Sojusznicy słowa

irzyk 3.jpg
Przewędrowałem trasę Nowego Światu w Warszawie wraz ze Zbigniewem Irzykiem, ale to nie to, co Trakt Królewski, który przebywał Irzyk wraz z przyjaciółmi – poetami ze „Współczesności”. Od ogólnego napomknięcia o swoich znajomościach z nimi zaczyna książkę „Bywało zabawnie”. Miałem to wyjątkowe szczęście, że dzięki towarzyskiemu usposobieniu i wieloletniej pracy redaktorskiej poznałem wielu tych wspaniałych twórców.

Potem – po spacerach i wędrówkach Królewskim Traktem – nastąpiły spotkania z konieczności mniej słynne – z literatami i dziennikarzami kręgu PAX-owskiego, na który to okres przypadły i miłe reuniony ze mną koło dzisiejszego gmachu PKO. Ale to dalsza historia. Irzyk wtedy pracował w „Kierunkach”, w których i ja na krótko zatrzymałem się. Przyjaźniliśmy się też po moim odejściu z pisma.

Książka Zbigniewa Irzyka dotyczy nurtu narodowego w twórczości pisarzy powojennych. Związany on był szczególnie z pokoleniem „Współczesności” (nazwę na nie ukuł Jan Błoński, autor „Zmiany warty”). Świadkiem zaczątków tego pokolenia, które takim samym mianem określało pismo, był wstępujący w szranki literackie właśnie Irzyk (rocznik 1933), z pochodzenia Kresowiec. Tak napisał we wstępnym szkicu tej książki: „Pamiętam, jak się to wszystko rodziło – grupa „Współczesności była początkowo nieliczna. Wszelako miała PISMO, a to znaczyło wiele. Ci wszyscy, którzy nie mieścili się – z racji swojej młodości lub braku konkretnych koneksji towarzyskich – w zasięgu redakcji „Nowej Kultury” czy „Przeglądu Kulturalnego”, przychodzili właśnie na Ludną, następnie Wspólną, później na Kopernika, Nowy Świat 69, a wreszcie ulicę Wilczą róg Poznańskiej”. Dwutygodnik „Współczesność” zaczął ukazywać się jesienią 1956 roku, na krótko przed węgierskimi wydarzeniami.

Przełamywano wtedy wzorce socrealistyczne, jednak pozwalano sobie na pewien konformizm, wynikający z dążeń nowego, powojennego „ruchu”. Istniała swoboda co do wyboru formy wypowiedzi, podobnie istniał większy luz w formułowaniu swoich poglądów. Irzyk napisał: „To tu, tylko w pierwszych latach wychodzenia „Współczesności”, drukowali wiersze, opowiadania, fragmenty sztuk, eseje, pamflety, przekłady wszyscy prawie najznakomitsi przedstawiciele tej generacji. W zasadzie każdy publikował to, czym się aktualnie zajmował, co go pasjonowało, o czym myślał, co wiedział”.

O programie całej generacji jest mowa przy okazji omawiania wystąpień Stanisława Grochowiaka, czy jemu podobnych: Bolka, Brychta, czy Doleckiego, ale faktem pozostanie, że Irzyk odżegnał się od oportunizmu i skrajnego serwilizmu. Przy okazji omawiania postaci Jerzego Łojka, znakomitego historyka, napisał: „Fascynowało go ciągłe przeplatanie się w naszych dziejach bohaterstwa i serwilizmu, patriotyzmu i oportunizmu, i pod tym niejako kątem sprawdzał naszą przeszłość, konfrontował z ówczesną rzeczywistością działania bohaterów narodowych”.

Wspominałem, że autor wywodził się z Kresów. Ale, spacerując z nim wielokrotnie i rozmawiając przy kieliszku drinka nigdy o tym nie napomknął. Sam dziwiłem się temu, kiedy dowiedziałem się prawdy, ale była w tym pewna zasada. Wspomina o niej Zbyszek przy okazji omawiania sylwetki Erny Rosenstein: „Rozmowy z nią o sztuce były, dla mnie, laika w tej dziedzinie, niezwykłe, ciekawe i pożyteczne. Nie wiedziałem wtedy, że jest rodowitą lwowianką. Nikt z Zabużan w tamtych czasach nie mówił o tym publicznie”. Zdziwienie logiką Zbyszka było tym większe, że jego dziad był wicewojewodą.

„Kiedyś znowu natknęliśmy się niespodziewanie na siebie w Białymstoku w hotelu przy ulicy Lipowej (…) Tak się złożyło, że w tym samym czasie odbywał się tu festiwal filmów Hłaski. Jego honorowymi gośćmi byli matka pisarza i właśnie jego przyjaciel, Himilsbach. Traf chciał, że zamieszkaliśmy w tym samym hotelu, nic o sobie nie wiedząc. I oto nazajutrz po naszym przyjeździe, w trakcie uroczystego obiadu, w którym uczestniczyli: Michał Rusinek, Wojciech Żukrowski, Aleksander Rymkiewicz, Wojciech Natanson z synem Jackiem, Zdzisław Łączkowski, Zygmunt Lichniak, Józef Szczawiński, Józef Szczypka, Tadeusz Sołtan i Alicja Patey-Grabowska, na środku biesiadnej sali pojawił się nagle Jan”.

Po przedstawieniu delegacji PAX-u Irzyk nie omieszkał przedstawić istoty propozycji Himilsbacha: żeby z nim wypić wódkę, bo ma jej całą skrzynkę. Irzyk nie skorzystał z zaproszenia, ale co się stało z wódką, nie wiadomo. W innej sytuacji, przy innej sylwetce po nocnym pobycie w lokalu Irzyk zapomina, że pojawił się z krawatem, ale bez koszuli.

irzyk new.jpg

Pełna anegdot jest ta książka, ale anegdoty są najczęściej przeplatane partiami poważnymi, ze spostrzeżeniami, które bez poczucia humoru trudno byłoby przełknąć. A literatura pod piórem Zbigniewa Irzyka urasta do rangi sprawy narodowej, zgodnie z tym, za jaką uchodziła w latach PRL. Książka ta, harmonijnie zbudowana, składa się z części wstępnej, charakteryzującej ogólnie pokolenie „Współczesności” oraz z dwóch części składowych – „W kręgu przyjaciół„ i „Pamięci olbrzymów”. Pierwsza część składowa – pomijając preludia – obejmuje przegląd pisarzy rówieśnych Irzykowi, pracujących w tych samych zespołach i w podobnych warunkach, druga część odnosi się do pisarzy starszych, zasługujących już na miano klasyków. Bardziej rozbudowana jest część druga, ale barwniejsza i nasycona w większym stopniu anegdotami jest ta pierwsza.

Przyciągają uwagę w tej książce portrety zbiorowe. Jeden z ciekawszych obejmuje pomieszkiwanie w dziecięcych latach w domu przy ulicy Żurawiej 26 w Warszawie, pierwsze lektury i spotkania z późniejszymi znanymi autorami. Szkic ten nasycony jest aurą osobistego stosunku do rodziny, otoczenia, znajomych – i tym się właśnie różni od klimatu późniejszych szkiców, traktowanych bardziej szmoncesowo niż lirycznie. Wypreparowany często później z osobistych akcentów tok opowieści tu odnajduje osobowość i indywidualność autora, tak bardzo potrzebną, aby tekst nie tylko zrozumieć, ale i przeżyć.

W szkicach „imiennych” aż skrzy się od znakomitości, które kiedyś, jako gwiazdy, jaśniały pierwszą wielkością. Retrospekcje znanych nazwisk zaczyna Irzyk od Mariana Ośniałowskiego, którego zwie polskim Prévostem, odmalowuje jego barwną osobowość, dziwiąc się właściwie sobie samemu, że zamknęła się tak tragicznie – śmiercią samobójczą. Poświęca krytyk uwagę też wcześnie zmarłemu Andrzejowi Bursie, którego spotkał na obozie szkoleniowym PAX-u w Halinie. Niemal rówieśni byli mu znani krytycy tego pokolenia, początków „Współczesności”: Ryszard Zengel, rezolutny, utalentowany krytyk z Lublina Zdzisław Jastrzębski, badacz twórczości „Kolumbów”.

Przywódcą pokolenia „Współczesności” po Leszku Szymańskim był Stanisław Grochowiak, redaktor pisma pod tym tytułem, ożywiciel środowiska literackiego, wybitny pisarz. Z jego biografii można by ułożyć niejedną anegdotę, a i tak krytyk oszczędza przywódcę swego pokolenia, zasłaniając się niepamięcią co do ciągów wódczanych. Mimo słabości ducha wszyscy przyznawali, że jest przewodnikiem całej czeredy młodych poetów. Jego poetyka była pełna udanej ornamentyki i przepychu. Jedynie można było mu zarzucić stosowaną pochwałę brzydoty. Julian Przyboś nazwał to z łacińska turpizmem i tak zostało. Miał Grochowiak wielkie zasługi jako organizator, wydawca, poeta, dramaturg, powieściopisarz, uczestnik bohemy towarzyskiej. Zbigniew Irzyk napisał o nim m. in.: „W tamtych latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Grochowiak był już osobą powszechnie znaną, cenioną, rozpoznawalną. Dzisiaj zapewne mówiono by i pisano o nim w tabloidach jak o jakimś celebrycie. Samo przebywanie w jego towarzystwie dodawało każdemu splendoru, nobilitowało”.

Kiedy spacerowałem Nowym Światem ze Zbyszkiem Irzykiem, zdarzało się, że przerywał spotkanie i mówił, że śpieszy się do jakiegoś znajomego. W owym czasie przeważnie tym znajomym był znakomity historyk, penetrator „zakazanych ksiąg”, Jerzy Łojek. Nie przebywałem w towarzystwie tego naukowca, lecz wiem, że Zbyszek był nim urzeczony. Czuł więcej jako Kresowiak niż ja, gdy spod prasy wyciągano książkę kolegi o Katyniu, czy o inwazji Sowietów na Polskę 17 września 1939 roku. Budziło podziw podjęcie przez niego tematów o upadku Konstytucji 3 Maja czy Powstania Listopadowego. Całe dojrzałe życie (od 1946 roku) to był jeden wielki wspaniały okres przyjaźni obu. „Jerzy Łojek zostawił po sobie – sumuje Irzyk – dorobek imponująco bogaty, obejmujący syntezy historyczne, monografie, biografie literackie, eseje, artykuły, sztuki, scenariusze filmowe i telewizyjne”.

Osobiście, tak jak Irzyk, poznałem sympatycznego autora pierwszej książki monograficznej o Papieżu Janie Pawle II, stałego pracownika PAX-u, najpierw prasy tego Stowarzyszenia, potem jego Instytutu Wydawniczego, Józefa Szczypkę. Zbyszek znał go dłużej i dogłębniej. O początku znajomości wspomina: „już jako redakcyjni koledzy znaleźliśmy się pod wspólnym dachem jak w znanym wierszu Fredry o Pawle i Gawle”. Przyjaźń obydwu rozwijała się, o czym Irzyk nie omieszkał napisać: „Pod koniec lat siedemdziesiątych Szczypka objął stanowisko zastępcy redaktora naczelnego i kierownika redakcji literackiej w Instytucie Wydawniczym PAX (…) Obaj ze Szczypką bardzo lubiliśmy wspólne wyjazdy z Klubem Literackim „Krąg”, różne sesje kulturalne organizowane przez PAX w Cieszynie, Lublinie, Poznaniu, Bielsku-Białej, Gorzowie Wielkopolskim, Katowicach, Białymstoku”. Dłużej można by przytaczać tok wspomnień Irzyka.

Znał Irzyk dobrze „naturszczyka” Jana Himilsbacha i często przebywał w jego towarzystwie. Jeśli uzasadnić tytuł książki Zbyszka „Bywało zabawnie”, to niewątpliwie może mu patronować osoba i osobowość Himilsbacha. Dowcip gonił dowcip, anegdota zastępowała anegdotę, humor zachodził na humor. Ta malownicza postać bon vivanta wystarczy za barwność wszystkich rozdziałów. Innego typu indywidualność przedstawiał „zawadiaka” i trochę awanturnik, ten od „Raportu z Monachium”, Andrzej Brycht. Nie tylko Zbyszek żałuje, że pamięć o nim zgasła. Tego drugiego tak barwnie charakteryzuje: „Jeszcze długo potem w rogu mrocznego pokoju numer 413, na drewnianym wieszaku, tkwił jego zielony, fikuśny tyrolski kapelusik z piórkiem, o który po burzliwym rozstaniu z „Kierunkami, po pobiciu Ślaskiego, Andrzej nigdy się nie upomniał, a mnie stale przypominał tego dryblasa wagi ciężkiej w okularach, z trądzikiem na pyzatej uśmiechniętej twarzy”. Tak miała się scena pożegnalna Brychta z PAX-em.

Podziwiał Irzyk przez wiele lat Ankę Kowalską, czyli jak ja zwał – Esmeraldę, przypominająca z wyglądu Lollobrigidę. Pracował z nią w „Kierunkach” za czasów naczelnego redaktorstwa Mikołaja Rostworowskiego. Irzyk opuścił „Współczesność” i w nowej redakcji został przyjęty na miejsce Andrzeja Brychta. Później Irzyk znalazł się pod kuratelą Anki w Instytucie wydawniczym PAX. Współpraca z nią była ze wszech miar ciekawa. Z uwagą śledził jej sukcesy literackie – powstanie powieści Pestka i debiutanckiego zbioru wierszy Credo najmniejsze, później jej poczynania w KOR-ze.

Znałem i ja z widzenia Ankę Kowalską, znałem i Wojciecha Siemiona, który stał się bohaterem następnego portretu w książce Irzyka. Ten przenikliwy krytyk spotykał się z aktorem wielokrotnie i nie dziw temu, bo ten i mnie zapraszał do Petrykoz, a w auli Domu Literatury w Warszawie patrzyłem jak urzeczony na jego deklamację Wielkich Romantyków. Pięknie kończy swoje opisy spotkań z artystą, który już trafił „do Krainy Duchów, gdzie pewnie teraz otaczają go różne świątki, a anieli wyśpiewują mu rozmaite ludowe przyśpiewki i kolędy”.

Piękna opowieść, właściwie baśń. Za legendę tej opowieści wystarczyłyby historie z życia rówieśników Zbyszka, redaktorów, współpracowników. Może niekoniecznie należałoby opowiadać całe ich życie, dzień za dniem, ale jakieś pogmatwane relacje świadczyć mogłyby same za siebie. I świadczą. Prawdziwego smaku nadaje jednak dopiero legendom z życia wielkich klasyków, których autor poznawał zza biurka. Zwracając się z prośbą o udzielenie wywiadu, goszcząc przypadkowo na różnego rodzaju spotkaniach, czy uczestnicząc w zebraniach „Kręgu” w Klubie Pietrzaka. Nie sposób streścić wszystkich uwag, spostrzeżeń, wiadomości, jakie od nich wydobył. Ale summa summarum godzi się coś o klasykach w relacji Irzykowej wspomnieć. Spacerując Nowym Światem, a nawet Mokotowską, gdzie mieściła się redakcja „Kierunków” opowiadał mi to i owo, tak, że rozdział książki traktujący o klasykach, mnie nie dziwi. Zaskakuje tylko liczba i dobór nazwisk, naprawdę znakomitych, świadczących o randze kultury w Stowarzyszeniu PAX.

Opowiadał mi jak przeprowadzał swój pierwszy wywiad ze Stanisławem Rembekiem, autorem „Ballady o wzgardliwym wisielcu”. Zwykle spał, a za niego wszystko relacjonowała żona, tak samo wykonywała korektę. Mówił kiedy indziej Irzyk, jak udał się w gościnę z Janem Zbigniewem Słojewskim, Hamiltonem, z wizytą do dworku Jerzego Szaniawskiego w Zegrzynku. Ten milkliwy pisarz tylko przypadkiem udzielił wywiadu, spostrzegając, że dziennikarze poznają na portretach ściennych aktorów. Nie dane mi było zetknąć się z Jerzym Szaniawskim, aczkolwiek znaczną część dorobku mu poświęciłem. Widywałem za to i gościłem w domu Żukrowskiego przy ulicy Karowej, podobnie jak uczestniczyłem w zebraniach „Kręgu”, na których bywał Jan Dobraczyński.

Obracaliśmy się ze Zbyszkiem w tym samym gronie literatów, z tym, ze on ich znał bardziej, bliżej i w większej liczbie. Dłużej od Irzyka może tylko znałem ze znakomitości ks. Jana Twardowskiego. A kogo jeszcze portretuje Zbyszek Irzyk? Na kartach książki przewijają się dziesiątki nazwisk, wszystkie znakomitości pokolenia „Współczesności”, a osobne miejsce poświęca Zofii Kossak, Stanisławowi Cat-Mackiewiczowi, Jerzemu Zawieyskiemu, Eustachemu Czekalskiemu, Melchiorowi Wańkowiczowi, Kazimierzowi Wyce, Aleksandrowi Rymkiewiczowi, Teodorowi Parnickiemu, Arturowi Sandauerowi. Wszyscy w jakiś sposób byli związani z PAX-em. A jeśli dodać, że Zbyszek był obserwatorem. znakomitym, można uznać, że w swej książce przedstawia cały areopag literatury powojennej, do czasu nie tak dawnej śmierci krytyka. Kreśli portrety malowniczo, zdecydowaną kreską, z aurą tajemniczości i z poczuciem humoru. Wielka to panorama literatury współczesnej, która już współczesną być przestaje, a przechodzi do legendy.
Książka Zbigniewa Irzyka „Bywało zabawnie” – tak się złożyło – jest książką życia krytyka.

Stanisław Stanik
Zbigniew Irzyk, „Bywało zabawnie”, Białystok 2014, ss. 224
Myśl Polska, nr 41-42 (7-14.10.2018)

Dzial: