Panika zabiła rozsądek

DSC04933.JPG
Minął już niemal miesiąc od pierwszego przypadku zakażenia COVID-19 w Polsce. „Pacjent zero” zdążył nawet wyzdrowieć, tymczasem my w najlepsze pogrążmy się w coraz bardziej absurdalnych odmętach paniki, skutecznie podsycanej przez samonakręcający się duet politycy-media.

Jest to więc najwyższy czas by ci z nas, którzy zachowali przynajmniej elementarną zdolność do refleksji, rozważyli czy strategia przyjęta przez polski rząd (więc chciał nie chciał przez nas wszystkich) jest racjonalna i optymalna w tych nietypowych okolicznościach.

Na początek trochę faktów. W chwili, gdy pisze ten tekst w Polsce mamy nieco poniżej tysiąca ośmiuset potwierdzonych zachorowań na COVID-19, z czego 20 zakończyło się zgonem pacjentów. Dla świata liczby te wynoszą odpowiednio 697 609 zachorowań i 33 116 zgonów. Trzeba przyznać, że te dane robią duże wrażenie, szczególności oderwane od kontekstu. Kontekst natomiast jest taki, że w całości zachorowań i zgonów, zarówno w Polsce jak i na świecie stanowią one niemal niedostrzegalną statystykę.

Dla porównania naszym kraju z różnych przyczyn umiera corocznie około 400 tysięcy osób. To ponad 33 tysiące zgonów miesięcznie i prawie 1100 zgonów dziennie. W świetle powyższego 20 zgonów z powodu COVID-19 nie mieści się nawet w rzetelnie prowadzonej statystyce.

Skrajnie odmienna sytuacja ma miejsce we Włoszech, kraju obecnie najbardziej dotkniętym COVID-19. Roczna liczba zgonów wynosi tam 633 tysiące, co daje odpowiednio ponad 52 tysiące miesięcznie i ponad 1700 zgonów dziennie. Tymczasem liczba zgonów, dla których jako przyczyna zdiagnozowany został COVID-19 wynosi po dwóch miesiącach epidemii 10799. Przyjmijmy tą liczbę do dalszych wyliczeń jednak ze świadomością, że została ona ustalona na podstawie błędnej metodyki (wszystkie zgony osób zarażonych koronawirusem klasyfikowane są jako następujące na skutek COVID-19 niezależnie od występowania chorób współistniejących). Tak czy inaczej możemy mówić w tym przypadku o istotnym wzroście śmiertelności.

W interesującym świetle stawiają kwestię COVID-19 statystyki globalne. Od początku roku do dzisiaj na świecie zmarło nieco ponad 14 milionów 200 tysięcy ludzi. Zgony spowodowane COVID-19 wynosiły nieco ponad 0,002 z tej liczby. Wobec niemal 2 milionów zgonów spowodowanych nowotworem (ok 14%) czy 260 tysięcy samobójstw jest to liczba relatywnie niewielka. Jak więc widzimy w skali globalnej problem COVID-19 ma na tym etapie znacznie marginalne, natomiast lokalnie skala jego występowania i zgonów osób zarażonych przedstawia się niejednorodnie i jest uzależniona od szeregu czynników. W tym zapewne od strategii walki z COVID-19 przyjętej przez poszczególne rządy.

Postawmy sobie zatem kluczowe pytania: czy wobec zbliżającego się zagrożenia COVID-19 zachowaliśmy się racjonalnie? Czy prawidłowo oszacowawszy ryzyko? Oraz, co nie mniej istotne: czy planowane i podejmowane przez polski rząd działania są słuszne?

Zacznijmy od odpowiedzi na najprostsze (co nie znaczy, że proste) z powyższych pytań. Czy prawidłowo oszacowawszy ryzyko? Biorąc pod uwagę, że polski rząd na etapie gwałtownego rozwoju COVID-19 w północnych Włoszech (przełom lutego i marca) dysponował jedynie szczątkowymi danymi zaryzykuję tutaj odpowiedź twierdzącą. Wciąż nie dysponujemy wiarygodną wiedzą na temat zaraźliwości koronawirusa i jego śmiertelności. Na przykład dane płynące ze Szwecji, która niemal nie wprowadziła obostrzeń epidemicznych są wysoce optymistyczne, niewiele gorsze niż wyniki zamkniętej na cztery spusty Polski. Natomiast informacje płynące ze wspomnianych Włoch, czy z Hiszpanii wręcz przeciwnie. Na tym etapie wydaje się zatem, że bagatelizowanie potencjalnego zagrożenia byłoby niepotrzebną dezynwolturą.

W kontekście powyższego początkowe działania rządu wydają się być racjonalne. Z pewnością należy tak ocenić stosunkowo szybkie zamkniecie granic i poddanie kwarantannie osób zagrożonych zarażeniem. Tutaj jednak jednoznacznie pozytywne oceny się kończą. Pamiętajmy, że zadaniem rządu nie jest wyłącznie dbałość o zdrowie obywateli, lecz także o pozostałe dziedziny funkcjonowania państwa.

Decyzja o zamknięciu szkół i przedszkoli została podjęta stosunkowo szybko, lecz w oderwaniu od decyzji o zamknięciu innych dużych skupisk ludzkich. Jej znacznie profilaktyczne było zatem umiarkowane, a jej wpływ na gospodarkę nastąpił w sposób skokowy i znaczący. Odpływ pracowników, którzy z dnia na dzień musieli zostać w domach i opiekować się dziećmi, odbił się na wszystkich branżach, w tym o ironio także na ochronie zdrowia, istotnie zmniejszając ich efektywność. Kolejne decyzje: o zamknięciu części firm handlowych oraz całej gastronomii i hotelarstwa a wreszcie decyzja o zakazie zgromadzeń (uderzająca w kolejne branże) de facto zatrzymały gospodarkę. Zaczęliśmy przejadać skromne zapasy.

Nasz rząd, podobnie jak większość innych rządów, postawił wszystko na jedną kartę przyjmując strategię „spłaszczania krzywej” zachorowań. Podjęte działania nie były w stanie zapobiec epidemii, ale miały ją opóźnić (co zresztą się udało), dać nam czas na przygotowanie się. Paradoks polega jednak na tym, że na to nigdy nie będzie dość czasu. Tymczasem zamrożona gospodarka to brak przychodów dla obywateli, nieuchronna bieda i wszelkie związane z nią konsekwencje.

Jesteśmy społeczeństwem na dorobku, nie posiadamy zbyt wiele nagromadzonych zasobów. Wielu z nas żyje „od pierwszego do pierwszego”, stąd nawet krótkotrwała utrata dochodu może stać się poważnym problemem. W podobnej kondycji jest zresztą całe państwo. Ostatnie lata koniunktury zostały roztrwonione przez rządzących. Politycy PiS szerokim gestem kupowali wyborców socjalnymi programami ogołacając tym samym państwową kiesę.

Obecnie Polska nie ma rezerw i jest to dramat

Wracając jednak do głównego wątku odpowiedzmy na pytanie: czy wobec zagrożenia COVID-19 zachowaliśmy się racjonalnie? Początkowe dziania rządu były sensowne i pożądane. Dały nam czas na przygotowanie szpitali i oswojenie społeczeństwa z zagrożeniem. Niestety w ślad za nimi nastąpiły działania nieadekwatne. Doprowadziły do zamrożenia całej gospodarki, które na dłuższą metę stanowi dla nas znacząco poważniejsze zagrożenie niż sam COVID-19.

W ostatnich dniach rząd podjął działania mające łagodzić skutki własnej strategii anty-epidemicznej (bo nie samej epidemii). Niestety są one są całkowicie nieadekwatne do powstałych wyzwań i zagrożeń. Odpowiedź rządu na zbliżający się kryzys jest najzwyczajniej błędna*. Szeroko reklamowana „tarcza antykryzysowa” jest instrumentem z założenia reaktywnym. Mechanizmy pomocowe w niej zawarte obejmą jedynie nielicznych poszkodowanych i wystarczą na krótko. Nieuchronna w tej sytuacji recesja doprowadzi do istotnego spadku dochodów budżetu państwa. W efekcie rząd nie będzie miał dość środków na swoje zadania, w tym na ochronę zdrowia.

Odpowiedzią rządu będzie dalsze zadłużanie się i jeszcze większy dodruk pieniądza. To z kolei doprowadzi do gwałtownego wzrostu inflacji i spadku wartości nabywczej złotówki. Skutkiem tego będzie zubożenie społeczeństwa i zmniejszona konsumpcja. To z kolei jeszcze bardziej schłodzi gospodarkę i tak dalej i tak dalej. Błędne koło będzie się rozpędzać. Reasumując: zanosi się na to, że czeka nas wieloletni kryzys, recesja, powszechne zubożenie i bezrobocie na poziomie kilkunastu procent. Tymczasem wcale nie musi tak być. Nie przejdziemy przez kryzys suchą stopą, możemy jednak postarać się nie utonąć,

Co zatem należy zrobić?

W pierwszej kolejności należy uporządkować kwestie epidemiczne. Ścisła izolacja, wręcz kwarantanna powinna dotyczyć jedynie grup wysokiego ryzyka. Pozostali z nas powinni jak najszybciej wrócić do swoich zajęć. Rząd powinien zapewnić powszechność i dostępność (także cenową) osobistych środków ochrony takich jak rękawiczki i maseczki i wprowadzić obowiązek ich używania. Wzorując się na państwach azjatyckich, które mają największe doświadczanie w walce z tego typu zagrożeniami, powinniśmy wprowadzić powszechną dezynfekcję i masowe testy. Pozwoli to utrzymać niski stopień przyrostu zachorowań.

W następnej kolejności należy zająć się gospodarką. Zwolnić wszystkich z podatków i opłat niezależnych od dochodów, przede wszystkim ZUS. Gruntownie zderegulować gospodarkę, co umożliwi przebranżowienie się części przedsiębiorstw. Solidnie odchudzić administrację publiczną, która i tak przechodząc w „tryb pracy zdalnej” udowodniła, że w poważnej części jest zwyczajnie niepotrzebna. Natychmiast zaprzestać dodruku pieniądza i innych działań proinflacyjnych. Oraz, co dla wielu będzie bolesne, niezwłocznie zrezygnować z kosztownych programów socjalnych. To gorzkie lekarstwo, lecz dzięki niemu nasze gospodarka przetrwa, a po kryzysie szybko nabierze wiatru w żagle.

To właśnie powinniśmy zrobić. Jednak znając ekipę Mateusza Morawickiego możemy spodziewać się, że zrobimy dokładnie na odwrót. Dlatego przygotowujmy się na najgorsze: na głęboki kryzys, bezrobocie, biedę i bunty społeczne. Wszystko dlatego, że rządzącym zbrakło wyobraźni. Dlatego, że panika zabiła rozsądek.

Przemysław Piasta
30.03.2020

* O rozlicznych wadach rozwiązań „tarczy antykryzysowej” pisałem już w poprzednich tekstach. jeśli kto ciekaw zachęcam do lektury.