z głównych elementów agresywnej kampanii informacyjnej prowadzonej przeciwko Moskwie. Odwołanie do faktów i szczegółów śledztwa nie było tu potrzebne; w komunikacie strony ukraińskiej wystarczającą rolę odgrywały makabryczne zdjęcia, obrazki mające oddziaływać na emocje, okraszone wątpliwego pochodzenia teoriami spiskowymi.

Z drugiej strony mamy zadziwiające poszlaki mówiące o tym, że to w istocie strona ukraińska była zainteresowana w tragedii na miarę opisanej katastrofy lotniczej, która miałaby stać się dla Zachodu na czele ze Stanami Zjednoczonymi casus belli przeciwko Rosji. Mówił o tym m.in. Wasilij Prozorow, w latach 1999-2018 oficer SBU, od 2014 roku członek sztabu tzw. operacji antyterrorystycznej prowadzonej przez Kijów na Donbasie. Według niego, „istnieje nieodparte wrażenie, że prezydent Poroszenko a nawet jego służba prasowa wiedziała o mającym nastąpić wydarzeniu zawczasu”.

Efektem braku porozumienia politycznego w sprawie przeprowadzenia rzeczywiście obiektywnego śledztwa dotyczącego tragedii z 2014 roku, jest rosnący sceptycyzm zarówno Ukraińców, jak i Rosjan w sprawie możliwości określenia faktycznych jej sprawców. Amerykański dziennik „The Washington Post” zlecił przeprowadzenie badań opinii publicznej na ten temat w drugiej połowie 2014 roku, a następnie, po ponad pięciu latach – pod koniec roku 2019. Oczywiście, okazuje się, że nadal wyraźne jest zróżnicowanie regionalne pod względem spojrzenia na przyczyny katastrofy. Jednak dziś już nawet w centralnych i zachodnich regionach kraju coraz większa jest liczba respondentów, którzy uznają, że niemożliwe jest jednoznaczne wskazanie na sprawców lipcowych wydarzeń sprzed sześciu lat. Stanowi to niewątpliwie efekt braku przedstawienia przekonywujących dowodów przez którąkolwiek ze stron.

Bez żadnych wątpliwości śledztwo w sprawie feralnego lotu MH 17 prowadzone było pod z góry założoną tezę polityczną. Zgodnie z zasadą is fecit, cui prodest, warto zastanowić się nad tym, kto uzyskał korzyści i dywidendy polityczno-wizerunkowe w wyniku tragedii sprzed sześciu lat. Z całą pewnością nie była to Rosja, ani zbuntowane republiki, przeciwko którym przeprowadzono na kanwie zestrzelenia Boeinga zmasowaną kampanię (dez)informacyjną. Korzyści odniósł obóz przeciwny. Przed amsterdamskim sądem ciężki orzech do zgryzienia, bo musimy sobie zdawać sprawę z gigantycznego nacisku medialno-politycznego, pod którym się znajdzie przed ogłoszeniem wyroku.

Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2020)

Dzial: