Rozmowy małżeńskie Wielomski 23: 100 lat Niepodległości

wielomscy 1_13.jpg
Adam Wielomski: „Bydzie Polska, bydzie” powtarzał jednej z bohaterów „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Stulecie naszej niepodległości to dobra okazja do oceny II, III i IV RP.

Szczególnie zafałszowana i zmitologizowana jest w świadomości społecznej Rzeczpospolita przedwojenna, o której mało kto już pamięta, że była krajem przeraźliwie biednym i zacofanym, z archaiczną strukturą społeczną i rolną, a także w bezsensownych granicach. II RP była hybrydą nowoczesnego państwa narodowego z jagiellońskim państwem multi-kulti. Niby było to państwo narodowe, ale prawie 1/3 jego obywateli tworzyły mniejszości narodowe, po części antypolskie (Niemcy, Ukraińcy, Żydzi), a po części wobec niego absolutnie obojętne (Białorusini). Co gorsze, Polska ówczesna nie mogła mieć racjonalnych granic, ponieważ żywioł etnicznie polski zamieszkiwał zwarte tereny wyłącznie w Polsce zachodniej i centralnej, gdy we wschodniej był przemieszany z mniejszościami. Struktura etniczna wschodniej Polski przypominała szachownicę. I albo my musieliśmy mieć kilka milionów mniejszości, albo – aby mieć państwo autentycznie narodowe – kilka milionów Polaków musiałoby mieszkać w Związku Radzieckim. Skutkiem tego rozrzucenia były także wyjątkowo niefortunne granice, z dalekimi „wypustkami”, aby objąć Wileńszczyznę i wschodnią Galicję, a także Pomorze Gdańskie, zamieszkałe przez Polaków.

Mieliśmy więc linię graniczną nieproporcjonalnie długą w stosunku do powierzchni państwa, zapewne mając tu najgorszy współczynnik w Europie. Czyniło to państwo wyjątkowo niefortunnym do obrony. Względy militarne mówiły, że należy skrócić front, poświęcając „wypustki”. Względy patriotyczne oczywiście to uniemożliwiały. Tak spektakularna klęska IX 1939 roku w wojnie z Niemcami to skutek obrony „wypustki” Pomorza Gdańskiego. Powojenne przesiedlenia ludności były klęską osobistą tych ludzi, ale stworzyły państwo na planie kwadratu i jednolite narodowo. I było ono takim, aż do rządów PiS-u, który wpuścił kilka milionów Ukraińców, a teraz przywiezie nam Filipińczyków i Hindusów, co zapowiada repetę z problemów narodowościowych II RP.

Magdalena Ziętek-Wielomska: Wskazałeś na różne obiektywne problemy, z którymi Polska weszła w nowy okres swojej historii. Inną kwestią jest czynnik polityczny, który był równie niekorzystny dla Polski. Wbrew neosanacyjnej propagandzie, niepodległość Polska przede wszystkim zawdzięczała Amerykanom, którzy dążyli do zniszczenia autokratycznych rządów w obydwu państwach niemieckich, które miały zostać zastąpione przez demokracje. W tym celu konieczne było okrojenie terytoriów obydwu państw, by nie mogły one łatwo się odrodzić w minionej formie. Na straży nowego „ordnungu” w Europie miała stać Liga Narodów, która szybko stała się zwykłą polityczną wydmuszką. Polska miała prawo cieszyć się niepodległością tak długo jak świat anglosaski był tym realnie zainteresowany. Oczywiście, dla naszego rozwoju narodowego było to lepsze rozwiązanie niż gdyby w 1918 r. wszystko zostało „po staremu”: mimo wszystkich słabości tego państwa, jak również jego rychłego końca, stało się ono jednak kamieniem milowym w kształtowaniu się narodowej tożsamości Polaków. Jego najsilniejszą stroną było – na tym polega przewrotność historii – to, że dysponowaliśmy elitami, które swoje wykształcenie i doświadczenie zawodowe zdobywały w państwach zaborczych, a więc w niczym nie odstawały od elit europejskich.

W wielu dziedzinach wykonały też olbrzymią pracę, wystarczy choćby wspomnieć o scalaniu systemu prawnego – w 1918 r. na ziemiach polskich obowiązywało kilka systemów prawnych. Wynik tych prac był imponujący. Wspomnijmy o Kodeksie zobowiązań, który uznawany był za jeden z najlepszych na całym świecie. Niestety 100 lat później sytuacja Polski wydaje się być dużo gorsza: czasem jest bowiem lepiej wiedzieć, że się nie posiada prawdziwej suwerenności, niż żyć iluzją, iż się ja posiada.

Myśl Polska, nr 47-48 (18-25.11.2018)