O głupocie polskiej polityki

sanocki_0.jpg
Cały piątek i sobotę wysłuchuję w polskiej telewizji relacji ze spotkania naszego premiera z kanclerzycą Niemiec. I najważniejszą kwestią, jaka została poruszona w rozmowach tych polityków nie jest nawet ustawa o IPN, odszkodowania wojenne czy prawa polskiej mniejszości w Niemczech.

Nie – bynajmniej. Najważniejszą kwestią, która różni nas z Niemcami jest sprawa budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream. Tu nasz premier zadeklarował, iż mamy inne zdanie i bardzo byśmy nie życzyli sobie żeby Nord Stream na dnie Bałtyku powstał i żeby ruscy mogli dostarczać gaz do Niemiec z pominięciem nas i Ukrainy. Nie, nie i nie!

Zaraz za premierem całe tabuny komentatorów w polskiej telewizji, polityków wszelkich barw raczy nas uświadamiać na ten sam temat tłumacząc, jakim zagrożeniem dla Polski jest to, że Nord Stream będzie sobie leżał pod wodą, a nie na terytorium Ukrainy i Polski.

Po takim zgodnym chórze głosów od polityków od PiS, przez Platformę do partii z kropką zaczynam się zastanawiać czy ja jestem normalny, a świat zwariował czy na odwrót. Bo niech ktoś na chwilę uwolni się do tego zgodnego gdakania o szkodliwości politycznej rurociągu dla Polski, który omijając niepewne terytoria będzie tłoczył gaz do Europy i postawi proste pytanie: na czym ta szkodliwość ma polegać? Że nas omija? A mało to szlaków nas omija?

Jest wg mnie dokładnie odwrotnie. Gazociąg Nord Stream, który leży na dnie Bałtyku stabilizuje polityczną sytuację w regionie. Gdyby był położony na naszym terytorium stanowiłby źródło ciągłych napięć z Rosją. A to o wysokość opłat, a to o bezpieczeństwo przesyłu. Rosjanie chcąc mieć pewność, że nie zablokujemy im przesyłu gazu musieliby mieć przygotowany wariant militarnego ataku na Polskę w celu zabezpieczenia swoich interesów.

Tymczasem, kiedy rurociąg leży w Bałtyku nie muszą się martwić, a potencjalne źródło konfliktów zostaje usunięte. Tak więc położenie Nord Streamu na dnie Bałtyku jest oznaką tego, że Rosjanie nie są zainteresowani naszym terytorium, a więc politycznie jest dla nas korzystne.

Nie jest – ma się rozumieć – korzystne gospodarczo, bo nie będziemy kasować opłat za przesył, ale to całkiem inna sprawa i nie ma nic wspólnego z tym, co polscy politycy opowiadają w tej sprawie od lat własnemu społeczeństwu.

Natomiast bez wątpienia Nord Stream bije w interesy Ukrainy, bo pozwala ją odciąć od rosyjskiego gazu, ale czy obrona Ukrainy, na której politycznie zwyciężył post-banderyzm ma być naszym celem? Czy tak ma wyglądać polska polityka, że realizuje interesy innych, a własnemu społeczeństwu opowiada bajki?

Oczywiście to nie sama Ukraina skłoniła nas do takiej postawy, ale jej światowy protektor, jakim są Stany Zjednoczone. USA prowadząc od kilku lat agresywną politykę osłabiania Rosji rozgrywają Ukrainę na globalnej szachownicy jako siłę antyrosyjską. Ukraiński banderyzm pomaga im nastawić ukraińskie społeczeństwo antyrosyjsko stąd wsparcie, jakiego kolejnym “pomarańczowym rewolucjom” udzielili bracia Jankesi. No a my jako sojusznicy nie mamy wyjścia – też musimy śpiewać w tym chórze.

W sprawie gazu zresztą nie szło tylko o politykę. Rosjanie skarżyli się, że Ukraińcy – z rurociągów, które biegną przez ich terytorium, podbierają sobie gaz, za który potem nie płacą. Jak gaz popłynie Nord Streamem skończą im się te możliwości. Sprawa Nord Streamu jest dla Polski z góry przegrana – bo w odróżnieniu od nas – Niemcy czy Francuzi kierują się własnymi interesami, myślą racjonalnie i nie działają na rozkaz Wielkiego Brata. My – odwrotnie.

Na tle tej wymóżdżającej propagandy jedyną pocieszającą informacją jest ta o krowie, która uciekła z rzeźni i schroniła się na jednej z wysp nyskiego jeziora. Patrzcie – nawet krowa symbol ociężałości i bezwolności – zdobyła się na bunt i ucieczkę spod noża. Na pewno dlatego, że nie oglądała telewizji. Gdyby to robiła to horda gadaczy wytłumaczyłaby jej co jest dla niej dobre: “Do rzeźni krowo! Do rzeźni! To sojusznicza rzeźnia”!

Janusz Sanocki
Autor jest posłem na Sejm RP