Gdzie ci „konserwatywni homoseksualiści”?

gay.jpg
W swoim felietonie „Heteryckie zamyślenie”, opublikowanym na łamach „Myśli Polskiej” nr 15-16 (2235/2236), pan Maciej Eckardt wyraził pogląd, że aktywność „zawodowych działaczy homoseksualnych” zapewne nie odzwierciedla stanowiska wszystkich homoseksualistów i że prawdopodobnie są wśród homoseksualistów również osoby nie żywiące poglądów lewackich ani liberalnych.

To myśl charakterystyczna dla tzw. „konserwatywnego liberalizmu”, przewijająca się co pewien czas w wypowiedziach takich prawicowych publicystów jak Rafał Ziemkiewicz, czy Janusz Korwin-Mikke. Pogląd taki wydaje się zdroworozsądkowy i sam go swego czasu podzielałem. Rodzą się na jego gruncie jednak pewne komplikacje, na które wskażę niżej.

Podstawowe jednak zastrzeżenie ma naturę empiryczną: skoro pewnego rodzaju polityczne kokietowanie homoseksualistów co pewien czas powraca w publicystyce konserwatywno-liberalnej prawicy, to dlaczego dotychczas nikt na ten zew nie odpowiedział? Gdzie są ci „normalni” i „zwykli” homoseksualiści, którzy tworzyliby narrację konkurencyjną wobec liberalno-lewackiej? Bo za takich nie uznamy chyba przechwalających się swymi perwersjami i orgializmem Milo Yiannopoulosa i zamordowanego przed kilkunastu laty Pima Fortuyna, a właśnie ci dwaj skandaliści to bodaj jedyne dotychczas przykłady homoseksualistów odcinających się od środowiska lewicowego i zbliżających do prawicy.

Dobrym probierzem byłby tu stosunek do pedofilii. Leitmotivem prawicy jest twierdzenie, że homoseksualność związana jest pedofilią i nadzwyczaj często do niej prowadzi. Twierdzenie to zresztą znajduje solidne oparcie w kolejnych pedofilskich skandalach z udziałem homoseksualistów, a nawet w wypowiedziach niektórych osób z tego środowiska. Naturalnym odruchem „normalnych” homoseksualistów, byłoby więc dążenie do „oczyszczenia” swego środowiska ze wszystkich przypadków zatrącających o pedofilię lub o poparcie dla niej. Innymi słowy, homoseksualiści – a większość wśród nich miałaby być przecież jakoby „normalna” - powinni stać w pierwszym szeregu tępienia pedofilii, ale także innych niemoralnych i nieobyczajnych zachowań kojarzonych z ich środowiskiem, tak więc choćby pornografii, prostytucji, promiskuityzmu seksualnego. Ile tymczasem takich inicjatyw wyszło ze środowiska homoseksualnego? Ja nie słyszałem o żadnym takim przypadku.

Jest wręcz przeciwnie, bo to właśnie środowisko homoseksualne jest rozsadnikiem pornografizmu, wszechogarniającej seksualizacji, rozpusty i orgializmu. Pomijając już pojawianie się tam głosów relatywizujących lub wręcz usprawiedliwiających pedofilię, to nawet w ramach dopuszczalnych przez obecne liberalne prawo patologicznych zachowań seksualnych, środowisko homoseksualne jest matecznikiem moralnej i obyczajowej zgnilizny. Moim zdaniem, nie jest to przypadkiem, bowiem nie mamy w odniesieniu do tego środowiska do czynienia z jakimś rodzajem „orientacji seksualnej”, przypominającej preferowanie kobiet rudowłosych kosztem blondynek wśród normalnych mężczyzn, tylko z perwersją seksualną lub zboczeniem. Tak więc bądź to z ekstrawagancją, dla której motorem jest przekraczanie kolejnych barier seksualnych, bądź to z chorobliwym spaczeniem seksualności.

Osobiście znałem czterech homoseksualistów, których skłonności byłem świadom. Trzech z nich miało poglądy liberalno-lewicowe, a czwarty wyznawał rodzaj stachniukowego nacjonalizmu. Wszyscy czterej w mniejszym lub większym stopniu kwestionowali tradycyjny porządek moralny. Po wszystkich czterech widać było, że są lekko upośledzeni. Nie na tyle, by uniemożliwiało im to funkcjonowanie w społeczeństwie, ale na tyle, by nie sposób było nie dostrzec ich niedomagania. Żadnego z nich nie nazwałbym „normalnym”, ani nie oczekiwał po nim współpracy w obronie tradycyjnego ładu moralnego. Być może znane mi przypadki są niereprezentatywne, z pewnością jednak bliższe są obrazowi typowej postawy homoseksualisty kreowanemu przez same środowiska homoseksualne, niż pobożne życzenia pana Eckardta.

Pan Eckardt sprzeciwia się „wrzucaniu wszystkich homoseksualistów do jednego worka i ich stygmatyzowaniu”, tymczasem ci ludzie są już przez sam fakt wykoślawienia swojego popędu seksualnego w jednym „worku” opatrzonym etykietą „zboczenie”. I nie powinniśmy o tym zapominać, milcząco zakładając istnienie jakichś „normalnych” (?) homoseksualistów, którzy mieliby być „tacy jak my”, a różnić się jedynie swoimi szczególnymi „upodobaniami”. Takie stanowisko, to w zasadzi nie nazwane wprost uznanie homoseksualizmu za „orientację seksualną”, a w każdym razie takie go traktowanie. Nie jest to jednak żadna „orientacja” ani nawet „zabawna” perwersja jakichś nieszkodliwych i w sumie nawet sympatycznych „homosiów”, tylko dewiacja, i tak właśnie homoseksualistów powinno się traktować – jako zboczeńców.

Nie musi to bynajmniej oznaczać karania za sam homoseksualizm – choćby nawet w formie „batożenia”, jak sugerował ostatnio pewien skądinąd sympatyczny i pożyteczny działacz prawicowy. Nie karzemy przecież upośledzonych umysłowo z powodu ich upośledzenia, ani szalonych z powodu ich szaleństwa. Gdy jednak szaleńcy lub upośledzeni robią rzeczy gorszące lub niebezpieczne, wówczas karzemy ich za te postępki. I takie też jest właściwe rozwiązanie problemu homoseksualizmu: karane powinno być nie samo zboczenie, ale zgorszenie lub przestępczość seksualna jakich dopuszczaliby się ewentualnie ci zboczeńcy. O ile w dziedzinie przestępczości seksualnej liberalne prawo stanowi jeszcze pewną barierę, o tyle społeczeństwo (w tym dzieci, dziewczęta, kobiety) nie jest dziś chronione przed zgorszeniem poprzez bezwstyd, rozpustę, pornografię, komercjalizację erotyki itp. Na tej amoralności liberalnego prawa korzystają zarówno wszelkiej maści zboczeńcy – w tym również homoseksualiści, jak też „zwykli”, heteroseksualni rozpustnicy.

Pan Eckardt proponuje „tęczowej fali” przeciwstawić „normalność i... wolność”. Ja proponuję przeciwstawić prawo naturalne. Wolność, to tylko uświadomiona konieczność. Możemy być tylko niewolnikami albo własnych zasad, albo własnych popędów. Wolność więc jest fałszem. Stanem pożądanym jest natomiast porządek. W ramach ładu opartego na prawie naturalnym zboczenie musi być rozpoznawane jako zboczenie, a perwersja jako perwersja. Nie jako specyficzne upodobanie, czyli – inaczej mówiąc – „orientacja”. Takie postawienie sprawy jednoznacznie i negatywnie rozwiązuje przy tym kwestię „związków partnerskich”, prawa homoseksualistów do dziedziczenia po kochanku, ich prawa do zawierania małżeństw etc.

Z drugiej strony, mieć powinniśmy świadomość (mówi nam zresztą o tym nauka chrześcijańska), że osiągnięcie harmonii i wyeliminowanie zła na tym świecie nie jest możliwe. I świadomość tego powinna działać na nas ostudzająco, wobec nazbyt zapalczywej agitacji do „moralnych krucjat”. Praktykowanie homoseksualizmu powinno być nielegalne, analogicznie prostytucja czy pornografia. Musimy zdawać sobie jednak sprawę, że tak jak nie wyeliminujemy całkowicie zdrad małżeńskich, obrazków z rozebranymi kobietami ani prostytucji, tak też gdzieś na marginesie naszej cywilizacji zawsze wegetować będzie homoseksualne podziemie. Nie należy się nim zanadto absorbować ani przejmować – grunt, by pozostało ono podziemiem.

Na koniec odnotujmy, że pan Eckardt słusznie piętnuje polityzację seksualności w środowisku homoseksualnym, i zwraca uwagę, że powinna ona przynależeć do sfery intymnej, tak więc nie podlegać upublicznieniu, instrumentalizacji ani ideologizacji. Taką ideologizację trzeba rzeczywiście potępiać zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Akt seksualny odbywa się między mężem i żoną i w związku z tym naturalne jest nakierowanie go ku małżonkowi, a nie traktowanie jako środka propagowania „równych praw dla każdego” lub, z drugiej strony, na przykład idei rodziny nuklearnej. Powodem ideologizacji tego, co powinno pozostać w sferze intymnej, w środowisku homoseksualnym jest włączenie się tego środowiska w ruch praw obywatelskich w USA w latach '60, a później przeniesienie kwestii homoseksualizmu z obszaru medycyny w obszar tzw. „praw człowieka”.

Na niedostrzeganiu tego przeniesienia pola dyskusji wykoleja się zresztą najczęściej prawicowa polemika ze środowiskami homoseksualnymi, bo podczas gdy prawica stara się epatować publiczność mającymi ją zniechęcić do homoseksualistów opowieściami o patologiach seksualnych i pornograficznymi szczegółami, środowisko homoseksualne wyśmiewa takie „freudowskie obsesje” i prezentuje zupełnie niedotykający seksualności wywód na temat tzw. „praw człowieka” właśnie. Sam pamiętam dyskusję telewizyjną, gdy spocony, ciężko dyszący, z wypiekami na twarzy Łukasz Adamski opowiadał widzom pewnego programu co przeczytał i obejrzał w książce „Radość seksu gejowskiego”, podczas gdy jego oponent Robert Biedroń ironizował na temat dziwnych zainteresowań Adamskiego, samemu mówiąc wyłącznie o „prawach człowieka”.

Wskazuje nam to właściwy cel, jaki powinna obrać sobie prawicowa polemika: jest nim liberalna idea tzw. „praw człowieka”, nie zaś epatowanie publiczności jakimiś obleśnymi szczegółami pederastii – co też zresztą narusza wspomnianą wyżej normę traktowania seksualności jako czegoś, co powinno pozostawać w intymnej przestrzeni małżeństwa.

Wracając natomiast do głównego wątku, proponowałbym zaadoptować na potrzeby prawicowego dyskursu rozróżnienie na „homoseksualizm” i „homoseksualność” stosowane m.in. przez Zbigniewa Lwa Starowicza. Lew Starowicz posługuje się oczywiście własnym rozumieniem tych terminów, my moglibyśmy jednak pierwszym z nich nazywać swoistą kontrkulturę i ruch społeczno-polityczny definiujące człowieka przez pryzmat jego spaczonego popędu ku osobnikom tej samej płci, drugim zaś przypadłość medyczną polegającą na takim właśnie spaczeniu popędu.

„Homoseksualizm” zakładałby zatem określanie człowieka przez pryzmat jego seksualności, podczas gdy „homoseksualność” nie naruszałaby zasady definiowania go przez pryzmat cech wyższego rzędu (cnót, talentów, zasług, roli społecznej, zobowiązań etc.). W tym sensie, moglibyśmy rzeczywiście rozróżniać na tych, którzy zboczenie homoseksualne chcą podnosić do rangi czynnika określającego tożsamość człowieka, a tymi którzy takiego postulatu nie stawiają.\

Ronald Lasecki
Fot. Wikipedia
Myśl Polska, nr 17-18 (21-28.04.2019)