Reminiscencja osmańskiego zagrożenia

turcy.jpg
Coraz częściej zastanawiamy się nad celami obecnej polityki tureckiej. Recep Erdogan wywołuje konflikty na wszystkich frontach, stara się demonstracyjnie okazywać niezależność od wszystkich podmiotów zewnętrznych, rozgrywa własne partie w różnych regionach dawnego Imperium Osmańskiego, rzuca wyzwania wszystkim obecnym na tym obszarze graczom.

Czasami jego styl jest aż nadto emocjonalny – rzecz charakterystyczna dla Orientu – wypowiadane słowa mają poniżyć w oczach słuchaczy jego przeciwników, a jemu samemu dodać muskulatury, nawet jeśli tylko chwilowo i sztucznie. Świat zewnętrzny nie przywykł do tego stylu. Nie potrafi zinterpretować mechanizmów stojących za polityką Ankary.

Jednym z frontów Erdogana jest Libia. W upadłym po agresji NATO w 2011 roku państwie od dziewięciu lat toczy się wojna domowa. Chaos powoduje, że jej stronami są rozliczne formacje, sojusze i koalicje plemienne, regionalne, religijne, biznesowe i polityczne. Z czasem na dwóch najsilniejszych oponentów wyrosła z jednej strony skupiona w Trypolisie formacja wokół Rządu Zgody Narodowej Fajiza as-Sarradża, a z drugiej stworzona w Tobruku Narodowa Armia Libijska marszałka Chalify Haftara. Oba ośrodki cieszą się wsparciem graczy zewnętrznych, przy czym najbardziej oficjalne i publiczne stało się poparcie udzielone rządowi trypoliskiemu przez Turcję.

Pod koniec listopada 2019 roku Erdogan podpisał z as-Sarradżem porozumienie o współpracy wojskowej, a 2 stycznia turecki parlament zgodził się na użycie tamtejszych sił zbrojnych na terytorium Libii. Pod koniec lutego na tereny kontrolowane przez RZN dotarły kolejne dostawy broni przekazanej przez Ankarę: ruchome zestawy rakietowe T-300 „Kasirga”, niemieckie czołgi Leopard 1 T1, wozy opancerzone Arma i wozy bojowe ACV-15. Dodatkowo od maja 2019 roku trwa zorganizowana akcja przerzutu bojowników z syryjskiej prowincji Idlib do Libii, przerwana tylko ostatnich tygodniach w związku z walkami o kontrolę nad tą prowincją z armią syryjską.

Pomysł powstania w Syrii prowincji pozostającej pod faktyczną kontrolą sąsiedniego państwa miał właśnie na celu uchronienie przed likwidacją dziesiątek tysięcy działających przez lata w imię Ankary i finansowanych przez nią terrorystów. Niestety, na rozwiązanie takie zgodziła się wtedy Rosja, uznając, iż będzie to jedyna droga do tego, co niezbyt zręcznie określono mianem deeskalacji. Przerzucani do Libii terroryści, wyszkoleni w czasie syryjskiej wojny, wcale nie zdecydowali się na wyjazd z pobudek ideowych. Wszelkie koszty związane z ich przerzutem i utrzymaniem ponosiła Ankara, roztaczając dodatkowo przed nimi wizję przyznania tureckiego obywatelstwa lub możliwości emigracji do Europy. Według rzecznika NAL gen. Ahmeda al-Mismariego, w styczniu zatrzymany został przez siły libijskie były członek Państwa Islamskiego.

Aresztowany niegdyś przez Kurdów, został po ofensywie tureckiej przejęty przez Turków i następnie przerzucony przez nich do Libii. Stamtąd planował dotrzeć do Europy. Nie był to przy tym odosobniony przypadek, a raczej ilustracja motywacji wielu uciekinierów z Bliskiego Wschodu do Afryki Północnej. 21 lutego na konferencji prasowej w Istambule turecki prezydent przyznał publicznie: Ankara organizuje przeloty bojowników z Syrii do Libii.

Ekspansywna polityka Turcji w basenie Morza Śródziemnego ma co najmniej kilka przyczyn. Jej intensyfikacja i przybranie przez nią najbardziej agresywnych od wielu lat form związane są z powstaniem po tzw. arabskiej wiośnie całych obszarów wyjętych spod kontroli państwowej, pasów ziemi niczyjej kontrolowanych przez lokalne bojówki i niepodlegających de facto żadnej zewnętrznej jurysdykcji. Ambicje tureckie na Bliskim Wschodnie znane są od dawna, jednak w epoce Erdogana uległy one radykalnemu rozszerzeniu, w tym na kraje afrykańskie. Bolesna strata spowodowana odsunięciem od władzy ekipy sudańskiego prezydenta Omara al-Baszira przyspieszyła tylko decyzję o zwiększeniu zaangażowania w konflikt libijski, a nawet oficjalnym udziale w nim jako strona. Po wspomnianej utracie wpływów w Sudanie, Ankara została bowiem niemal z niczym. Na południowym brzegu Morza Śródziemnego przetrwały relatywnie silne struktury państwowe, przede wszystkim w postaci Egiptu i Algierii.

Podstawowym politycznym instrumentem służącym realizacji ekspansji tureckiej było i pozostaje Bractwo Muzułmańskie nadal posiadające rozliczne struktury w regionie, nierzadko uznawane za zagrożenie przez miejscowe władze i stąd działające w konspiracji. Przypomnijmy, że ruch ten powstał w 1928 roku w egipskiej Ismailii, a jego założycielem był sunnicki duchowny Hassan al-Banna. Podstawowym celem bractwa stało się od początku odtworzenie ponadnarodowego imperium o charakterze teokratycznym – Wielkiego Kalifatu Islamskiego obejmującego docelowo wszystkie ziemie dawnego Imperium Osmańskiego, co idealnie współgrało z wizjami imperialnymi tureckich islamistów. Struktury BM na całym Bliskim Wschodzie znalazły się w konflikcie z miejscowymi, często świeckimi i narodowo-socjalnymi reżimami.

Na przykład w Syrii władze stanęły już w latach 1970-tych w obliczu kolejnych rewolt inspirowanych przez bractwo. Tamtejsze BM zajmowało się również organizacją zamachów terrorystycznych na przedstawicieli władz i mniejszości alawickiej. Struktury tej międzynarodowej organizacji zaktywizowały się szczególnie w okresie tzw. arabskiej wiosny po 2011 roku. W efekcie przejęły władzę m.in. w Egipcie, gdzie prezydentem został Muhammad Mursi, w 2013 roku obalony przez miejscowych wojskowych i postawiony przed sądem. Na dziś realne wpływy BM zachowało jedynie w Tunezji.

W sąsiedniej Libii struktury bractwa pojawiły się w 1949 roku, początkowo jako filia organizacji egipskiej. Po dojściu do władzy płk. Muammara Kadafiego zeszły one do podziemia, a w latach 1974-2010 objęto je całkowitym zakazem działalności. Libijskie BM odrodziło się dopiero po obaleniu i zamordowaniu tamtejszego przywódcy w 2011 roku. Centrum jego aktywności stał się od początku Trypolis, gdzie w 2012 roku ogłoszono powstanie mającej być jego politycznym ramieniem Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Ramieniem zbrojnym bractwa stała się m.in. Brygada Męczenników 17 Lutego, działająca głównie we wschodniej części kraju. Członkowie BM znaleźli się w szeregach RZN i w najbliższym otoczeniu jego szefa Fajiza as-Sarradża. Wiele wyjaśnia tu także pochodzenie społeczne trypoliskiego premiera. Jego przodkowie byli tureckimi kolonizatorami i posiadaczami ziemskimi; to właśnie te grupy społeczne tradycyjnie nie tylko wspierały tradycje osmańskie, ale też wiązały się z Bractwem Muzułmańskim.

Geopolityczne znaczenie BM polegało przede wszystkim na jego wykorzystywaniu przez graczy zewnętrznych dążących do osłabienia narodowych i suwerenistycznych tendencji w krajach arabskich. W okresie zimnej wojny stało się ono instrumentem w rękach Brytyjczyków i Amerykanów. Po roku 1970 w Egipcie uzyskało ono wsparcie wysoko postawionego urzędnika brytyjskiego resortu spraw zagranicznych Jamesa Craiga, który wraz z ówczesnym ambasadorem Zjednoczonego Królestwa w Kairze Richardem Beaumontem lobbował na jego rzecz, uznając je za skuteczną przeciwwagę wobec sprzyjających Związkowi Radzieckiemu lewicowych ruchów narodowowyzwoleńczych w rodzaju egipskiego naseryzmu.

Wkrótce z tej samej strategii korzystać zaczęli Amerykanie; jej zwolennikiem był Zbigniew Brzeziński, a następnie neokonserwatyści. Nie przeszkadzał przy tym zbytnio nikomu ideowy paradoks: BM opowiadało się za redukcją kulturowych wpływów Zachodu, za część których uznawało koncepcję państwa świeckiego; a tenże Zachód odżegnywał się werbalnie od islamskich fundamentalistów. Neokolonializm anglosaski w świecie muzułmańskim bez żadnych zahamowani korzystał z usług tego zadziwiającego sojusznika.

Utajnione struktury i wpływy BM były jednocześnie rozbudowywane w świeckiej po rewolucji Mustafy Kemala Atatürka Turcji. Jego znaczenie dla erdoganowskiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju było od samego początku decydujące. Pierwszy islamistyczny premier Turcji Necmettin Erbakan jeszcze w 1969 roku założył organizację pod nazwą Milli Görüş, będącą tureckim oddziałem bractwa. Ów nieżyjący już mentor obecnego prezydenta w 1996 roku proponował jako szef rządu stworzenie unii państw islamskich, w której obok Turcji miałyby się znaleźć Libia, Irak, Egipt, Pakistan, Indonezja, Nigeria, Bangladesz i Malezja. Rzecz jasna, wizja taka była dość utopijna i nie wzbudziła szerszego zainteresowania.

Erdogan początkowo starał się promować bardziej umiarkowane koncepcje obecności islamu w życiu państwa, odwołując się raczej do myśli sufickiej Shamsa-i-Tabriziego i Rumiego, jednak coraz większy wpływ na elity tureckie zaczęły wywierać kolejne edycje prac założyciela BM Hassana al-Banny i jego ideologa Sajjida Kutba. Władze tureckie zyskały z czasem pełne poparcie istniejących struktur bractwa. W sierpniu 2014 roku jego duchowy lider, egipski teolog i medialny kaznodzieja Jusuf al-Kardawi oświadczył:

„Rada Mędrców Islamskich zdecydowała, że Kalifat powinien odrodzić się w Istambule, swojej dawnej stolicy. Nowa Turcja łącząca religię i politykę, nowe i stare, świat arabski i nie-arabski zjednoczyła ummę. Dokonał tego Recep Tayyip Erdogan. Musicie stanąć po jego stronie, przysiąc mu wierność i wezwać go, by szedł dalej. Wierzę, że z woli Allaha mu się uda”.

Erdogan i jego otoczenie powtarzają dziś niezmordowanie, że w Syrii, Libii i w innych krajach dawnego Imperium Osmańskiego tureckie wojska stanowią odpowiedź na zaproszenie miejscowej ludności. Rzecz jasna, nikt ich tam nie zapraszał, szczególnie biorąc pod uwagę żywe jeszcze w świadomości historycznej mieszkańców regionu wspomnienia tureckiej dominacji i okupacji. W odróżnieniu od Turcji kemalistowskiej i świeckiej, która kierowała się raczej w stronę Azji Centralnej i różnorako rozumianych koncepcji panturkizmu, obecnie Ankara wydaje się konsekwentnie walczyć o wpływy na niegdysiejszych ziemiach Imperium Osmańskiego, utraconego ostatecznie ponad 100 lat temu po I wojnie światowej. Właśnie ta motywacja religijno-polityczna sprawia, że z wyjątkowym uporem walczy ona o swoje wpływy w północnej Syrii, uznawanej za istotną część tureckiego dziedzictwa, dokonuje ekspansji w całym basenie śródziemnomorskim, starając się przywrócić na współczesnych mapach rozległe niegdyś imperium.

Francuski politolog i publicysta dr Alexandre del Valle, znany jako propagator poglądu o instrumentalnym wykorzystywaniu islamu przez Stany Zjednoczone przeciwko Europie, zauważył, że „obok Kataru to Turcja jest krajem, który najbardziej przyczynił się do zniszczenia Syrii czterema działaniami: sponsorując przestępczą strukturę Bractwa Muzułmańskiego, które próbowało przejąć władzę w Syrii; przekazując broń różnym ugrupowaniom islamistycznym; interweniując bezpośrednio i zbrojnie w konflikt syryjski; i organizując ze swego terytorium przerzut tysięcy zagranicznych dżihadystów do Syrii”.

Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że działania Turcji w regionie w ramach realizowanej przez nią doktryny neoosmanizmu prowadzą do destabilizacji Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, a w efekcie również zalewanej kolejnymi falami migrantów Europy. Okazuje się zatem, że nolens volens turecka strategia ekspansji wpisuje się w opracowany w Waszyngtonie i Langley plan znany jako Wielki Bliski Wschód, lub szerzej bałkanizacja Eurazji. Jego realizacja w ostatecznym rozrachunku nie będzie korzystna ani dla Ankary, ani jej sąsiadów.

dr Mateusz Piskorski

9.03.2020

Dzial: