„Przyjechaliśmy od Tarnopola taka była nasza dola”

samborski 4a.jpg
Dwóch braci: Krzysztofa i Zbigniewa Kopocińskich z Żar ( obydwaj są doktorami nauk medycznych) szanuję i podziwiam za ich konsekwencję i skuteczność w głoszeniu i obronie prawdy historycznej o polskich kresach wschodnich. Ci niezwykli medycy na różne sposoby (w tym umieszczanie tablic pamiątkowych) utrwalają pamięć o wielkich Polakach pochodzących z Kresów Wschodnich.

Manifestują też swoją niezgodę na fałsz, obłudę i zakłamanie w odniesieniu do ludobójstwa dokonanego przez OUN – UPA głównie na polskiej ludności Kresów Wschodnich, nie ukrywając przy tym, że ofiarami nacjonalistycznych zwyrodnialców byli także sami Ukraińcy niosący pomoc swoim polskim sąsiadom, Żydzi kresowi czy też wołyńscy Czesi. Zrozumiałym więc jest że z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł braci Kopocińskich zamieszczony w 11 zeszycie seryjnego wydania materiałów konferencyjnych, które zainspirował Witold Listowski prezes Stowarzyszenia Kresowian w Kędzierzynie Koźlu niezwykle zasłużony w szlachetnym dziele upamiętniania Kresów we wszystkich aspektach ich istnienia.

Otóż tytuł wspomnianego wyżej artykułu autorstwa braci doktorów brzmi: „Wyrzekanie się polskiej tożsamości kresowej na tle narastania kultu ludobójców na Ukrainie – dalekosiężne skutki i zagrożenia”. Trudno nie zgodzić się z postawioną już w samym tytule tezę autorów, którzy jak się okazuje są nie tylko znakomitymi lekarzami – społecznikami lecz znawcami omawianego zagadnienia. Mają rację bracia Kopocińscy, że to zjawisko wyrzekania się tożsamości kresowej jest widoczne „gołym okiem” w postawach większości polityków polskich – zwłaszcza szczebla ogólnokrajowego, w programach nauczania w polskich szkołach, w których brak elementarnej wiedzy o Kresach, czy też mediach publicznych sparaliżowanych w tym temacie niepisanymi nakazami poprawności politycznej.

Żeby jednak obraz tego stanu rzeczy nie był zbyt przygnębiający i pesymistyczny pragnę tchnąć trochę nadziei i optymizmu do tej debaty o kresowej pamięci. Bo oto gdy na szczeblach centralnych i często wojewódzkich decydenci nie wykazują zainteresowania tymi sprawami lub czynią to „odświętnie” dla dobrego wrażenia i spektakularnego poklasku, są środowiska które wykazują się pomysłowością i zaangażowaniem docierając ze swoimi inicjatywami do źródła prawdy czyli do bezpośrednich świadków wydarzeń. A czynią to angażując młodsze pokolenie przy okazji uczestniczące w autentycznych lekcjach historii, które są bardzo skuteczne gdyż wiedza jest przyswajana przez pryzmat osobistych biografii osób im najbliższych.

Jednym z takich, godnym naśladownictwa przykładem jest inicjatywa Starostwa Powiatowego w Legnicy zrodzona cztery lata temu gdy starostą powiatu była Janina Mazur córka Kresowian pochodzących ze wsi Gańczary koło Lwowa. Obecnie Janina Mazur jest wicestarostą a powiatem kieruje starosta Adam Babuśka, którego korzenie sięgają także Kresów (dziadek starosty Międza Aleksander był ułanem krechowieckim i zgodnie z logiką historyczną został w 1920 roku osadnikiem wojskowym we wsi Osada Krechowiecka w powiecie rówieńskim na Wołyniu). A dzieło rozpoczęte przed kilku laty ma swoją kontynuację mimo zmiany układu politycznego.

Bowiem wszystko zależy od ludzi i ich gotowości do współpracy gdy znajduje się wspólny mianownik, a w przypadku Legnicy są nim polskie Kresy wschodnie. Szkoda, że taka filozofia działania nie funkcjonuje w Dolnośląskim Urzędzie Marszałkowskim, który w minionych latach był organizatorem „Dni Kultury Kresowej” czy też „Dni Pionierów Osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych”. Odbywały się one na dziedzińcu i w murach Zamku Piastowskiego w Legnicy, który obecnie w dużej mierze jest domem noclegowym dla pracujących sezonowo Ukraińców. Jakaż to bolesna metamorfoza! Z promieniującego kulturą i sztuką Zamku Piastowskiego, pierwszej historycznej budowli murowanej na Dolnym Śląsku uczynić noclegownię to dopiero porażający brak wyobraźni! A zaniechanie wspomnianych wyżej przedsięwzięć kresowych i spotkań Pionierów Osadnictwa to jest ewidentne wyrzekanie się kresowej tożsamości, które bracia Kopocińscy uczynili głównym motywem swojego artykułu. Jak dziś pamiętam z nieodległej przecież przeszłości atmosferę tych uroczystości patriotycznych na zamkowym dziedzińcu w Legnicy.

legnica 2_0.jpg

Pamiętam autentyczne wzruszenie – zmarłego przed kilkunastoma dniami płk. rez. Józefa Borowca (na zdjęciu) uczestnika walk podczas forsowania Nysy Łużyckiej, a po wojnie kapitana W.P. organizującego osadnictwo wojskowe w regionie jeleniogórskim – gdy wyrażaliśmy jako organizatorzy szacunek i składaliśmy hołd Pionierom polskiego życia na Ziemiach Odzyskanych. Staje mi przed oczyma skromna postać Moniki Śladewskiej, obecnie 95-letniej mieszkanki Wrocławia. Przyjęła nasze zaproszenie na ten swoisty apel bohaterów II wojny światowej i Pionierów Osadnictwa, bo zawsze czuje się zespoloną z ideą prawdy o tamtych tragicznych a później pracowitych latach stanowienia polskiego życia na Ziemi Dolnośląskiej.

Pani Monika Śladewska najpierw w szeregach 27. Wołyńskiej Dywizji AK, a później w II Armii Wojska Polskiego służyła Polsce do ostatniego dnia wojny, który zastał ją w okolicach Drezna. I tak jak dzielnie walczyła w mundurze, tak ofiarnie od lat walczy piórem jako wytrawna i kompetentna polemistka o prawdę historyczną o Kresach wschodnich i o banderowskim ludobójstwie. Wspomaga ją w codziennej egzystencji ( Pani Monika liczy sobie 95 lat) córka Danuta Wojciechowska, która również ma serce „po kresowej stronie”. Ich wrocławskie, po kresowemu gościnne mieszkanie jest siedzibą ducha prawdy i uwielbienia dla wszystkiego co polskie i szlachetne.

Duże zainteresowanie budziła eksponowana podczas „Dni Pionierów Osadnictwa” na legnickim zamku wystawa ilustrująca dzieje powstania filmu „Sami Swoi”. Reżyser filmu Sylwester Chęciński był także gościem honorowym święta Pionierów Osadnictwa. Zamek był odświętnie przystrojony, z okien powiewały biało – czerwone flagi. Dziś w tych samych oknach można ujrzeć suszącą się bieliznę ( w tym damską) „kwaterantów” zza wschodniej granicy. To jest swoiste „signum temporis” czasu i ludzi, którym słowa o patriotyzmie i umiłowaniu tradycji nie schodzą z ust. Nie wiem czy powinno się napisać wstyd czy hańba? A może jedno i drugie?

Ale wróćmy do strefy pozytywnego i twórczego działania, które podjęło niegdyś i które kontynuuje Starostwo Legnickie. We wstępie do pierwszego tomu wydanego przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Witelona w Legnicy „Wspólnota Akademicka”, ówczesna starosta Janina Mazur napisała między innymi: „Władze powiatu, nie chcąc pozwolić, aby wraz z odejściem najstarszych przesiedleńców odeszło też dziedzictwo naszych ojców i dziadów, ogłosiły konkurs literacki p. t. „Pamiętnik Pokoleń” dla uczniów wszystkich typów szkół. I dalej czytamy „Jest to zbiór bezcennych wspomnień o własnych korzeniach, odkrywających rodzinne dramaty, tajemnice i radości.

Ta publikacja to fascynująca podróż w czasie. Nakłoniliśmy wiele starszych osób, pierwszych przesiedleńców żeby odszukali często zakurzone i zapomniane dokumenty, zapiski, rodzinne albumy z fotografiami, zajrzeli w głąb siebie i wpuścili tam także nas”. Zebrane w „Pamiętniku Pokoleń” relacje wykazują często wzajemne podobieństwo losów dziadków i pradziadków uczniów Ziemi Legnickiej. Na ogół były one podobne do drogi życiowej Pani Moniki Śladewskiej: na początek służba w partyzantce lub wojsku, później wypędzenie z Ojcowizny jak to miało miejsce w wypadku Kresowian lub wyjazd na Ziemie Odzyskane w poszukiwaniu lepszego losu dla osób z Wielkopolski lub z tzw. Polski Centralnej. Sam przejazd z Kresów na Ziemie Odzyskane to epopeja, która boleśnie utkwiła w pamięci wygnańców. A potem te pierwsze dni niepewności co do przyszłości, strachu przed szabrownikami i braku warunków do godnego życia.

W relacji Jakuba Sokoła jaką uzyskał od swojego pradziadka ze Żnibrodów w powiecie Buczacz czytamy: „Jechali blisko dwa miesiące w bardzo ciężkich warunkach, wagony nie miały dachów, było bardzo ciasno. Na domiar wszystkiego brakowało jedzenia i lekarstw, słabe i chore osoby umierały podczas tej podróży”. Trudno nie zgodzić się z Bartłomiejem Styczyńskim ze Szkoły Podstawowej w Prochowicach, który napisał: „Każdy kto tu ( czyli na Ziemiach Odzyskanych) rozpoczął nowy rozdział swojego życia, jest bohaterem niezwykłej historii... Postanowiłem ocalić od zapomnienia jedną z nich”, a jego rozmówczynią była Wiktoria Kmiecik pochodząca z Grzymałowa w województwie tarnopolskim. Tak oto wspomina tamten czas „Prześladowane za polskie pochodzenie, mordowane przez ukraińskich nacjonalistów całe rodziny ratowały się ucieczką na Ziemie Odzyskane, głównie na tereny ówczesnego Dolnego Śląska.

Rodzina Wiktorii Kmiecik przez niemal dwa lata mieszkała w jednym domu z jego dotychczasowymi właścicielami, Niemcami o nazwisku Bushke. Tak mądrze i refleksyjnie Wiktoria Kmiecik oceniła ten epizod: „Mimo różnic językowych, kulturowych i światopoglądowych obie rodziny potrafiły wspólnie żyć, dźwigając własne dramaty, odrzucając nienawiść i żal, szanowały się nawzajem, zachowując przy tym swoją tożsamość, my polską a oni niemiecką”.

Motyw ratowania się ucieczką przed siepaczami z UPA występuje niemal we wszystkich relacjach kresowych. Natalia Turbiarz ze Szkoły Podstawowej w Krzywej uzyskała taką relację od swoich przodków ze wsi Zawadówka w województwie tarnopolskim: ”Polacy byli zmuszeni opuścić tamte tereny. Nie dało się tam już spokojnie ani żyć, ani pracować. Na każdym kroku czekała na nich śmierć trudno opisać bezmiar tragedii, które dotknęły Polaków”.

Aleksandra Andruszkiewicz ze Szkoły Podstawowej im. II AWP w Miłkowicach uzyskała od swojej prababci ze Skały Podolskiej taką oto relację (fragment): „ Moja prababcia została sama z dziećmi, bez męża (był w tym czasie w II Korpusie gen. W. Andersa). Po zakończeniu wojny z całą rodziną została przymusowo wysiedlona ze Skały Podolskiej. Kazano im zebrać się w punktach zbornych, Gdzie czekały na nich wagony bydlęce”.

legnica 2c.jpg

W świetle przytoczonych relacji oczywistym jest, że Polacy zostali z Kresów wypędzeni. Ucieczka często wprost spod „upowskiej” siekiery, ze spalonego domu, pozostawienie niepochowanych ciał pomordowanych okrutnie, to także wypędzenie motywowane strachem i rozpaczą. Dlatego należy bardzo wyraźnie powiedzieć, iż określenie Polaków z Kresów mianem repatriantów jest wadliwe, nieprawdziwe i wręcz fałszywe. Adekwatne dla ich sytuacji określenie to słowo „wygnańcy”. Wygnani z ojcowizny w tragicznych okolicznościach życia, z ogromną traumą i poczuciem krzywdy. Też bliżej prawdy od określenia „ repatrianci” wydaje się słowo „przesiedleńcy”.

Zbieranie relacji i rozmowy z dziadkami i pradziadkami było dla uczniów zajęciem niezwykłym, kształcącym ale też uwrażliwiającym na ludzkie cierpienie. Uczennica gimnazjum im. Księżnej Anny i Henryka Pobożnego w Legnickim Polu – Aleksandra Jania po serii rozmów ze swoją babcią w pewnym momencie powiedziała do niej: „Babciu, już wiem, dlaczego zawsze kiedy mówiłam, że chcę cofnąć się w czasie do dzieciństwa, ty z odrazą mówiłaś: a ja nigdy w życiu”.

Justyna Foryś z Gimnazjum nr 1 im. Jana Pawła II w Chojnowie uzyskała od babci z okolic Buczacza kronikarski zapis: „Wrzesień 1945 r. musimy wyjechać mamy czterdzieści osiem godzin na spakowanie się do wagonu. Tyle rodzin musi zostawić cały swój dobytek i tak po prostu wyjechać w nieznane. Nikt nie chce się na to zgodzić, jednak do wyboru mamy przeniesienie się lub śmierć z ręki Ukraińców”. Babcia Martyny Oleśniewicz z Chojnowa tak napisała pod datą listopad 1945 r., a więc już po zakończeniu wojny: „banderowcy zabijają polskich cywilów bez żadnych skrupułów, ci ludzie nie posiadają człowieczeństwa. Dlatego wielu Polaków wyjeżdża stąd, zostawiając cały dorobek swojego życia, również ja razem z moją rodziną niedługo wyjeżdżam, ponieważ nie czujemy się tu (wieś Ładyczyn) bezpiecznie”.

Inicjatywa Starostwa Powiatowego (a zaangażowanych w nią jest kilka ofiarnych i utalentowanych osób z panią Dyrektor Wydziału Oświaty, Promocji i Spraw Społecznych – Elżbietą Iwanicką mającą także kresowe korzenie (od strony mamy Jagielnica koło Czortkowa, natomiast od strony teścia Gródek Podolski obw. Chmielnicki), spotkała się z takim pozytywnym odzewem, że władze powiatu postanowiły zorganizować kolejną edycję konkursu „Pamiętnik Pokoleń”. Całkiem niedawno odbyła się promocja drugiego tomu wspomnień i relacji. Jej elementem była multimedialna prezentacja tematów kresowych autorstwa wybitnego znawcy tej problematyki – Tomasza Kuby Kozłowskiego z „Domu Spotkań z Historią” w Warszawie.

Babcia Klaudii Chmury z Prochowic powiedziała wnuczce kończąc swą opowieść o długim życiu: „Gdybym mogła przeżyć swoje życie od początku, zrobiłabym to we Lwowie – mojej Ojczyźnie”. Jednak zdecydowana większość relacji spisanych przez prawnuków i wnuków jest autorstwa Kresowian pochodzących ze wsi z rodzin rolniczych lub inteligencji wiejskiej. Niektóre opisy rodzinnej wsi, życia codziennego tradycji i obyczajów zbliżają się klimatem i plastycznością opisów do stylu Władysława Stanisława Reymonta. Piękne obrazy wsi zawarte są także w relacjach Łemków przesiedlonych na Ziemie Odzyskane w ramach operacji „Wisła”. Wracając do wspomnień z polskich Kresów wschodnich pozwolę sobie zacytować piosenkę „Wiejska dziewczyna”, którą przywiozła na Ziemię Legnicką Maria Polańska z Dołobowa. Oto jej fragment:

„Wiejska dziewczyna w swym wiejskim stroju na świecie najpiękniej wygląda/ Jako na miedzy ta róża polna, jakoby ten leśny kwieć, /Spódniczka suta w pasie marszczona, fartuszek skromny i gładki, /We dwa warkocze splecione, a w tych warkoczach bławatki. /Buciki czarne na obcasiku, na głowie chusteczka biała,/ sznurek korali dookoła szyi, to jest ozdoba jej cała. /Matuś i babcia tak się stroiły i ja po ślubie włożę te stroje wieśniate i skromne, /jak proste jest serce moje”.

W drugim tomie „Pamiętnika Pokoleń” podobnie jak w pierwszym przeważają zdecydowanie relacje z Kresów Wschodnich co wyraźnie wskazuje jaki jest skład społeczności lokalnych na Ziemi Legnickiej. Katarzyna Gawrysz pochodząca ze wsi Duliby miała to nieszczęście, że zakochała się w ukraińskim chłopcu o imieniu Józef i wyszła za niego za mąż. Pewnego dnia na ich podwórze zajechali banderowcy i zabrali jej Józefa na zawsze. Pani Katarzyna tak to zrelacjonowała: „Wiedziałam co to oznacza. Ukraińcy zmuszali rodaków do wstępowania w szeregi UPA. Pierwszym dowodem poparcia dla wolnej i niepodległej Ukrainy miało być zabicie polskiej żony, dziecka, rodziny. Ukrainiec miał do wyboru – albo zabić najbliższych i żyć albo sprzeciwić się rozkazom i zginąć. Często myślałam o tym, czy taki los spotkał mojego Józka ...” .

Aleksandra Radziszewska z Okmian zanotowała: „Pewnej nocy prababcia Maria zabrała babcię na strych, by pokazać jej jak pali się sąsiednia wieś Stara Huta. Babcia zapamiętała też, że któregoś dnia z sąsiedniej miejscowości przybył do nich zakrwawiony mężczyzna w koszuli nocnej, szlochając opowiadał, że do jego domu wtargnęła ukraińska banda, on ukrył się pod łóżkiem, a napastnicy zabili mu żonę i dwoje dzieci, którym wbito widły w brzuch”.

Większość relacji kresowych dotyczy Kresów południowo-wschodnich, ale zebrano też wspomnienia ludzi z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny. Dość dużo jest także relacji Łemków osiedlonych w różnych wsiach Ziemi Legnickiej w wyniku operacji „Wisła”. Stanowią one cenny i interesujący materiał poznawczy o ludziach – którzy z innych powodów niż Kresowianie też przeżyli ból wykorzenienia z rodzinnych domów i wiosek.

Odchodzą od nas ostatni świadkowie przełomowych wydarzeń jakie stały się udziałem prababć, babć, pradziadków, dziadków tych młodych ludzi, którzy wzięli udział w tym interesującym konkursie. W dobrym – być może w ostatnim dobrym momencie Legnickie Starostwo wzbudziło tę piękną i bardzo potrzebną inicjatywę. Dzięki niej pozyskano bezcenne źródła informacji i wiedzy o losach jednostek i rodzin – głównie kresowych, ale także łemkowskich i sporadycznie ludzi z innych regionów Polski. Te relacje mają walor autentyzmu i osobistego stosunku do tego czego świadkami byli przodkowie uczniów, uczestników konkursu. W tych opowieściach, nie ma żadnego „sosu” łagodzącego rzeczywistość, nie ma barier poprawności politycznej.

Babcia Weroniki Polańskiej z Prochowic skarży się z goryczą swojej wnuczce: „Współczesny świat próbuje wymazać to nam z pamięci, ale tego nie da się zrobić. Czy widok człowieka, który morduje całą rodzinę na naszych oczach nie zostaje długo w naszych oczach?” pyta retorycznie. I sama daje odpowiedz na to pytanie: „Cierpienie, które przeżyliśmy i które widzieliśmy – to obrazy pozostające na całe życie”.

Rozalia Dębicka z Biało Krynicy opowiedziała swojej prawnuczce Aleksandrze Gniadej z Prochowic o swoim wielkim zdziwieniu i zaskoczeniu kiedy podczas napadu UPA na ich wioskę przez okno zobaczyła, że zaczyna się palić ich dom rodzinny. Podpalał oczywiście banderowiec o którym pani Rozalia mówi: „Rozpoznałam tego człowieka. Mieszka niedaleko, w tej samej wiosce, a teraz podpala mój dom! Nie mogłam w to uwierzyć. Jak ludzie mogą być fałszywi”.

Lucyna Zwarycz z Prochowic pozyskała od swojego pradziadka wstrząsającą opowieść jak spalono jego mamę i resztę rodziny w Hucie Pieniackiej. W pełni zasadny jest więc apel sędziwego Kresowianina zawarty w końcowym fragmencie jego relacji: „Apeluję do wszystkich czytających! Interesujcie się historią naszych przodków i pamiętajcie o niej. Nie możemy dopuścić do powtórki wydarzeń sprzed lat. Nie pozwólmy by nacjonaliści niszczyli pamiątki po rodzinie, takie jak pomnik w Hucie Pieniackiej. Nie pozwólmy, by naruszano nasze prawa, godność, honor i aby zatajano historię naszej Ojczyzny”. Ten Apel ma szczególną wymowę i siłę moralną gdyż na tablicy z nazwiskami ofiar ludobójstwa w Hucie Pieniackiej jest tragicznie dużo osób z nazwiskiem Zwarycz – poczynając od Władysława Zwarycza l. 7, a kończąc na Damianie Zwaryczu l. ok. 60. Przerażającą daninę krwi i życia złożyła kresowa rodzina Zwaryczów za swoją polskość. Dobrze, że ta niezwykle bolesna prawda została w ramach konkursu „Pamiętnik Pokoleń” przekazana spadkobiercom rodzinnej tradycji i pamięci.

Charakterystyczną cechą relacji kresowych jest to, że mimo ogromu nieszczęść i tragedii osobistych jakich doświadczyli autorzy relacji nie prezentują oni pragnienia zemsty czy rewanżu, nie sączą jadu wobec Ukraińców. Wypowiadają swój ból, żal, tragiczne rozczarowanie postępowaniem niektórych sąsiadów i udawanych przyjaciół. Ale zachęcają potomnych do zachowania pamięci. Legnicki konkurs „Pamiętnik Pokoleń” spełnia w całej rozciągłości ten szlachetny postulat. Karolina Brasuń z Wągrodna po uzyskaniu relacji od swojego pradziadka Henryka i dziadka Edwarda tak spuentowała swoją pracę: „Na pewno dopilnuję aby również moje dzieci poznały dzieje moich przodków”. Uczeń Sz. P. z tegoż samego Wągrodna kończy swoją relację słowami:”Jestem dumny z moich rodzinnych korzeni, jestem dumny, że jestem Polakiem”. Magdalena Gacia również z Wągrodna tak podsumowała swoje rozmowy z prababcią: „Wspomnienia mojej prababci są dla mnie drogowskazem na moje dalsze życie. Cieszę się, że poznałam tę historię, ponieważ wiem, jak ważne są rodzinne korzenie. To właśnie one wzmacniają siłę rodziny. To one powodują, że rodzina jest głęboko osadzona i trwała”. Wzruszające jest wyznanie kolejnej uczennicy Marii Mereny z Wągrodna, o innej niż kresowe, historii swojej rodziny. Napisała ona tak: „Czuję w sobie korzenie łemkowskie, ale jestem przede wszystkim Polką”.

Julia Świderska obecnie z Krotoszyc w powiecie legnickim, urodzona na Kresach zaakcentowała swój rodowód w opisie losu rodziny swojego autorstwa prostymi słowami: „Przyjechaliśmy od Tarnopola, taka była nasza dola”.

dr Tadeusz Samborski
Prezes S.K. „Krajobrazy” w Legnicy
Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2020)