Gen. Józef Haller w Bitwie Warszawskiej

haller front ka.jpg
Obok gen. Tadeusza Rozwadowskiego i gen. Władysława Sikorskiego – kluczową rolę w zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej odegrał gen. Józef Haller. Lekceważony przez Józefa Piłsudskiego i niektórych historyków wykazał w lipcu i sierpniu 1920 niezwykły hart ducha – to on skutecznie powstrzymał załamanie i defetyzm, jaki szerzył się w szeregach polskiej armii.

Poniżej prezentujemy niezwykły materiał – relację gen. Józefa Hallera z lat 50. – są to zapiski, których dokonali ks. Józef Jarzębowski i Jędrzej Giertych, którzy byli częstymi gośćmi w domu Hallera pod Londynem. Zapiski te opublikował po latach Jędrzej Giertych w „Komunikatach Towarzystwa im. Romana Dmowskiego”, Londyn, nr 7, 1970/1971, ss. 271-286. Jest bardzo cenne źródło informacji – z relacji Hallera dowiadujemy się m.in. o trybie wdrażania słynnego rozkazu nr 10.000 autorstwa gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Okazuje się, że Szef Sztabu osobiście jeździł z jedynym egzemplarzem rozkazu przez siebie napisanego i zapoznawał kolejnych generałów z jego treścią (daty pod parafami wskazują na to, że miało to miejsce w dniach od 9 do 13 sierpnia 1920 roku). Potwierdza to tylko tezę, że w tym czasie Rozwadowski przejął dowodzenia całością bitwy.

Warto jeszcze dodać, że gen. Józef Haller ma największą ilość zdjęć z tego czasu pokazującego go na pierwszej linii frontu, nie ma żadnego zdjęcia pokazującego Józefa Piłsudskiego. Haller był jedynym, obok Sikorskiego, generałem, który tak często miał kontakt z szeregowymi żołnierzami – dzisiaj publikujemy najbardziej znane i symboliczne – przedstawia ono gen. Hallera na linii frontu (ok. 15 sierpnia) prawdopodobnie na pozycjach 15 Dywizji Piechoty (wielkopolskiej), gdzie rozstrzygał się los Warszawy. Zdjęcie w nowej odsłonie (pokolorowane przez Mirosława Szponara) – prezentowanie jest po raz pierwszy. A oto relacja Józefa Hallera z Bitwy Warszawskiej w układzie chronologicznym:

„Gen. Haller był u Piłsudskiego przed wyprawą kijowską. Piłsudski powiedział mu, że chce pomaszerować na Kijów, a potem na Smoleńsk. Zaproponował Hallerowi udział w tej wyprawie na wysokim stanowisku dowódczym. Haller oświadczył, że jest to idea obłędna, która może tylko doprowadzić do klęski, nominacji nie przyjął i na znak protestu przeciwko akcji, do której przygotowania już były w pełnym biegu, podał się do dymisji z wojska. Wyjechał do Krynicy i spędził tam cały okres wyprawy kijowskiej i początków klęski.

Po załamaniu się frontu, Haller został wezwany do Warszawy przez (miejsce puste), który przysłał po niego wagon sypialny. Haller wyraził gotowość udziału w akcji, zmierzającej do uratowania sytuacji.
Brał najpierw udział w zorganizowaniu Komitetu Obrony Stolicy. Z ramienia tego Komitetu stworzona została sieć delegatów po województwach i starostwach, która miała dublować wojewodów i starostów i zapewnić, by administracja, przejęta wpływami socjalistycznymi itp. nie załamała się. Po zwycięstwie, sieć tę, którą można było posądzać o przygotowanie do prawicowego zamachu stanu, dyskretnie zlikwidowano.

Jednym z takich delegatów był inż. Karniej w Zagłębiu. Zwrócił on uwagę gen. Hallerowi na to, że jest ewangelikiem, ale generał przeszedł nad tym do porządku dziennego.

Obok tego, generał Haller stanął na czele Armii Ochotniczej, która jednak nie była osobną armią, tylko formacją, werbującą ochotników, którzy bądź utworzyli nowe pułki, bądź zostali wcieleni do dawnych.
Odbył podróż do Białegostoku i Łap i stwierdził, że odbywa się tam paniczny odwrót, dowództwo armii mieszka w pociągu, całe oddziały, a tak samo tłumy żołnierzy nie należących do oddziałów, oblegają pociągi i uciekają na zachód. Jakaś bateria, bez rozkazu, wybierała się do Bydgoszczy. Generał Haller nie mając żadnych formalnych uprawnień, mianował podpułkownika Naganowskiego, który mu się nawinął pod rękę, komendantem dworca (w Białymstoku, czy w Łapach?), kazał oficerowi żandarmerii zrobić zbiórkę wszystkich oficerów i żołnierzy obecnych na dworcu i zaprowadził wśród nich jaki taki porządek, zakazał ładowania się do pociągów. Płk Naganowski okazał się gorliwymi i energicznym oficerem. Panika w ważnym punkcie kolejowym została jako tako opanowana.

Potem Piłsudski mianował Hallera dowódcą frontu północnego na miejsce gen. [Stanisława] Szeptyckiego, który był ciężko chory. Piłsudski wpierw ofiarował to stanowisko Dowborowi [Józefowi Dowbor-Muśnickiemu – red.], ale Dowbor odmówił. Bał się odmowy także i Hallera, zaproponował za pośrednictwem Rozwadowskiego, ale Haller przyjął. Piłsudski był zupełnie załamany. Był także całkiem załamany w początkach zamachu majowego.

Haller pojechał do Siedlec odebrać dowództwo frontu od Szeptyckiego. Zastał go w łóżku prawie umierającego. Cały jego sztab z wyjątkiem dwóch oficerów był chory, zarówno jak duża część wojska, na choroby zakaźne: tyfus, czerwonkę, cholerynę. Sytuacja była pod każdym względem opłakana.
Gen. Haller wziął owych dwóch zdrowych oficerów i wraz z nimi rozpoczął obejmowanie frontu. Objeżdżał dowództwa. Dużo dowódców usunął, mianując nowych. Sztaby, które były w pociągach, wypędził, każąc im pracować na miejscach postoju.

Między innymi na własną odpowiedzialność udzielił dymisji nie na swoim froncie, lecz pod dowództwem generała Sikorskiego, dowódcy dywizji generałowi [Stanisławowi] Skrzyńskiemu i mianował na jego miejsce generała [Kazimierza] Ładosia. Wyraża się bardzo źle o generale [Stanisławie] Skrzyńskim. Generał [Władysław] Sikorski skarżył się Hallerowi, że Skrzyński uprawia wobec niego sabotaż. Haller stwierdził, że Skrzyński popełniał akty niesubordynacji kwalifikujące się pod sąd. Choć mu grupa Sikorskiego nie podlegała, oświadczył Skrzyńskiemu, że go usuwa i mianował [gen. Kazimierza] Ładosia, który był pod ręką. Skrzyński, który był protegowanym Piłsudskiego, pojechał do Belwederu pełen oburzenia, a gdy oficer dyżurny nie wpuścił go do Piłsudskiego, odkładając audiencję do jutra, rzucił temu oficerowi pod nogi swoje Virtuti Militari. Skrzyński chodził stale z opaską na jednym oku i z ręką na temblaku. Była to bohatersko-cierpiętnicza poza. Ale badanie lekarskie wykazało kiedyś, że ma i oko i rękę zdrowe.

[Michał] Żymierski pod Małkinią zachowywał się ze swoją dywizją dwuznacznie. Haller liczy się z możliwością, że już się zastanawiał, czy nie przejść na stronę bolszewików. Został zaraz potem wysiany pod Zamość, gdzie spisał się dobrze. Nie mógł zresztą inaczej, bo nie było tam warunków do zachowania się w sposób nielojalny.

Stan północnego frontu był tak rozpaczliwy, że gen. Haller zdecydował się na krok niezwykły: rzucił na front pod Łapy Dywizję Ochotniczą, złożoną ze świeżo uformowanych pułków zupełnie niewyszkolonego żołnierza. Dowodził tą dywizją gen. [Włodzimierz] Zagórski, tak długo, dopóki nie został powołany na szefa sztabu frontu. Dywizja ta bitwami stoczonymi pod Surażem i Paprocią (zatrzymała pochód bolszewików i pozwoliła reszcie frontu oderwać się od nieprzyjaciela i dokonać odwrotu. Odegrała więc ona rolę rozstrzygającą.

Gen. Haller uważa, że Gaj-Chan mógł był zająć Warszawę, gdyby był ruszył prosto na Warszawę. To był z jego strony błąd, że ruszył szlakiem północnym. Także i walki z Gaj-Chanem (pod Brodnicą i Włocławkiem) stoczyły oddziały, uformowane w ramach Armii Ochotniczej.

W 1920 r., o którym się tak szumnie mówi był w istocie rokiem zupełnego załamania. Potracono głowy. Armia cofając się, była w rozkładzie. Z obecnym gen. [Tadeuszem] Malinowskim wybrałem się na linię bojową w kierunku Bugu. Pod Białą Podlaską na szosie natknęliśmy się na bezładną kupę wojska. Karabiny rzucane o ziemię, most zapchany. W postawie zupełnie zaniedbanie. W twarzach ponure szyderstwo. „Co robić?” – pytają mnie towarzysze. „Pełnym gazem walić na most w kupę”. Krzyknąłem. Wjechaliśmy. Wstaję. Nikt z żołnierzy zdaje się nie zauważać szarży. Raczej patrzą wrogo. Wołam, kto tu dowodzi. Z rowu wyłania się jakiś oficer. Pozrywane oznaki, blady i trzęsący. Widzę, że z boku za mostem widać (słowo nieczytelne, być może: „pierwszych”) idących oddziałów sowieckich. „Mówię: żołnierze, jak wam nie wstyd! Nie bijecie się, a Moskale idą. Chodzi o Polskę, o wszystko! Jeśli tak będzie, zawali się wszystko, bolszewicy zagarną Polskę. Od was zależy. Niedaleko Janów, miejsce męczeństwa św. Andrzeja Boboli, od tego miejsca musimy stawić opór. Formujcie się. Ja z wami. Sam pójdę nastawiać opuszczone działa! Ufam w ducha polskiego żołnierza, że spełni swój obowiązek!”

Powoli ten i ów się dźwiga. Zbierają się dokoła samochodu, wreszcie występuje starszy sierżant, staje pięknie na baczność, salutuje. „Czy Pan Jenerał pozwoli mi powiedzieć parę słów?". „Niech sierżant mówi, a śmiało". „Panie Jenerale, proszę się nie dziwić, że tak jest! Od paru miesięcy, po raz pierwszy widzimy dopiero Jenerała w pierwszych liniach. A karmią nas czerwoniakami i wychwalaniem socjalistów i bolszewizmu. Krążą odezwy, by wracać do domu, że bolszewicy zwyciężą, że podzielą ziemię. Nikt do nas nie mówi i nikt się nami nie zajmuje. Mówię: „Panie majorze, proszę żołnierzom rozdać przywiezione gazety i druki z Warszawy”. Skwapliwie wyciągnęły się ręce. „A teraz wołam! Formujcie się i do ataku. Odebrać ten lasek, gdzie się już kręcą bolszewicy. Ja idę nastawić działa...”

Wróciliśmy do Warszawy zgnębieni. Tak wygląda wojsko. To koniec! Znów wypadam pod Małkinię. Ma być odcinek frontu. Są okopy, stoją jakieś działa. Dokoła pustka. A Gaj-Chan już wali z boku i oskrzydla. W okopie znajduję dwu żołnierzy z Armii Ochotniczej. Pytam: „Gdzie wojsko?” Mówią, gdzieś tu wałęsał się jakiś oddział. „A armaty?”. Nie wiemy. Szukam. Jakiś oficer twierdzi że się wycofano. Jadę z powrotem. Napotykam jen. [Władysława] J[ędrzejewskego]. Wołam: „Jenerale, cóż tu u was jakoś dziwnie: wojska nie ma”. „Jak to! wysłałem cały pułk!”. „Ale go nie ma”. „Co na miłość Boską, gdzież oni?”. „Ano, powiadam, trzeba szukać”. Ruszam samochodem. W dali kurz na drodze. Tak! Idzie wolno, spokojnie, cały pułk! „Gdzie idziecie?” „Cofamy się”. „Kto dał rozkaz? Gdzie oficer?” Staje przede mną. „Ja”. „Dlaczego Pan się cofa?”. „A bo lewy flank się cofnął”. „Ale czemu się Pan nie bije? Odbieram Panu dowództwo!” Zwracam się do innego: Pan obejmuje komendę. W tył zwrot i naprzód na pozycję”.

Taki był duch wojska przed 15 sierpnia. Załamanie. Oficerowie bez głów. Często zdzierali na wszelki wypadek odznaki. Sztaby zdezorientowane. W dniu (miejsce na datę opuszczone) przyjeżdża do mego Sztabu w Politechnice [Warszawskiej] gen. [Tadeusz] Rozwadowski. Podaje mi gruby elaborat: „Rozkaz Sztabu Generalnego Nr 10 tysięcy! Patrzę: parafa Piłsudskiego i Sikorskiego. "Jak kto" mówię – "Sikorski wchodzi w skład mojej armii i on pierwszy otrzymuje rozkaz”? „Nie było czasu; spotkałem go”. „No dobrze, ale co to za numer 10 tysięcy?”. „Fikcyjny. Czytaj prędzej, bo muszę jechać dalej!”. „Nie, powiadam, nic z tego nie rozumiem. Czemu ta fikcja ten pospiech? przecież się muszę z planem zapoznać i rozpracować go”. Rozwadowski: „Nie wiesz, co się dzieje. Planu nie mogę wypuścić z rąk. Nie wiem, czy gdy zostawię go do odbicia w sztabie, to czy odpis jego nie będzie miał prędzej Tuchaczewski, niż wy! Nie jesteśmy wcale ludzi pewni. „Nie”, powiadam, „Jeśli macie takie warunki w sztabie, to choć wiesz, że nie jestem krwiożerczy, ale taki sztab bym rozstrzelał! Siadaj i czekaj. Rozkaz muszę wpierw poznać i rozpracować”. Gen. Rozwadowski niechętnie siada. Wołam swego szefa sztabu Zagórskiego. „Pułkowniku, rozkaz odbić i rozpracować”. W takich warunkach przygotowywano się do decydującej bitwy o Warszawę.

Oprac. Jan Engelgard

Dzial: