Wojna rasowa to nie nasza wojna

piskor lives.jpg
Protesty w Stanach Zjednoczonych wywołują w Polsce skrajne emocje. Ktoś mógłby powiedzieć, że to naturalne: mieszkańcy protektoratu interesują się rozwojem sytuacji w metropolii. Jednak zainteresowanie to coraz częściej nacechowane jest emocjonalnym zaangażowaniem, popieraniem określonych sił za oceanem, choć siły te o tym poparciu polskich publicystów i środowisk nigdy nawet zapewne nie usłyszą.

Tymczasem potrzebny jest nam chłodny, pozbawiony sentymentów i resentymentów ogląd wydarzeń. Stwierdzenie, że Stany Zjednoczone są epicentrum światowego neoliberalizmu, zarażającym całą resztę świata swoim socjaldarwinizmem jest banalne. Według tamtejszego Biura Statystycznego, w 2019 roku nierówności społeczne osiągnęły poziom najwyższy od 50 lat. Tendencja do ich radykalnego wzrostu uruchomiona została wraz z tzw. reaganomiką, czyli polityką społeczno-gospodarczą prowadzoną przez administrację opiewanego przez część polskiej prawicy Ronalda Reagana.

Później było już tylko gorzej, choć trzeba obiektywnie stwierdzić, że dynamika wzrostu nierówności została spowolniona nieznacznie w latach prezydentury Baracka Obamy. Zaczęła jednak ponownie wzrastać od czasu wyboru Donalda Trumpa na prezydenta w 2016 roku, a szczególnie po przyjęciu zaproponowanych przez niego ustaw podatkowych (Tax Cuts and Jobs Act of 2017), które radykalnie zmniejszyły opodatkowanie najzamożniejszych i korporacji.

Procesy wykluczenia społecznego milionów Amerykanów przyspieszył koronawirus. Pewnie problemu nikt by specjalnie nie zauważył, poza statystykami i naukowcami, gdyby nie likwidacja kilkudziesięciu milionów miejsc pracy w ciągu kilkunastu tygodni. Właśnie to, a nie śmierć George’a Floyda, jest faktyczną przyczyną obecnej fali protestów. Floyd był tylko zapalnikiem, czynnikiem mobilizującym czarnych Amerykanów i dodatkowo brutalizującym protest. Zamieszki na ulicach amerykańskich miast miały początkowo charakter klasowy, a nie rasowy, co widzimy, gdy popatrzymy na kolor skóry ich uczestników.

Ich zredukowanie do problemu rasowego jest elementem reakcji obronnej Systemu. Wykorzystano fakt, że Czarni w Stanach Zjednoczonych czują się oszukani jeszcze od czasów zakończenia wojny secesyjnej, gdy prezydent Abraham Lincoln obiecał im „po 40 akrów i muła”, z czego Waszyngton nigdy się nie wywiązał. Do dziś tych akrów i muła nie dostali, ale próbuje im się to rekompensować działaniami symbolicznymi, żenującymi spektaklami całowania im butów przez Białych, przeprosinami na klęczkach i innymi szopkami. Te działania zastępcze ani nie polepszą rzeczywiście fatalnej kondycji społecznej Czarnych, ani nie pomogą Białym. Są jednak w stanie skanalizować protest, doprowadzić do przekształcenia go w konflikt rasowy. Redukcja taka będzie wyjątkowo wygodna dla Systemu.

Zamiast o problemie antyludzkiego neoliberalizmu i korporacyjnego dyktatu, ludzie dyskutować będą o obalaniu pomników konfederackich generałów, symbolicznej przemocy wobec mniejszości i konieczności kajania się przed wszystkimi. W ten sposób tworzone przez Białych milicje, biali mieszkańcy tzw. pasa rdzy żyjący w warunkach nie lepszych niż ich czarni współobywatele, nie staną w szeregach protestujących. System przetrwa. Świat, zajadając się popcornem i popijając coca-colę, oglądać będzie odgrywane już od wielu dekad scenki kłótni między zwolennikami poprawności politycznej a jej przeciwnikami. Amerykanie, emocjonując się tym wymiarem symbolicznym, nie będą mieli czasu zaglądać do własnych lodówek, które stawać się będą coraz bardziej puste. I o taki właśnie spektakl chodzi elitom faktycznie sprawującym w Stanach Zjednoczonych władzę, owemu deep state pociągającemu za sznurki zarówno wśród Republikanów, jak i Demokratów.

Jeśli jednak kogoś w Polsce ogarnia poczucie solidarności wobec białej większości za oceanem, to przypomnijmy, że – jak przed laty pisał choćby włoski tradycjonalista Julius Evola – cywilizacja amerykańska tworzona przez tzw. WASPów (białych, anglosaskich protestantów) doprawdy niewiele ma wspólnego z cywilizacją kontynentalnej Europy. Jest to formacja całkowicie nam obca, bazująca na pragmatyzmie Williama Jamesa, odmiennym nawet od angielskiego utylitaryzmu Jeremy Benthama. W sensie kulturowym, cywilizacyjnym i mentalnym nie mamy z nimi nic wspólnego. Brzemię Anglosasów nie jest naszym brzemieniem. Ich problemy powinny emocjonować nas tak, jak ich emocjonują nasze, czyli wcale. Nawet jeśli wybuchnie u nich wojna domowa, nie będzie to nasza wojna. Geopolitycznie ich osłabienie otworzy przed nami i cała Europą wielką szansę, ale to już temat odrębnych rozważań.

Mateusz Piskorski
fot. Wikipedia Commons
Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2020)