Słowo o Stanisławie Brochwiczu

BP Life 1938.jpg
Niewielu ludzi pozostawiło po sobie tak złe wspomnienia jak Stanisław Brochwicz (właściwie Stanisław Kozłowski). Zapamiętany został jako człowiek „tchórzliwie płaszczący się i histerycznie agresywny, pożerany żądzą wybicia się i trawiony poczuciem słabości” (Witold Gombrowicz). Jego twórczość literacka to „kabotyński ekshibicjonizm, niechlujstwo językowe i blaga”(Alfred Łaszowski).

Będąc na usługach hitlerowców „szantażował i wydawał na stracenie swych byłych znajomych” (Artur Sandauer). „Gorliwy współpracownik Niemieckiego Urzędu Propagandy i czołowy publicysta prasy gadzinowej” (Jacek Wilamowski). Choć zło wzbudza strach, to potrafi również zaintrygować. I to jest właśnie jeden z powodów pochylenia się nad biografią Stanisława Brochwicza (1910-1941), która do tej pory była taktownie przemilczana...

Pod koniec 1938 roku Brochwicz nawiązał kontakty z działaczami Ruchu Narodowo-Radykalnego Bolesława Piaseckiego (na zdjęciu). Było to nielegalnie działające stronnictwo polityczne, którego program odwoływał się do modnych w Europie ugrupowań narodowo-rewolucyjnych takich jak chociażby rumuńska Żelazna Gwardia. Kierujący nim Bolesław Piasecki postulował między innymi nacjonalistyczny model kultury i etatystyczny planowy system gospodarczy, który miał być alternatywą dla liberalno-wolnorynkowego.

Organizacja miała tajną formację paramilitarną, która skupiała kilkudziesięciu bojowców, starannie wyszkolonych i posiadających broń palną. Brali oni udział w działaniach o charakterze terrorystycznym. Najczęstszym celem ich ataków była mniejszość żydowska oraz członkowie i sympatycy partii komunistycznej. Demolowali redakcje pism żydowskich, ostrzeliwali uczestników pochodu pierwszomajowego, a nawet detonowali ładunki wybuchowe, między innymi w gmachu Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W „Falandze”

Z militarnym ramieniem organizacji Brochwicz wiązał bardzo duże nadzieje. Bazując na niemieckich doświadczeniach wiedział, że tępa siła jest wyjątkowo skutecznym orężem w walce o władzę. Dla członków organizacji wygłaszał odczyty o historii NSDAP, technikach hitlerowskiej propagandy czy reformach socjalnych przeprowadzanych na terenie Trzeciej Rzeszy. Na łamach „Falangi", organu prasowego grupy, publikował fragmenty przygotowywanej do druku książki pt. „Hitler i jego świat”.

Wkrótce udało mu się skupić wokół siebie działaczy, którzy w obliczu zbliżającej się wojny w pełni akceptowali możliwości zawarcia taktycznego sojuszu z Niemcami. Dla Polski widzieli oni szanse w nieuniknionym konflikcie Trzeciej Rzeszy z sowiecką Rosją. Wzajemne wykrwawienie się obu gigantów dawało nadzieje na zachowanie niepodległego bytu. Według Zygmunta Przetakiewicza w czerwcu 1939 roku Brochwicz miał złożyć Piaseckiemu następującą propozycję:

„Jestem patriotą i widzę, że Wielkość Polski może zapewnić tylko rewolucja narodowo-radykalna. (…) Polska nie jest przygotowana do wojny, w porównaniu z Niemcami nie mamy czym walczyć. Sprawa jest przesądzona. Czy zastanawiał się Pan, co stanie się z nami po przegranej wojnie? Trzeba o tym myśleć już teraz i nie oglądać się na Rydza-Śmigłego, on już przegrał, dał się nabrać na brytyjskie gwarancje. Wiem, że chcecie doprowadzić w Polsce do rewolucji narodowo-radykalnej. Jak do tej pory, nie udało się Wam to. Jesteście za słabi, bez pomocy zewnętrznej to się nie powiedzie. Tylko Niemcy mogą to zrobić. Jeśli zdecyduje się Pan na to, osiągnie Pan swój cel ? będzie Pan rządził. Reżim Rydza niedługo padnie i wtedy wybije Pana godzina. Pomoc finansowa też nie stanowi problemu”.

brochwicz 1929.jpg
Stanisław Brochwicz w 1929 roku

Brochwicz twierdził później, że Piasecki zażądał od niego pieniędzy: „Gdy mu mówiłem o narodowym socjalizmie, [Piasecki – MB] kiwając głową odpowiadał: To pieniędzy nie przynosi, proszę pana, a mnie są potrzebne pieniądze. Niemcy nam jakoś dotąd pieniędzy nie zaproponowali. Mógłby ich pan uświadomić, że samą ideologią daleko w Polsce nie pojedziesz.(…) Jestem głęboko przekonany, że gdybym mu wówczas pieniądze zaproponował, byłby je przyjął i kto wie, może nawet zdziałałby coś dla Polski prawdziwie pożytecznego”.

Brochwicz stawał się coraz bardziej poważnym problemem dla Piaseckiego. Jego niczym niemaskowane sympatie proniemieckie prowokowały podejrzenia o kontakty agenturalne z Trzecią Rzeszą. Gdyby okazało się, że Brochwicz jest rzeczywiście niemieckim agentem, to ujawnienie ich wzajemnych powiązań mogłoby zakończyć się dla Piaseckiego tragicznie. Na domiar złego wpływy Brochwicza w organizacji stawały się coraz większe. Układanie się z Niemcami w przededniu zbliżającej się wojny uznał Piasecki za mało racjonalne. Wedle jednej z hipotez zdecydował się on na ryzykowny gambit, denuncjując Brochwicza w zamian za uzyskanie przychylności władz. Przecież jeszcze nie tak dawno sanacja wykorzystując struktury Obozu Zjednoczenia Narodowego dofinansowywała jego organizacje. Była to więc najprawdopodobniej próba reaktywacji dawnej współpracy, która załamała się po odejściu z OZN w styczniu 1938 roku pułkownika Adama Koca, wielkiego orędownika zbliżenia sanacji ze środowiskiem narodowców.

Jeżeli wierzyć pamiętnikarskim zapiskom Brochwicza, to został on poinformowany o spisku przez swoich zwolenników. Nie przedsięwziął jednakże żadnych kroków, choć koledzy z organizacji doradzali mu szybki wyjazd do Niemiec. W dzienniku odnotował: „W ten sposób dałbym tylko moim wrogom w rękę atut przeciw mnie, byłoby to dowodem, że poczuwam się do winy, a ja jestem absolutnie niewinny”.

W połowie czerwca 1939 roku Brochwicz został aresztowany. Wkrótce Piasecki wraz z polskim kontrwywiadem zaczął oczyszczać organizację z jego stronników. W tajemniczych okolicznościach ginie przypuszczalny zwolennik Brochwicza Antoni Cercha, kierownik administracyjny „Falangi”. 21 lipca 1939 roku, w domu przy ul. Grzybowskiej 40 doszło do bandyckiego napadu. Zastrzelona została 73-letnia Julia Koepke. Jednemu ze sprawców udało się zbiec. Drugi osaczony przez przechodniów strzelił do siebie, chcąc popełnić samobójstwo.

Prasa informowała: „Ciężko ranny opryszek nie odzyskawszy przytomności zmarł. Ze znalezionych przy nim dokumentów wynikałoby, iż jest to 26-letni urzędnik Antoni Cercha”. Pozostały jednak wątpliwości co do tożsamości denata. Jeden z dziennikarzy pisał: „Twarz samobójcy Cerchy jest dość zniekształcona, tak, że trudno rozpoznać rysy”. Trzeba tu jeszcze dodać, że zamożna staruszka finansowała działalność Ruchu Narodowo-Radykalnego, a w jej kamienicy przy ul. Focha 8 mieściły się lokale organizacji. Rodzina Cerchy nie wierzyła prasowym rewelacjom. Podejrzewała, że napad został upozorowany, a ich krewny zamordowany z powodu współpracy z Brochwiczem.

Po latach towarzysz Piaseckiego Włodzimierz Sznarbachowski ujawnił nawet imię i nazwisko egzekutora. Sprawa do końca nie została jednak nigdy wyjaśniona. Wzajemne oskarżenia podsycane przez policyjne aresztowania, przyczyniły się do opuszczenia organizacji przez znaczną część jej członków. Na domiar złego nie udało się Piaseckiemu skutecznie wyeliminować sprawcy całego zamieszania. W chwili wybuchu wojny był przekonany, że Brochwicz zawisł na szubienicy. Tymczasem autor powieści kryminalno-sensacyjnych doskonale wiedział jak skuteczna bywa zemsta zza grobu...

Brochwicza oskarżono o przygotowanie zamachu stanu.

Plan swój miał realizować bazując na młodzieży rekrutującej się ze środowiska narodowo-radykalnego i grupie wojskowych zwerbowanych w trakcie pracy dziennikarskiej w redakcji „Polski Zbrojnej”. Na dany przez niego znak „miano urnę z sercem marszałka Piłsudskiego ponieść z Wilna do Warszawy, ogłosić narodowo-socjalistyczny program i zawrzeć na nowych warunkach pakt przyjaźni z Niemcami”.

Wkrótce zaczęły się przesłuchania. Ich przebieg Brochwicz odnotował w swoim pamiętniku: „Cały szereg szczegółów, szczególików, drobnych, pozornie nic nie znaczących wydarzeń mojego życia, urasta nagle w toku przesłuchania do potwornych rozmiarów katastrofalnej lawiny, która grozi mi ostateczną zagładą. Przede wszystkim tło, na którym ustawiają mnie, jako „hitlerowca”: Żyd Dawid Sołowiej, właściciel domu, w którym mieszkałem, świadczy, iż doń zawołałem: „czekaj ty Żydzie, przyjdzie Hitler i zrobi z wami porządek”; dzielnicowy policjant Pietunow raportuje, iż na moim aucie zawsze jest chorągiewka z hitlerowską swastyką, a gdy on mi jednego razu zwrócił na to uwagę, że tego nie wolno w Warszawie robić, niegrzecznie odpowiedziałem mu, aby się nie wtrącał do nie swoich spraw; przodownik 13 komisariatu policji napisał protokół o pobiciu przeze mnie dwu Żydów na stadionie piłkarskim za to, iż siedzieli i śmiali się podczas ogrywania niemieckiego hymnu narodowego. (…) Lekarz, który leczył matkę moją (również agent...) donosi, że na moim biurku stoi fotografia Hitlera, że wypożyczyłem mu „Mein Kampf” i że powiedziałem, iż jest to nowoczesna ewangelia całej uczciwej i pracującej ludzkości”.

Brochwicz wspominał, że był torturowany. „Badali mnie, puszczając przez moje ciało elektryczny prąd, albo: podważano mi na nogach paznokcie, tak iż w rezultacie moje nogi były poranione i gniły”. I dodaje: „Żądano ode mnie kategorycznie, abym wyjawił listę moich współpracowników. Kierownik obozu narodowo-radykalnego wyjawił nam wszystkie pańskie plany i nic pan na tym nie zyska, jeśli będzie się pan teraz wszystkiego wypierał”.

Brochwicz twierdził, że Piasecki, aby go pogrążyć posługiwał się kłamstwem: „Ów łotr, który chciał być wodzem młodego pokolenia jest nikczemnym kłamcą i karierowiczem, ponieważ opowiedział »drugiemu oddziałowi« rzeczy, o których z nim nigdy nie mówiłem”.

W chwili wybuchu wojny Brochwicz wraz z innymi oskarżonymi o szpiegostwo skierowany został do Brześcia. Trasę ponad 200 km więźniowie pokonać musieli pieszo. Mieszkańcy mijanych wiosek i miasteczek konwojowaną kolumnę obrzucali najgorszymi obelgami. Dochodziło do rękoczynów i prób linczu. Ludzie odreagowywali w ten sposób barbarzyńskie naloty niemieckiego lotnictwa, w wyniku których ginęli ich bliscy, a majątek obracany był w perzynę. Brochwicz wspominał:

„Dowiedziawszy się, że „szpiedzy”, plują nam w twarze, wymyślaj, przeklinają, biją... Przeważnie ten sam okrzyk pod adresem konwoju: „Po co prowadzicie tych szubrawców, po co z nimi ceregiele robić, wystrzelać jak psów i koniec!”. W Brześciu Brochwicz zostaje skazany na śmierć oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na zawsze. Wyrok nie został jednak wykonany. Wojska niemieckie uprzedziły polski pluton egzekucyjny. W nocy z 16 na 17 września 1939 roku, po heroicznej obronie twierdzy i odparciu ataku 10. dywizji pancernej liczącej blisko 80 czołgów wojska polskie dokonały odwrotu w kierunku Terespola. Brochwicz wspominał: „Wreszcie słyszymy na korytarzu odgłos wybijanych drzwi, kroki żołnierskich butów, szczek broni, kilka rewolwerowych wystrzałów. Rozbijają nasze drzwi... Niemieccy żołnierze... Żołnierze... Wolność!... Wolność!”.

Brochwicz wkrótce trafia do niemieckiego szpitala. Przechodzi kilka operacji, które ratują jego zmasakrowane nogi przed amputacją i pod koniec roku powraca do Warszawy.

Zemsta zza grobu

17 listopada 1939 roku uwięzione zostało kierownictwo Ruchu Narodowo-Radykalnego z Bolesławem Piaseckim na czele. Zachowała się relacja, z której wynika, że przy aresztowaniach obecny był Brochwicz ubrany w uniform esesmana. Jest to jednak bardzo wątpliwe. Później nikt nigdy nie widział go w mundurze jakiejkolwiek niemieckiej formacji. Brochwicz nie mógł długo cieszyć się zemstą. Po interwencji córki włoskiego senatora, Luciny Frassati-Gawrońskieju Mussoliniego wszyscy narodowcy po czterech miesiącach aresztu zostali uwolnieni. Nie chcąc kusić losu przeszli do konspiracji zaprzysięgając Brochwiczowi zemstę. Sytuacja się odwróciła. Myśliwy stał się teraz zwierzyną łowną.

Z informacji zawartych w leksykonie „Warszawa walczy 1939-1945” wynika, że Brochwicz był członkiem Narodowej Organizacji Radykalnej. Ugrupowanie to skupiało osoby, które pragnęły powołać rząd kolaboracyjny i w ten sposób usankcjonować choćby ograniczoną autonomię na terenach okupowych. Szefem organizacji był niegdysiejszy współpracownik Piaseckiego Andrzej Świetlicki. W jego najbliższym otoczeniu znajdował się znany germanofil Władysław Studnicki i ks. Stanisław Trzeciak, autor głośnych publikacji o wydźwięku antysemickim. Organizacja starając się o legalizację działalności, jednocześnie kolportowała ulotki mające na celu powiększenie grona zwolenników.

„Narodzie Polski! Z winy sanacji Polska poniosła straszliwą klęskę oraz utraciła niepodległość i ziemie zachodnie. Ale nie wszystko jest stracone. Można odbudować wojsko polskie, aby wzięło udział w nieuniknionej wojnie przeciwko komunizmowi sowieckiemu. Zdobyte na wschodzie ziemie przywrócą nam nasze terytoria zagarnięte przez ZSRR, a inne bardziej na wschód, będą rekompensatą za utracone Pomorze, Śląsk, i Poznańskie oraz odszkodowaniem za straty wojenne. Na finansowanie odbudowy Polski i jej nowej armii użyjemy skonfiskowaną własność żydowską. Rodacy! Wstępujcie do NOR! Dajcie nam możność odbudowania ojczyzny i powstania Wielkiej Polski!”

Znamiennym był fakt, że siedziba organizacji mieściła się w komfortowym mieszkaniu Juliana Tuwima, przy ul. Mazowieckiej 7, które poeta opuścił w pierwszych dniach wojny, ratując się ucieczką do Francji. Według jednej z teorii faktycznym inspiratorem powołania NOR był Piasecki, który działając z ukrycia chciał wysondować, czy Niemcy zainteresowani będą dalekosiężną współpracą. Podobny manewr miał zastosować po wojnie, prowadząc rozmowy w sprawie powołania w stalinowskiej Polsce organizacji katolików świeckich. Sprawa jest bardzo tajemnicza.

Brak dokumentów i sprzeczne relacje świadków uniemożliwiają dotarcie do prawdy. Tak czy inaczej hitlerowcy nie zdecydowali się na współpracę polityczną. NOR został wkrótce rozwiązany, a Świetlicki rozstrzelany w podwarszawskich Palmirach. Strach pomyśleć, co by mogło się stać, gdyby jego działacze, podobnie jak litewscy Strzelcy Ponarscy czy węgierscy Strzałokrzyżowcy, nakłonieni zostali do pacyfikowania ludności żydowskiej i konfiskaty jej mienia.

W sierpniu 1940 roku Brochwicz opublikował, w kontrolowanym przez okupanta Wydawnictwie Nowoczesnym swoją ostatnią książkę pt. „Bohaterowie czy zdrajcy? Wspomnienia więźnia politycznego”. Był to rodzaj pamiętnika obejmującego lata 1934-1939. Chronologia opowieści była wielokrotnie zakłócona licznymi dygresjami na tematy społeczno-polityczne. Brochwicz przedstawił siebie jako ofiarę bezwzględnego systemu, odbierającego jednostce prawo do własnych poglądów. Książka była wielkim oskarżeniem rządów sanacyjnych. Ostrze krytyki dotykało przede wszystkim nieudolnej polityki zagranicznej ministra Józefa Becka, zmierzającej do konfrontacji z Trzecią Rzeszą i oparcia bezpieczeństwa kraju na ułomnym sojuszu z Wielką Brytanią i Francją.

okl brochwicz.jpg

Szczerość wyznań dotycząca fascynacji Hitlerem i narodowym socjalizmem wzbudzała u czytelników żyjących w okupowanym kraju jedynie obrzydzenie. Odnieść można wrażenie, że Brochwicz wielokrotnie ocierał się o emocjonalny ekshibicjonizm albo wręcz szaleństwo. Pisał między innymi, że został w warunkach frontowych skazany na karę śmierci za zdradę ojczyzny. Były to ostatnie chwile funkcjonowania państwa polskiego i fakt ten nie był nikomu znany. Ujawniając go, wystawiał się na śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony organizacji konspiracyjnych, nie mówiąc już o infamii społecznej. Pomimo to nie zawahał się ogłaszać tego typu wynurzeń.

Zagadka śmierci

Mieszkający w Londynie Wacław Zagórski w 1959 roku ujawnił kulisy śmierci Brochwicza. Twierdził, że został on zasztyletowany w Warszawie na schodach wiaduktu przy ul. Solec (przęsło Mostu Poniatowskiego). Andrzej K. Kunert, powołując się na zachowany meldunek kontrwywiadowczy precyzował tę informację: „Miało to miejsce kilka dni przed 10 marca 1941 roku. Przy zabitym znaleziono legitymację Urzędu Propagandy Generalnego Gubernatorstwa na nazwisko Stanisław von Brauchitsch”.

Wyrok został wydany przez Wojskowy Sąd Specjalny Związku Walki Zbrojnej 17 lutego 1941 roku. Niektórzy jednak wątpili w śmierć Brochwicza, podejrzewając, że jego dokumenty podrzucone zostały mężczyźnie, który zginał na skutek złodziejskich porachunków. Powiśle uważane było wówczas za dzielnicę o nienajlepszej reputacji. Dzięki temu fortelowi Brochwicz, uchodząc za martwego, mógł łatwo zmienić tożsamości i rozpłynąć się w tłumie. Zastanawiającym jest, że nazwiskiem Brauchitsch posługiwał się również niemiecki feldmarszałek naczelny dowódca wojsk lądowych Trzeciej Rzeszy w latach 1938-1942.

Czy to tylko zbieg okoliczności? A może jeszcze jeden przyczynek do opowieści o niesłychanym snobizmie autora Przekleństwa pierwszej miłości. Pomimo poszukiwań, na warszawskich cmentarzach nie odnaleziono grobu Brochwicza, co tylko pogłębiać zaczynało wątpliwości. Czyżby pochowany został pod zmienionym nazwiskiem albo w bezimiennej mogile? Takiej ewentualności też nie można do końca wykluczyć.

I jeszcze kwestia metody pozbawienia życia. Zazwyczaj egzekutorzy posługiwali się pistoletem. Czyżby specjalnie wynajęty został zawodowy nożownik, aby w ten sposób zmylić tropy i uniknąć odwetu okupanta na ludności cywilnej? Warto też zwrócić uwagę, że niemal w tym samym czasie tj. 7 marca 1941 roku wykonano wyrok śmierci na Igo Symie, kolaborującym z Niemcami popularnym przedwojennym aktorze. W rewanżu hitlerowcy aresztowali wówczas ponad 100 osób, spośród których 21 rozstrzelali w podwarszawskich Palmirach. Sprawa ta była bardzo głośna i szeroko komentowana. Czy możliwym jest, że udany zamach na Brochwicza nie znalazłby żadnego odzwierciedlenia w konspiracyjnej prasie, która swego czasu poświęcała mu tyle miejsca? Nie stałby się tematem rozmów warszawiaków? Nie była to przecież postać anonimowa, a wręcz przeciwnie, od wielu lat budząca powszechną irytację.

Do tego wszystkiego znalazły się osoby, które widziały Brochwicza albo osobę do niego łudząco podobną we Lwowie, zaraz po wycofaniu się z miasta Armii Czerwonej. Natomiast Artur Sandauer uparcie twierdził, że wyrok śmierci na Brochwiczu wykonano w Krakowie dopiero w 1943 roku. Tak czy inaczej ślad się gwałtownie urywa pozostawiając miłośnikom historii pole do najróżniejszych dociekań, nawet tych najbardziej fantastycznych.

***

Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy Stanisław Brochwicz był niemieckim szpiegiem. Nie posiadamy dokumentów zgromadzonych przez polski wywiad wojskowy. Nic jednak nie wskazuje na to, że dysponował on przygważdżającymi dowodami jego winy. Gdyby takie prokuratura posiadała, to w atmosferze zbliżającej się wojny wyrok byłby natychmiastowy. Tymczasem zapadł on w okolicznościach bardzo niejasnych, w chwili upadku państwa polskiego, na kilka godzin przed zajęciem więzienia przez odziały Wehrmachtu.

Wszystko wskazuje na to, że Brochwicz, przywołując tu leninowską formułkę, był dla strony niemieckiej tzw. „użytecznym idiotą” człowiekiem bezprzykładnie zakochanym w Adolfie Hitlerze. Słowo „zakochanym” jest szczególnie celne, bo akcentuje czynnik emocjonalny fascynacji zbrodniarzem. Nie był to oczywiście pierwszy ani ostatni przypadek zauroczenia mechanizmami państwa totalitarnego czy kultem jednostki.

Zostaje jeszcze kwestia działalności konfidenckiej. Najprawdopodobniej była ona wypadkową zażartych walk wewnętrznych w Organizacji Narodowo-Radykalnej. To prawda, że Brochwicz zajadle ścigał Piaseckiego i kilku jego towarzyszy, ale poza nimi nikogo więcej nie zadenuncjował. Nic przynajmniej nam o tym nie wiadomo. Walki frakcyjne w okresie okupacji hitlerowskiej toczyły się na łonie wielu organizacji konspiracyjnych. Wykorzystywanie okupanta do wewnętrznych porachunków nie było w owym czasie niczym nadzwyczajnym.

Czy w realiach okupacyjnych Polak mógł być germanofilem i apologetą hitleryzmu? Rozmycie się tożsamości narodowej wpisane było w ewolucję duchową, którą przeszedł Brochwicz. I nic nie mogły pomóc zaklęcia o polskiej racji stanu czy o szlachetnych intencjach: „Matka będzie płakała. Chciałbym bardzo, żeby jej ktoś powiedział te słowa: „Polacy nie rozumieli syna pani, zdradzili go, oszukali skrzywdzili strasznie, oskarżając o zdradę...”

Przeszedł granice, po przekroczeniu której nie było już możliwości odwrotu. Gdy we wrześniu 1939 roku Ojczyzna chyliła się ku upadkowi Brochwicz zanotował w celi więziennej: „Wolność jest o kilkaset metrów od nas...”. Po tych słowach polskość wypaliła się w nim ostatecznie. Pozostał popiół. Hitlerowcy wybawili go od śmierci przynosząc jednocześnie zagładę milionom jego rodaków. To tragiczne przeciwieństwo losów jest wyjątkowo symboliczne.

Mieszko Banasiak

Fragment większej całości. Pełny tekst ukaże się w IV tomie „Archiwum Narodowej Demokracji”.

Na zdjęciu na czołówce: Bolesław Piasecki w 1938 roku (fot. tygodnik „Life”)\
Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2020)

Dzial: