Hetyryckie zamyślenie

maciej 1_0.jpg
Jak tak oglądam i słucham tych wszystkich gejowskich działaczy, aspirujących do parlamentarnych ław, to gdybym był zwykłym homoseksualistą, takim żyjącym normalnie, nie obnoszącym się ze swoją seksualnością, byłbym się załamał. Wprawdzie wśród „heteryków” idiotów zajmujących się polityką nie brakuje, to jednak wśród „nieheteronormatywnych” wygląda to na jakąś epidemię.

Ponoć każdy nosi w sobie – tak powiadają psychologowie – jakąś fobię. To prawda. W moim przypadku jest to idiotofobia. Przebieg tej groźnej przypadłości wygląda u mnie tak, że na idiotów reaguję zawsze tak samo, bez względu na fakt, czy mam do czynienia z hetero- lub homoseksualistą. Objawy nasilają mi się na przykład wtedy, kiedy słucham bajek statystycznych, że co dziesiąty dorosły obywatel nad Wisłą, to czynny homoseksualista lub lesbijka, a pozostała część populacji czynna w tej materii jeszcze nie jest, bo przez splot różnych nieszczęśliwych okoliczności, tej jakże intrygującej orientacji nie zdążyła w sobie odkryć.

Absurd goni tutaj absurd, ale na to nie poradzimy, skoro żyjemy w czasach absurdu. Niemniej absurd, jako kategoria bądź co bądź obiektywna, musi być także dostrzegana przez homoseksualistów, przynajmniej tych, którzy nie są sfokusowani na Biedronia, Rabieja, Grodzką czy jakąś Rafaelę. Trudno uwierzyć, że nie widzą oni deficytów intelektualnych tych wszystkich samozwańczych adwokatów „uciskanych” mniejszości, którzy kolędując po wszystkich możliwych mediach, uskuteczniając tam raban i show, robią tak naprawdę tym „normalnym” homoseksualistom obciach.

Przecież duża część homoseksualistów, posiadających w sobie niezaburzony kanon estetyki, osadzonych w dyscyplinie logicznego myślenia, a są tacy z pewnością, nie może serio traktować tego całego zaciągu LGBT+, wyglądającego i zachowującego się jak grupa pensjonariuszy ośrodka dla obłąkanych, będąca na wiosennym gigancie. Po prostu wierzyć mi się nie chce.

Dlatego, gdybym był homoseksualistą, po prostu bym się wściekł, że różni pajace wypowiadają się w moim imieniu, że wywracają normalny porządek rzeczy, kreują chaos, konflikt i niepewność, które per saldo uderzą w efekcie w osoby homoseksualne. Wściekłbym się, że różni „zawodowi geje” próbują zagnać mnie na lewackie manowce, obrażając tym samym moją inteligencję, mój naturalny, zgoła nierewolucyjny ogląd świata. Wściekłbym się wreszcie, że cała ta polityczna menażeria stara się zrobić ze mnie obywatela specjalnej troski, którym żaden normalny człowiek nie chce przecież być.

Wściekłbym się, bo seksualność, to moja osobista sprawa i nikomu nic do tego, a zwłaszcza państwu i politykom. Ale ja nie jestem gejem, lecz zwykłym „heterykiem”, więc nie wiem, jak to jest być z drugiej strony. Ale wierzyć mi się nie chce, że po tamtej stronie nie ma ludzi podobnie myślących, widzących, że całe to zmuszanie do poprawności politycznej, infekowanie prawa kuriozalnymi zapisami, to jedno wielkie sączenie tęczowego jadu, jest tak naprawdę zamachem na wolność obywatelską.

Wolność rozumiana a rebours, tak jak ją widzą działacze gejowscy, nie jest żadną wolnością rozumiana w klasycznym ujęciu, lecz postępowym kodeksem karnym, w którym za moment penalizowana będzie nie tylko krytyka homoseksualistów, ale także nie dość gorliwe ich hołubienie. Wchodzimy w Polsce w czas absurdu, czas, w którym normalność nie będzie kategorią oczywistą, ba – będzie stanem wysoce podejrzanym. By tak się stało, potrzeba do tego trzech podstawowych rzeczy – czasu, edukacji i... dzieci.

Doskonale zilustrował to zastępca prezydenta Warszawy, aktywny homoseksualista Paweł Rabiej, który w szczerym wywiadzie powiedział, że na końcu marszu homoseksualistów przez instytucje i system prawny, jest legalna adopcja dzieci przez jednopłciowe pary. To cel strategiczny, pozwalający obejść nie rozrodczy charakter homoseksualnych relacji. Odbywać się to będzie na zasadzie odkrawania kolejnych plasterków społecznego przyzwolenia, czemu sprzyjać będą lewicowe i liberalne media oraz idące im w sukurs partie polityczne, na wyścigi umizgujące się do tęczowej kamaryli.

I tu warto wrócić do zwykłych homoseksualistów, którzy na siłę są wyciągani z szafy i zachęcani do publicznego coming out-u, na co nie mają najmniejszej ochoty, gdyż wolą funkcjonować w społeczeństwie nie poprzez pryzmat rozporka, a posiadanych kompetencji czy poglądów politycznych, które niekoniecznie mają lewicowy lub liberalny charakter. Dlatego błędem jest obserwowana na prawicy praktyka wrzucania wszystkich homoseksualistów do jednego worka oraz ich stygmatyzowanie. Taka sytuacja jest oczywiście na rękę tęczowemu fołksfrontowi, bo daje mu argument do ręki – patrzcie, tylko z nami możecie czuć się bezpiecznie.

Nie chodzi tutaj o to, by prawica miała zacząć wpisywać się w akcję afirmatywną na rzecz homoseksualistów. Wręcz przeciwnie. Twarde bronienie zasad, których istotnym komponentem powinna być wolność i prawo do chronienia swojej seksualności, może stanowić jeden z oręży, o który rozbijać się będzie tęczowa falę. Pójście prawicy w stronę moralno-ideologicznej krucjaty odniesie niewielki skutek. Między innymi dlatego, że z punktu widzenia „tęczowych lóż” jest to sytuacja wymarzona, łatwo dająca się połączyć z operacją kruszenia Kościoła (niestety, głęboko ukąszonego tęczowym żądłem), której celem jest cywilizacyjna „Nowa era”.

Tęczowej fali trzeba przeciwstawić normalność i... wolność. Bez hałaśliwych fajerwerków, logicznie i koniecznie z uśmiechem na twarzy. Bez zaciężnej, ziejącej wizją piekielnego ognia moralnej krucjaty, po którą chętnie sięga wielu przedstawicieli prawicy. W niektórych znanych przypadkach przypomina to „dulszczyznę”, ale to już temat na osobne rozważania.

Maciej Eckardt
Myśl Polska, nr 15-16 (7-14.04.2019)

Dzial: