Bardzo rozsądna postawa Rosji

valdai_1.jpg
Władimir Putin myśli w kategoriach realistycznej teorii stosunków międzynarodowych. Neguje się w niej charakterystyczną dla teorii liberalnej i dla neokonserwatyzmu zależność polityki zagranicznej od wewnętrznego ustroju i ideologii państwa. Kreml uznał zatem aferę Dżamala Chaszoggiego za wewnętrzny problem Arabii i się do niej nie miesza. Prezentuje się w ten sposób na arenie międzynarodowej jako państwo poważne, wiarygodne i odpowiedzialne.

A większość świata nie żyje wbrew pozorom w postmodernistycznym „kryształowym pałacu” demokracji liberalnej i tzw. „praw człowieka” przenikających na podobieństwo jakiejś pneumy granice państw i mających strukturyzować rzeczywistość. Dla Azjatów i Afrykanów to wciąż państwo jest jedynym prawowitym regulatorem i pełnoprawnym uczestnikiem polityki międzynarodowej, nie zaś ideologia, dziennikarska międzynarodówka ani transnarodowe NGO'sy.

Moskwa wyciągnęła wnioski z ograniczeń stwarzanych dla jej polityki przez ideologię w latach istnienia Związku Radzieckiego. Najbardziej brzemienne w skutki stało się to w Afganistanie, gdzie Związek Radziecki nie potrafił zaprząc na swoją stronę faktorów etnicznych, religijnych, regionalnych, będąc zakładnikiem własnego marksistowsko-leninowskiego doktrynerstwa. Przeciwnicy byli bardziej elastyczni i dlatego wygrali.

Również relacje radziecko-saudyjskie zostały obciążone brzemieniem zideologizowania: Moskwa była pierwszym państwem świata, które uznało władzę Abdulaziza Ibn Sauda w 1926 r. Później obydwa państwa współpracowały owocnie na konferencji ogólnoislamskiej w czerwcu tego samego roku. Wydawało się, że radziecki komunizm i saudyjski islam staną wspólnie na czele bliskowschodniego ruchu antykolonialnego przeciwko Brytyjczykom. Obydwa państwa zacieśniły więzy gospodarcze, a ówczesny następca tronu Arabii książę Faisal nawet odwiedził Moskwę w 1932 r.

Potencjał zmarnowany został przez nazbyt asekuracyjną politykę zarówno króla Abdulaziza, jak i Stalina, którzy na równi bali się nazbyt irytować Londyn. Sytuacja trochę podobna jak ze stosunkami radziecko-tureckimi – też u zarania bardzo obiecującymi i wręcz serdecznymi, w latach trzydziestych ulegającymi już jednak gwałtownej degradacji.

W każdym razie, obecnie Moskwa zachowuje się bardziej pragmatycznie. Salman odwiedził na początku października na zaproszenie Putina Moskwę i nie jest to dziwne, bo Arabia to w końcu, obok Turcji, główne państwo typowane przez Chiny na partnera Inicjatywy Pasa i Szlaku w zachodniej Azji.

Nam umożliwia to prognozę określonego kształtu stosunków polsko-rosyjskich: Kreml może mniej lub bardziej skutecznie naciskać w sprawie radzieckich pomników, gazu ziemnego, amerykańskiej broni w Polsce, ale nie będzie się interesował kształtem Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, prawami LGBT, ambasada rosyjska nie będzie wywieszała tęczowej flagi etc. Nie dlatego że Moskwa jest taka konserwatywna i popiera chrześcijańskie wartości, bo taka nie jest. Gołym okiem widać, że putinowski konserwatyzm to propagandowa wydmuszka. Rosja nie będzie się w te wszystkie sprawy mieszać, bo po prostu jej one nie interesują. Znajdują się poza horyzontem myślenia realistycznego, dominującego w rosyjskiej elicie.

A dynastia Saudów powinna oczywiście zostać odsunięta od władzy – tak jak kemaliści w Turcji. Bo tak jak kemaliści w Turcji, Saudowie sprzedali islamski kraj jankeskim liberałom. Ale tak jak kemalistów w Turcji odsunęły rodzime siły islamskie, tak kwestię saudyjską w Arabii powinni rozwiązać sami muzułmanie. Jeśli rozmontowania reżymu saudyjskiego miałyby dokonać USA i kierowana przez nie demoliberalna międzynarodówka, to przyniosłoby to na pewno więcej złego niż dobrego. Zamiast jakiegoś arabskiego „Erdogana”, mielibyśmy jakiegoś arabskiego „Gulena”.

Tak więc również z punktu widzenia tożsamościowego to dobrze, że Rosja nie przyłączyła się do presji Waszyngtonu na Rijad.

Ronald Lasecki

Dzial: