Manewr ucieczki do przodu

ukraina_1.jpg
Czytelnicy Trylogii Henryka Sienkiewicza zapewne pamiętają uwagę pana Wołodyjowskiego, że w cudzoziemskich armiach oficer musi przeczytać wielu autorów, od których nauczy się marszów, kontrmarszów i tak dalej – a u nas po staremu – jak jazda nie wygoli, to ją wygolą.

Pan Wołodyjowski miał oczywiście rację, jak zresztą w wielu innych rzeczach, a w dziedzinie marszów i kontrmarszów też dawał sobie radę, jako że od młodości uprawiał – jak się wtedy mówiło - „proceder z Tatary”. Wśród tych manewrów na szczególną uwagę zasługuje manewr ucieczki do przodu, który w mistrzowski sposób wykonał pan Kmicic ze swoimi Tatary w bitwie pod Prostkami. Jak pamiętamy, pan Kmicic uderzył na Szwedów dowodzonych przez księcia Bogusława. Lekka chorągiew tatarska nie była w stanie przełamać szwedzkich szeregów i kiedy tatarski napór zaczął słabnąć, do akcji wkroczyła szwedzka jazda.

Pan Kmicic podał tyły, ale to był właśnie manewr ucieczki do przodu, bo tuż nad rzeką, która dzieliła obydwa wojska, szeregi tatarskie się rozstąpiły, szwedzka jazda nie mogąc zatrzymać impetu wpadła do rzeki, więc szwedzka artyleria przerwała ostrzał, co wykorzystał hetman Gosiewski i jednym susem bezpiecznie przeprawił husarię na szwedzki brzeg. Od tej chwili nie było już wątpliwości, czyim zwycięstwem bitwa się zakończy – ale jeśli zakończyła się zwycięstwem polskim – to waśnie dzięki manewrowi ucieczki do przodu, mistrzowsko wykonanemu przez pana Kmicica.

Nic więc dziwnego, że tak skuteczny manewr bywa wykorzystywany nie tylko na wojnie, ale i w dyplomacji, a także – w polityce wewnętrznej. Jak pamiętamy, w pierwszej połowie lat 80-tych polityczny porządek jałtański podlegał przyspieszonej erozji. Skłoniła ona Michała Gorbaczowa – bo rządzący przed nim Związkiem Sowieckim starcy w rodzaju Andropowa, czy Czernienki nie byli zdolni do podjęcia takiej śmiałej decyzji – do wykonania manewru ucieczki do przodu. Na spotkaniu z prezydentem Ronaldem Reaganem w marcu 1985 roku w Genewie, zaproponował swemu rozmówcy podpisanie traktatu rozbrojeniowego. Stwarzało do wrażenie ucieczki przed amerykańską potęgą, ale celem Gorbaczowa było namówienie w ten sposób prezydenta Reagana do wspólnego ustanowienia nowego porządku politycznego w Europie, który zastąpiłby rozsypujący się porządek jałtański. Jeśli Amerykanie podejmą ofertę, no to świetnie, bo tego nowego porządku nie trzeba będzie przed nikim bronić, bo nikt nie będzie go atakował, więc zaoszczędzi się mnóstwo energii, którą można będzie skierować na inne cele.

Amerykanie ofertę podjęli i w ten oto sposób w listopadzie 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, które miało gwarantować nowy polityczny porządek nazwany „lizbońskim”. Jego najważniejszym elementem był podział Europy na strefę wpływów niemieckich i strefę wpływów rosyjskich, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet 100 lat, ale w roku 2013 prezydent Obama zapalił zielone światło dla przewrotu politycznego na Ukrainie, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie tego kraju z rosyjskiej strefy wpływów. Polityczny porządek lizboński został wysadzony w powietrze, wskutek czego zamiast porządku, mamy w Polsce polityczną wojnę, w której Niemcy walczą ze Stanami Zjednoczonymi o wpływy w naszym bantustanie za pośrednictwem Stronnictwa Pruskiego i Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego.

Z podobnym manewrem wystąpił w dniach ostatnich ukraiński prezydent Piotr Poroszenko. Za kilka miesięcy bowiem mają się tam odbyć wybory prezydenckie, a notowania pięknej Julii Tymoszenko, która chyba już całkowicie wyzdrowiała, a nawet nabrała nadzwyczajnego wigoru, są znacznie lepsze od notowań prezydenta Poroszenki. Najwyraźniej zorientował się, że nie ma większych szans na zwycięstwo, więc zastosował manewr ucieczki do przodu. Wysłał grupę okrętów z Odessy do Mariupola nad Morzem Azowskim.

Ten Mariupol należy do Ukrainy, ale żeby tam dopłynąć, okręty muszą przejść przez cieśninę Kerczeńską. Leży ona między Krymem, który Rosja w ramach rozbioru Ukrainy zaanektowała, a Półwyspem Kerczeńskim, który zawsze należał do Rosji. Wody tej cieśniny Rosjanie uważają w związku z tym za swoje wody terytorialne, o czym prezydent Poroszenko doskonale wiedział. Zatem kierując ukraińskie okręty właśnie tam, był prawie pewien, że Rosjanie otworzą ogień – i tak właśnie się stało. Jestem pewien, że właśnie o to mu chodziło, że to był jego manewr ucieczki do przodu, bo natychmiast ogłosił na Ukrainie stan wojenny.

Dzięki temu ma nadzieję po pierwsze – na umiędzynarodowienie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, no a przede wszystkim – na poprawę własnej reputacji, do czego na pewno przyczyni się ograniczenie swobód obywatelskich, prawa do pokojowych demonstracji i tak dalej. Teraz można będzie demonstrować tylko z poparciem dla prezydenta, który dzięki temu manewrowi nabrał nadziei na wygranie wiosennych wyborów.

Stanisław Michalkiewicz
Komentarz dla Radia Maryja