Grochowiak w PAX-ie

grochowiak 6.jpg
Piotr Kuncewicz, znany krytyk literacki, rówieśnik Stanisława Grochowiaka, poety, tak wywodził („Kierunki”) 1977, nr 36): „W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym poezja polska zaczęła wychodzić z cienia wojny, a nawet lat jeszcze wcześniejszych.

Bo szczególnym paradoksem sytuacji polskiej było to, że już przed wojną pojawił się prąd zwany „kataklizmem” przepowiadający zbliżającą się zagładę w latach wojny. Wystarczyło więc zastosować środki i formy poetyckie opracowane już wcześniej, aby sprostać wymogom czasu. Lata bezpośrednio powojenne stanowiły kontynuację tej poetyki”.

Gwoli ścisłości należy podać, że owym prądem przepowiadającym wojnę nie był „kataklizm”, jak chce krytyk, ale „katastrofizm”. Zgoda jest co do tego, że natłok namiętności i konfliktów wymagały w II wojnę światową nowego wyrazu niż „skamandrycki”, a doskonale nadawali się na pierwowzór zmian katastrofiści ze swoją formułą tragedii historii, w jakiej celowali Czesław Miłosz. Jerzy Zagórski, Aleksander Rymkiewicz, Tadeusz Bujnicki, Jerzy Putrament, Antoni Gołubiew. Przesadza natomiast krytyk twierdząc, że czasy romantyzmu wojennego trwały długo po wojnie, do 1956 roku, pomijając znaczenie takich klasyków jak Tadeusz Różewicz, czy Wisława Szymborska, a nawet podstarzały nieco Konstanty Ildefons Gałczyński.

W szkole literackiej małego realizmu i małej stabilizacji wyrastał właśnie wchodzący w życie publiczne połowie lat pięćdziesiątych Stanisław Grochowiak. Okupacja niemiecka, którą przeżył częściowo w Warszawie, przypadła na jego lata dzieciństwa. Urodził się 24 stycznia 1934 roku w Lesznie Wielkopolskim w rodzinie osiadłej w tym miasteczku od kilku pokoleń. Jego ojciec był oddanym patriotą, walcząc w Powstaniu Wielkopolskim. W czasie wojny, gdy Niemcy zaczęli przesiedlać Polaków do GG, rodzina przeniosła się do Warszawy. Stanisław jako dziesięcioletni chłopiec przeżył tu szczęśliwie Powstanie Warszawskie.

Po wojnie Grochowiakowie powrócili do Leszna Wielkopolskiego. Młody chłopiec wżył się znowu w atmosferę małego miasteczka. Okres rozkwitu miało ono już za sobą, przypadał on na szesnasty, siedemnasty i osiemnasty wiek. Teraz nad Lesznem dominowały barokowe budowle kościołów i wież. Atmosferę odszczepieństwa stwarzała tradycja protestancka. Uczęszczał do liceum czeskiego pedagoga-reformatora Komensky'ego, pochłaniał widoki, wsłuchiwał się w pogłosy historii, którą pewnie budził zew jego mistrza pióra, Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego. W późniejszej twórczości u Grochowiaka stale będzie obecny motyw niewielkiego miasteczka wielkopolskiego.

Po krótkich latach studiów na uniwersytetach w Lublinie i Poznaniu, osiadł w Warszawie na stałe, znajdując dla siebie miejsce na Sadybie. Piotr Kuncewicz w przywoływanym artykule tak pisze o tym miejscu: „Mieszkał na Sadybie w dzielnicy prawie podmiejskiej (przynajmniej była taką przed niewielu laty), gdzie panuje jeszcze stara zabudowa, jest wiele ogrodów, starych kanałów, opuszczonych fortów i jeden z najpiękniejszych kościołów Warszawy, świętego Bonifacego, jakże by inaczej – barokowy. O tę starą zabudowę, o peryferyjne domy, o kiosk z piwem wojował poeta wierszem i prozą”. W Warszawie Stanisław Grochowiak zajmował się dziennikarstwem, któremu pozostanie wierny do końca życia. Jako człowiek pióra wyrastał ze środowiska katolików świeckich.

Zadebiutował jako autor artykułu na łamach „Słowa Powszechnego” w 1952 roku.

Z tego czasu wspomina go przytaczany Piotr Kuncewicz: „Grochowiak znaczył dla mnie osobiście więcej jako człowiek niż jako autor. Tak też chyba było i z jego punktu widzenia – w swoich felietonach w „Miesięczniku Literackim” wymienia mnie wśród kilku osób, które miały na niego największy wpływ (…) Znajomość była dawna, z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, kiedy obaj byliśmy mniej lub więcej związani z PAX-em. On pisywał raczej w „WTK”, „Dziś i Jutro”, ja w „Tygodniku Powszechnym”. Potem nasze teksty spotykały się w „Kierunkach”. Przyjaźń rosła latami. A był jednym z tych nielicznych ludzi, z którymi można było rozmawiać o sprawach rzadko przewijających się w towarzyskich pogwarkach, które w pewnym uproszczeniu można by nazwać eschatologiczno-metafizycznymi”.

Związany był zdecydowanie z prasą PAX-owską i Instytutem Wydawniczym PAX od czasu drukowania w nim pierwszych swoich książek. Reprezentował otwarty reformatorski katolicyzm. Ale doszło do niejasnych scysji poety ze środowiskiem PAX-owskim na przełomie lat 1957/1958, w wyniku których nastąpiło zerwanie kontaktów między stronami. Związki koleżeńskie jednak nie ustały. Zbigniew Irzyk (Bywało zabawnie, Białystok 2014) pisze, że kiedy poeta awansował na stanowisko naczelnego „Współczesności” zabrał ze sobą niektórych i to może najbardziej kontrowersyjnych twórców dawnego PAX-u: „Wkrótce do zespołu dołączyli dawni koledzy z „WTK” – byli frondyści z PAX-u: Jacek Łukasiewicz, dojeżdżający na kolegia z Wrocławia, Andrzej Szmidt ten od „Takiego pejzażu”, śpiewanego przez Ewę Demarczyk oraz dowcipny Lech Władysław Terlecki. Z tej dawnej Staszkowej paczki wyłamał się jedynie Jerzy Krzysztoń, autor znakomitych „Opowiadań indyjskich” i przyszłego „Wielbłąda na stepie”. Nawiązał z nami tylko luźna współpracę”.

Przygotowanie

Z tego, co stwierdzono, wynika, że Stanisław Grochowiak pierwszy swój artykuł ogłosił drukiem w „Słowie Powszechnym” w 1952 roku. Można dodać,że stało się to w dodatku młodzieżowym pisma „W młodych oczach”, mającym założenia integracyjne dla budzącej się w najnowszym pokoleniu literatury. W bliskim od debiutu czasie rozgrywała się batalia o skład i charakter środowiska katolickiego, któremu patronował PAX. Pisał o tym tak Witold Dąbrowski („Sto wierszy o wierszach Grochowiaka”) w „Słowie Powszechnym” w 1956 roku (nr 228): „Katolicki PAX niewielu dotąd wydał poetów poza przedwojennym Liebertem i Gajcym – bo nie bardzo było kogo wydawać. Nie istnieje w Polsce żadna grupa poetów katolickich, bądź z katolicką prasą związanych silniej niż z jakąkolwiek inną, nie istnieje, wyjąwszy najnowsze pokolenie poetyckie to, które PAX zarekomendował przed dwoma laty w zbiorowym almanachu „Każdej chwili wybierać muszę”. Almanach ten, jak przed pięcioma laty dziesięć cieniutkich arkuszy poetyckich wydanych przez PAX we wspólnej tece, reprezentował grupę młodych katolickich poetów. Wyróżniał się w niej Stanisław Grochowiak. Wyróżniał się talentem, ambicjami i indywidualnością”.

Jak wiadomo, nie poezja, a publicystyka stała u początków prób pisarskich Stanisława Grochowiaka. Pomijając artykuł debiutancki, zwraca szczególną uwagę materiał o charakterze krytyczno-literackim, w jakim Grochowiak celował, ogłaszając taki w następnym roku w „Słowie Powszechnym” (nr 96) pt. „Kij w mrowisko”. W jego świetle widoczny jest dobór lektur i opinia o nich młodego twórcy, nawet nie wyrastającego wiekiem ponad grupę osób go interesującą. Wziął pod łupę utwory powstające w nieformalnej grupie PAX-owskiej. Uznał za niebezpieczne zjawisko tzw. obrazkowiczostwa i omówił je na przykładzie takich poetów jak Andrzej Czcibor Piotrowski, Jacek Łukasiewicz (pisujący pod pseudonimem Berger i Malewicz) oraz starszych – Zbigniewa Herberta i Anny Pogonowskiej. Jakie słabości wytyka Grochowiak tym autorom? Pisze: „Otóż tak Zbigniew Herbert, jak i Anna Pogonowska, a ostatnio Piotrowski zaliczają się do poetów hołdujących intelektualizmowi w poezji”. Zarzuca im świadome stosowanie magii słów celem zaciemnienia treści i odchodzenie od wzruszenia za cenę wirtuozerii. Co ma na celu ? Mówiąc jednym zdaniem, tak to ujmuje: Chodzi mi o głęboką i wnikliwą dyskusję, która by dała początek nowym skutecznym próbom w zakresie poezji katolickiej. Cele wszechstronne, ambicje ciekawe.

O ile Grochowiak ogłosił program swojej sztuki w artykule Kij w mrowisko przez odrzucenie głównej formuły noszącej miano obrazkowiczostwa – o tyle program pozytywny ukazał się skodyfikowany w artykule dużo późniejszym „Poezja zdziwienia” („Dziś i Jutro” 1955 nr 44). Autor wychodzi z założenia, że: „Poezja daje wyraz naszemu aktywnemu stosunkowi do świata. Poezja jest bezustannym projektowaniem zmian w przyrodzie i w świecie pojęć – zmian, które warunkują indywidualność twórcy”.
Można z pewną niedokładnością orzec, że każdy człowiek, wyrażając aktywny stosunek do życia, daje świadectwo swemu zdziwieniu, z czego bierze się oryginalność udziwnienia. Podobny stosunek do świata jak poezja zachodzi w odniesieniu do ideologii.

Wielka jest rola ideologa we współczesnym świecie stwierdza autor, bowiem: „U nas oportunista napisze brzydki, płaski plakacik poetycki, reakcjonista pozostanie w opłotkach kontemplacji o znikomości ludzkiego czynu, a rewolucjonista popchnie poezję kawałek dalej”. Wzorem postawy godnej naśladowania jest postawa Włodzimierza Majakowskiego. Więcej, Grochowiak, któremu po artykule „Przegapili rewolucję” zarzucano „sierżanctwo”. Powtarza zdecydowanie, że aspekt ideologiczny jest bardzo ważny w utworze, a nowa ideologia konieczna. Jakby z uporem dalej powtarza: Ryzyko „sierżanctwa” wydaje się jednak bardziej szlachetne. Twórca chciał dyskusji światopoglądowej, w której mogłoby być przewartościowane pojmowanie Boga, na miarę współczesnego człowieka, podobnie jak filozofii bytu.

Twórczość – może w większym stopniu niż publicystyka – przyniosła Grochowiakowi głośniejszą recepcję, szerszy odbiór. Grochowiak sensu stricte pisarzem jeszcze nie był, umieszczał tylko wiersze i prozę na łamach prasy – gdy poważnie zapowiadający się krytycy równolatkowie, zabrali głos w sprawie jego utworów, poddając wiwisekcji. Dziw bierze, że PAX tak wcześnie nagłaśniał młodzież literacką. Głównym organem tego głosu było „Dziś i Jutro”. To tu gorzała kuźnia talentów, opinii i sądów. Stefan Lichański na początku 1957 roku (nr 7) w artykule „Wiersze Stanisława Grochowiaka” stwierdza – ustosunkowując się do drukowanych w tym piśmie liryków swego rówieśnika: „Świat przeżyć wewnętrznych jest dla Grochowiaka terenem odkrywczych wypraw, krajem, który ma podbić i zbadać świadomość artysty, szersza i bogatsza niż świadomość wyłącznie dyskursywna”. Poetę cechuje daleko posunięty indywidualizm i oryginalność. Dodaje Lichański: „Nie ma w jego wierszach chłodnej „przedmiotowości”, za którą kryje się obojętność moralna lub niedowład uczucia”. Równocześnie poetę cechuje nadmiar wyobraźni, która nakazuje mu patrzeć przede wszystkim na to, co nowe. Krytyk oznajmia zapowiedź wielkiego talentu na przykładzie wierszy drukowanych w tym piśmie przez Grochowiaka (1957, nr 4 i 6): „Chmura”, „My i Bóg”, „Biały płacz”, „Egzekucja”, „ Na rzeczy nasze...”

Nieco inaczej wyraża się o stanowisku – nie zjawisku – młodego twórcy, jako wyrazicielu określonych poglądów na historię literatury i swój stosunek do niej, inny krytyk, też towarzyszący pokoleniu, Józef Szczypka, tym razem w artykule Odważnie o poezji („Dziś i jutro” 1955 nr 16). Dyskontując w nim nowe jakości jakie objawiły się w antologii „Poezja Polski Ludowej”, co do których ustosunkowywał się Grochowiak w swojej recenzji, wypowiedź Szczypki określić można mianem polemicznej. Apeluje w tym miejscu literaturoznawca, aby broniąc się przed „wszędobylskim gettem” należałoby uczynić proste zadośćuczynienie bogactwu pisarstwa religijnego ostatnich 10 lat. Co do Grochowiaka, tak werbalizuje nietrafność jego diagnozy: „Nie przesadzajmy, panie Stanisławie, z tą walką socjalistycznych Don Kichotów z wiatrakami futuryzmu, dadaizmu...” Źle stawiane diagnozy – jak u Grochowiaka – mogą tylko odbezpieczyć nabitą jeszcze broń.

W tym okresie przed inicjacją w wydawnictwie książek Grochowiaka, przeplatały się opinie i oceny, a ferment siali przeważnie – jak się później okazało – krytycy. Do tej pory padły dwa takie nazwiska, Lichańskiego i Szczypki, pojawiło się i trzecie podobne w formacie pisarza, Jerzego Krzysztonia, i to na łamach opiniotwórczego i stale towarzyszącego po wojnie młodym, często szukającego nowego wyrazu „Dziś i Jutro”. Krzysztoń ustosunkowuje się do prozy początkujących twórców, drukowanej w tym piśmie przez Stanisława Grochowiaka, Stanisława Saka i Barbarę Grubner-Eysymontt. Autor Kija w mrowisku napisał opowiadanie o artyście malarzu (nieco wcześniej pismo drukowało podobny w temacie poemat o Vincencie van Goghu) i teraz Krzysztoń poddaje wiwisekcji analitycznej twórczość kolegi. Zarzuca mu przede wszystkim tradycjonalizm i staroświecczyznę, które nie pozwalają widzieć ostrzej rzeczywistości niż na to zasługuje.

Wywodzi Krzysztoń, sumując dłuższy passus o niedostatku nowego utworu(a zarazem i słabości postawy bohatera): „Jeżeli pisarz, poeta czy prozaik, jeśli muzyk, kompozytor czy odtwórca, jeśli malarz, pejzażysta czy portrecista – nie jest tylko i wyłącznie człowiekiem, który współczuje, rozumie, ceni i miłuje ludzi, nie jest jedynie zamkniętym w sobie na wszystkie spusty snobem, wówczas nie wolno mówić, że jest dobrym artystą albo choćby dobrym snobem”. Trudno takiemu człowiekowi o dowartościowanie. Pisze dalej autor późniejszego „Wielbłąda na stepie”: „Tymczasem Grochowiak dowodzi, że jego Tonio jest rozumiejącym swój czas artystą. Tonio maluje obraz o pochodzie Pokoju. Tonio słucha z przyjemnością audycji „o budowie naszych obiektów przemysłowych”, Tonio ma śmiałość przeciwstawić się ojcu broniąc swoich przekonań. I Grochowiak jest z niego dumny.” Taka postawa to nie snobizm, a zniekształcenie moralne. Przeciwko niemu oponuje Krzysztoń.

Dwie dysputy toczyły się w latach tużpowojennych, gdy na głębię wewnętrznej komplikacji nie było jeszcze miejsca, a skrzywienie w postawie patriotycznej poczytywane było nadal za karygodny, fałszywy krok. Rolę literatury pojmowano przede wszystkim służebnie.

Przed konfesjonałem

Stanisław Grochowiak zdążył wyjechać ze stolicy Dolnego Śląska, Wrocławia w ramach tzw. nowego kursu polityki kulturalnej, gdy ukazała się jego pierwsza książka, powieść „Plebania z magnoliami”. Została wydana przez PAX w czerwcu 1956 roku, a gdy znalazła się w druku recenzja Stanisława Kuszewskiego z niej(nr 209 z 1-2 września) w „Gazecie Robotniczej”, dawno minęły wydarzenia październikowe, tak czas płynął nieuchronnie. Powieścią swą otwierał Grochowiak niebogatą tematykę życia duchownego, jaką podjęła Maria Dąbrowska w opowiadaniu „Na wsi wesele”, a poszerzył w swoich powieściach utalentowany, a młody Jan Dobraczyński.

Nowy utwór Grochowiaka na początku mieści krótki szkic o wychowaniu seminaryjnym. Stawia tezy, że człowiek zamknięty w czterech murach ulega w końcu jakiejś odmianie psychozy. Kleryk ma ograniczenia w jedzeniu, niemożność pójścia do kina, raz na rok teatr, w którym grają infantylne jednoaktówki – oto codzienna jego sprawa, aby nie grzeszyć nawet myślami. Ten ogłupiały człowiek, po kilku latach takiego wychowywania jedzie pociągiem uczyć ludzi wiary i mozolności. Zatrzymuje się w Smardzewie, na plebanii z magnoliami, gdzie skupił się zlepek ludzi z różnych stron, repatriantów ze wschodu, zachodu i południa, Kielecczyzny i Wielkopolski. Tu jeszcze społeczność nie ukształtowała się w jeden organizm. Ponad spory i antagonizmy wynikłe z zetknięcia się różnych kultur, wybija się centralny konflikt tego czasu, konflikt między władzą ludową, a bandami, zbrojnym ramieniem upadających klas.

"Plebania z magnoliami" jest miejscem samotności i splendid isolation, miejscem duszpasterstwa księdza Grzegorza, pozornie tylko nie podlegała prawu ciążenia i trudnej nieraz, zaskakująco pogmatwanej rzeczywistości. Współtworzy ja ksiądz Grzegorz wraz z Filipem – organistą i jego żoną w ustalonym raz na zawsze porządku. Wielkie burze omijały dotąd plebanię i jej kapłana. Tego pragnął i to się iściło. Małe życie, małe uczynki, małe pragnienia – życie poświęcone wyłącznie Bogu.

Losy wwiodły księdza Grzegorza w nieoczekiwany splot zdarzeń. U początku jego dziwnej drogi stał przypadek zaginięcia jego ulubionego psa, nocne jego poszukiwania – i nieoczekiwane i dramatyczne w wyrazie odnalezienie ciężko ranionej dziewczyny. Szybko przychodzą na myśl możliwości; telefon do miasteczkowego lekarza, do milicji, poszukiwania winnych wydarzenia, potem szybki powrót poszkodowanej do zdrowia. Bandyci grożą mu, by tego nie czynił. U podstaw całego ciągu okoliczności leżał nieuzasadniony strach.

Stan ten, który przeżywał ks. Grzegorz owego i następnego wieczoru po odnalezieniu Anny – aktywistki partyjnej, osadzał się w nim głęboko. Ksiądz Grzegorz zaczął bać się o siebie. A wydarzenia go przerastały. Bo został wzięty w okrutną grę „dwóch ogni”. Rozumował: „I co im powiem? Że napadli na mnie bandyci, że nie kazali mi się ruszać z plebanii przez dwie doby, bo ukatrupią? Że po prostu bałem się?”

Tak ocenia ks. Grzegorz swoją pozycję u władzy. A ona:
– Oho, księżulku, mamy was. Wiedzieliście, nie zawiadomiliście. Co to znaczy? To znaczy: byliście w zmowie?
Pod wpływem tych przemyśleń ks. Grzegorz nie wezwał lekarza, nie poinformował milicji, mimo to dramatyczny ciąg wydarzeń nie ustąpił. Bezpieczeństwo pojawiło się nagle. Przyszło od ludzi, których dotąd odrzucał. Sam to spostrzegł rozważając.

Dopiero teraz, podczas dni spędzonych w bezustannej gorączce, podczas czuwania przy łóżku chorej, przyszli do niego jego parafianie, ci, których nie polecił w modlitwie. Pozostawił osamotnionych z ich powszednimi, dokuczliwymi wadami, w ich błądzeniu, w ich złości i nienawiści.
Tacy byli jego parafianie: bogacz Skorbic, który wyzyskiwał zebrane o księdzu informacje, zmieniając je w atuty swojej walki z komunistą Widleckim, to był Butlik – znachor oddający się „złym mocom”, a teraz ten, którego radą nie można wzgardzić, to nawet ci najbliżsi, poddani do tej pory jego władzy: organista Filip i Agata – wszyscy stojący w milczącym proteście. Tymczasem, gdy Anna nie odzyskuje przytomności, ksiądz dokonuje szybko obrachunku wewnętrznego. Postanawia poddać się – czy ze strachu?

Poznanie wszystkich razem bohaterów i porównanie ich z własnym cierpieniem pozwala ks. Grzegorzowi na sublimacje doznań, chwytanych własnym sumieniem. Przejrzał. Przejrzał tak surowo i namacalnie, jakie jest życie naprawdę, że teraz lęk przed zdaniem relacji i odpowiedzialnością za swoja postawę wydają mu się nieistotne. Najważniejsza była prawda, otwartość, wiarygodność. Postanowił otworzyć drzwi na plebanii – powietrzem wdarła się nowa, dzisiejsza i nadchodząca rzeczywistość. Postanowił oddać sprawę w ręce władz.

Taki happy end jest w dzisiejszych czasach zaskakujący. Barbara Eysymontt („Kierunki” nr 9 z 15 VII 1956) pisze: „Możemy wierzyć proboszczowi z plebanii Św. Rocha, który powiada do swego zastępcy – księdza Tomika: „Trzeba współpracować z władzami”. Te słowa już mają teraz swoje pierwsze pokrycie. Optymizm ich nie był łatwy – to pewne”. Po lekturze tej książki zaistniało rzeczywiście rozbudzenie sferą duchową zainteresowań Grochowiaka. Pisarz zaciekawił. Stąd kilka innych recenzji, jakie podjęły omówienie jej i podjęły sprawę błędów konstrukcyjnych i ideowych.
Wacław Tkaczuk wymienił kilka potknięć autorskich. Po pierwsze spinająca opowieść rama podróży i wydarzeń podczas niej zaszłych wypadła sztucznie, bo ten sam narrator powiada o sobie per „on”. Po wtóre Ks. Grzegorz prowadzi na plebanii dziennik. To zadziwiająca i mało wiarygodna sprawa. Po trzecie, wypowiada się czasem, jakby znał życie nie tylko z klauzury, z zacisza. Seminaryjne wychowanie nie tłumaczy szerokiej wiedzy ks. Grzegorza.

Takich drobnych zastrzeżeń znalazłoby się więcej. Ale najważniejsza jest sprawa przyjęcia artyzmu i propozycji gatunkowej powieści. Nie ulega dyskusji, że książkę krytyka przyjęła więcej niż życzliwie. Stanisław Kuszewski („Gazeta Robotnicza” 1956, nr 209, 1-2 IX) napisał o „Prozodii” utworu tak: „Książka jest debiutem, tym bardziej więc zadziwia wysoka kultura literacka autora i piękno jej języka. Pewne doświadczenia poetyckie pozwalają mu na głębokie wyczucie wewnętrznego rytmu prozy, na staranne odważanie wartości poszczególnych słów, subtelne zmiany nastroju”.

A Barbara Eysymontt („Słowo Powszechne” 1956 nr 150 z 23-24 VI) w innym miejscu nadmienia: „Opowieść Stanisława Grochowiaka jest debiutem ambitnym: schodzi w głąb spraw bliskich i istotnych, także piękna – przez swój sposób widzenia ludzi przez optymizm odnaleziony u podstaw codziennego ludzkiego szukania”. Tak oto nagle Grochowiak stanął przed krytyką i okazał się mistrzem we wszystkich formach literackich, a ujawnienie tego umożliwił mu PAX z Instytutem Wydawniczym tej instytucji w finale. Pełne sprawdzenie się twórcy w trzeciej formie wypowiedzi – poezji nastąpiło jeszcze tego niezapomnianego roku – 1956.

Stanisław Stanik
Myśl Polska, nr 9-10 (24.02-3.03.2019)

Dzial: