Wojna w Syrii - nowa odsłona

buk.jpg
Jak przewidywałem w swych analizach dotyczących wojny w Syrii, rozbicie tzw. Państwa Islamskiego jako struktury quasi państwowej i jego klęska militarna, wcale nie oznacza początku końca konfliktu. Kampania roku 2017 przyniosła sukces rządowi w Damaszku wspieranemu przez koalicję Iranu i Rosji.

Wielcy gracze drugiego planu stawiający sobie za usunięcie prezydenta Asada i przejęcia władzy przez lojalne im marionetki, na czele z USA, Izraelem i Arabią Saudyjską nie składają broni. Wprost przeciwnie, w lutym 2018 spadły maski i doszło do spektakularnych uderzeń na Syrię i jej sojuszników ze strony Izraela i USA.

Bitwa lotnictwa Izraela z syryjską obroną przeciwlotniczą

10 lutego br. doszło do największego starcia pomiędzy Syrią i Izraelem od czasów Wojny Libańskiej w czerwcu 1982. W intensywnym kilkugodzinnym starciu po raz pierwszy od 2006 roku, czyli tzw. drugiej wojny z Libanem, Israel Defense Forces straciły zestrzelony samolot. Po kilku dniach z chaosu informacyjnego wyłonił się obraz tej bitwy.

Według danych Izraela około 4.00 rano 10 lutego, z zachodniej części Syrii, od strony granicy z Jordanią, w izraelską przestrzeń powietrzną wleciał bezpilotowy aparat latający (BSL) produkcji Iranu typu „Saeghe”. To niezwykły dron, o obniżonej wykrywalności dla radarów, będący kopią amerykańskiego drona Lockheed Martin RQ-170 „Sentinel”. Skąd w rękach Persów taka zaawansowana broń?

W grudniu 2011 Teheran, prawdopodobnie za pomocą rosyjskiego systemu Walki Radiowo Elektronicznej „Krasucha”, przejął kontrolę i sprowadził na ziemię amerykański dron zwiadowczy. Według nieoficjalnych źródeł celem misji „Sentinela”, przejętego przeszło 200 km w głębi irańskiego terytorium, było rozpoznanie instalacji nuklearnych Teheranu. 12 grudnia 2011 Stany Zjednoczone oficjalnie zwróciły się do rządu Iranu z prośbą o zwrot aparatu, jednak ten odmówił. Tak czy inaczej w maju 2014 Iran publicznie zaprezentował kopię amerykańskiej maszyny.

Wg specjalistów jest ona o ok. 40% mniejsza, jednak pozwala prowadzić tak misje rozpoznawcze, jak i uderzeniowe. Zasięg irańskiego BSL ocenia się na ok. 350-450 km. To relatywnie duży dron o rozpiętości skrzydeł ok. 25 metrów. Radary izraelskie zlokalizowały bezpilotowego szpiega i po kilku minutach naprowadziły na niego śmigłowiec szturmowy produkcji USA, legendarny AH-64 „Apache”, który za pomocą działka M230 kalibru 30 mm lub rakiety powietrze-powietrze Pyton 5, zniszczył irański BSL. Szczątki irańskiego pojazdu prezentowano w TV.

Dowództwo Talahu (armii izraelskiej) podjęło decyzję przeprowadzenia niezwłocznej operacji odwetowej. Po ok. trzech godzinach wystartowała uderzeniowa grupa samolotów izraelskich w celu zniszczenia punktu kierowania dronem. Wg danych wywiadowczych feralnym BSL kierowała irańska jednostka Strażników Rewolucji Islamskiej stacjonująca w syryjskiej bazie lotniczej Tijas, leżącej na drodze z Homs do Palmiry.

Izraelską formację tworzyło 8 dwuosobowych uderzeniowych samolotów F-16I „Sufa” („Burza”), które przenosiły rakiety manewrujące. Te pochodzące z początku lat 2000-ych samoloty to izraelskie modyfikacje słynnych F-16 przeznaczone są do niszczenia szczególnie ważnych celów na dalekim zapleczu frontu, w warunkach silnego przeciwdziałania obrony przeciwlotniczej. Nafaszerowane są elektroniką, zakłócającą prace radarów, stosownym uzbrojeniem obsługiwanym przez operatora uzbrojenia. F-16 „Sufa” pilotowali świetnie wyszkoleni i doświadczeni piloci.

Od lat Izraelczycy bezkarnie nanoszą uderzenia lotnicze na cele w Syrii, a zniszczona wojną domową, przestarzała, zdekompletowana oraz niewyszkolona syryjska obrona przeciwlotnicza, nie stawiała oporu w obawie przez unicestwieniem. Wszelkie próby wystrzeliwania rakiet przeciwlotniczych okazywały się nieskuteczne, wywoływały tylko odwet izraelskiego lotnictwa, które niszczyło strzelające wyrzutnie syryjskie i pracujące radary naprowadzania oraz kontroli przestrzeni powietrznej. Piloci czuli się zatem komfortowo lecąc nad Syrią, zakładając rutynową operacje uderzeniową.

Tymczasem po drugiej stronie frontu oficerowie syryjscy postanowili tym razem walczyć. Specjaliści szacują, że dziś cała Obrona Przeciwlotnicza Syrii jest wprawdzie w większości przestarzała, ale w ostatnich latach Rosjanie pomogli ją wydatnie wzmocnić. Dostarczono części zamienne, wyremontowano radary i rakiety, przeszkolono operatorów i żołnierzy w obsłudze sprzętu. Tajemnicą poliszynela jest też fakt dostarczenia Syryjczykom pewnych systemów radiolokacyjnych i przeciwlotniczych.

Na wyposażeniu sił syryjskich znajduje się 8 dywizjonów przeciwlotniczych systemów dalekiego zasięgu S-200 „Wega”
. To leciwe rakiety produkcji ZSRR, sięgające swym rodowodem roku 1962. Są to rakiety ciężkie, mierzące 11 metrów długości o masie 7,5 tony. Lecą z prędkością 1200 m/s na odległość do 250 km. Rakieta przenosi ogromną, jak na ten typ rakiet, głowicę bojową o masie 220 kg, która rozrywa się na 37 000 elementów rażących. Będzie to miało wielkie znaczenie podczas opisanej bitwy.

Podstawę obrony syryjskiej stanowią jednak leciwe S-125 „Wołchow”, na współczesnym polu walki wręcz bezsilne. Poza tym Syryjczycy mają ok. 20 nowoczesnych wyrzutni 9K37 „Buk” w wersji M1 i M2E (dostarczona Damaszkowi w 2011), na podwoziach gąsienicowych i kołowych. Te groźne, jak pokazał to konflikt w Gruzji w 2008 roku, rakiety mają zdolność niszczenia celów w odległości od 3-45 km, na wysokościach od 15 m do 25 km.

Jednak to co szczególnie ważne, ostatnimi laty, Rosja wyszkoliła operatorów i dostarczyła ok. 30 zestawów rakietowo artyleryjskich „Pancyr S”. „Pancyry” to najnowsza epoka broni przeciwlotniczej. System „Pancyr-S” to nowoczesny zautomatyzowany zestaw przeciwlotniczy, pozwalający na wykrywanie i walkę z zmasowanymi nalotami celów małogabarytowych. Własna stacja radiolokacyjna, 6 rakiet i 4 działka, pozwalają obsłudze wykrywać i niszczyć cele w odległości do 20 km i wysokości do 15 km.

pancyr 1.jpg
System "Pancyr" 1

System „Pancyr-S” wykrywa i śledzi kilkadziesiąt celów, a na 4 z nich może prowadzić równoległy ostrzał, w tym na każdy cel naprowadzać po dwie rakiety. Jak wykazały doświadczenia w Syrii, „Pancyry” z łatwością niszczą cele lotnicze jak drony, ale także artyleryjskie pociski rakietowe. Tym razem podopieczni Rosjan stanęli do walki z lotnictwem Izraela, jego samolotami, systemami walki radiowo elektronicznej i rakietami.

Ok. 10.30, izraelskie samoloty odpaliły 8 rakiet manewrujących w kierunku budynków Narodowego Centrum Naukowego w mieście Salamija (prowincja Hama). Na drodze stanęły im jednak syryjskie „Pancyry” .

Nadlatywały rakiety skrzydlate „Dalila”, produkt Israel Military Industries, ujawniony w roku 1995. To rakiety manewrujące przenoszące głowicę o masie 55 kg i przeznaczone do niszczenia pracujących stacji radiolokacyjnych przeciwnika oraz systemów przeciwlotniczych, na dystansie do 300 km.

Odpalono też podobne rakiety, acz uzbrojone w inne głowice, czyli rakiety manewrujące przeznaczone do niszczenia celów lądowych. Generalnie skrzydlate rakiety Izraela cechuje niski zasięg, rzędu 250 km i słaba głowica bojowa, jednak ze względu na niski profil lotu są one trudne do wykrycia i zniszczenia. Pomimo to podczas opisanego nalotu zestrzelono 6 rakiet, dwie pozostałe spadły w pobliżu celów nie wyrządzając wg Damaszku większych szkód.

W kierunku uchodzących samolotów izraelskich Syryjczycy odpalili kilkanaście rakiet, w tym S-125 i z wyrzutni systemów 2S37 „Buk”. Ostrzeżeni o sytuacji w powietrzu przez naziemne systemy radarowe izraelscy piloci obniżyli dynamicznie profil lotu oraz rozpoczęli zakłócanie pracy syryjskich stacji naprowadzających. Minęli okupowane Wzgórza Golan i poczuli się nad Izraelem bezpieczni. Tymczasem ich tropem nadal podążały ciężkie rakiety S-200 „Wega”. Jedna z nich, precyzyjnie naprowadzana przez Syryjczyków wyszła niebezpiecznie blisko Izraelczyków.

Zdetonowała potężna głowica. Odłamki zniszczyły kabinę jednego z F-16I „Sufa”, ciężko raniły pilota oraz „posiekły” sam samolot. Piloci zmuszeni byli się katapultować. Zdziwieni mieszkańcy Izraela, po raz pierwszy od 2006 roku, patrzyli na czasze spadochronów ratujących się pilotów strąconych przez Syryjczyków i gasili płonący wrak oznaczony „Gwiazdą Dawida”.

Drugie uderzenie

Izraelczycy postanowili się zemścić. Do kontrataku na syryjskie systemy obrony przeciwlotniczej wystartowały kolejne grupy samolotów. Ogółem zaatakowano 12 celów, w tym elementy syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Zniszczono stanowisko rakiet S-125 „Wołchow”, dwa stanowiska z rakietami S-200 „Wega” oraz jedną pozycje systemu „Buk”M2E. Pozostałe atakowane obiekty to pozycje armii syryjskiej oraz „cztery cele irańskie” – jak określił je izraelski generał brygady Tomer Bar. Tymczasem syryjskie „Pancyry” zestrzeliły kolejne 7 rakiet manewrujących. Bitwa była jednak zacięta, zreperowane dzięki rosyjskim specjalistom systemy przeciwlotnicze „Wołchow”, „Buk” i „Wega”, spięte wg najnowszych rosyjskich standardów jednolity, spójny system dowodzenia, raz po raz odpalały w kierunku Izraelczyków swoje rakiety.

s 200.jpg
System S-200

Wyszkoleni przez Rosjan syryjscy przeciwlotnicy drogo sprzedawali swoją skórę. Rosyjscy specjaliści oceniają, że syryjska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 19 pośród 26 wystrzelonych przez Izrael w dniach 7 i 10 lutego, rakiet manewrujących. Izraelczycy byli niemile zaskoczeni. W ocenie byłego dowódcy Wojsk Obrony Przeciwlotniczej Federacji Rosyjskiej generała Aleksandra Gorkowa współczynnik zestrzeleń rakiet manewrujących na poziomie 0,8 jest bardzo wysoki,

Po raz pierwszy od lat Syryjczycy nie ustąpili pola boju i około południa 10 lutego 2018 roku Izrael zaprzestał ataków lotniczych. Państwo żydowskie straciło F-16I „Sufa”, a syryjska obrona przeciwlotnicza kilka kolejnych maszyn uszkodziła oraz zestrzeliła większość odpalonych rakiet manewrujących. Na ten sukces składa się nie tylko praca dobrze wyszkolonych poszczególnych dywizjonów, ale i centralnie dowodzenie na wysokim poziomie.

Nie można wykluczyć, że koordynaty o izraelskich samolotach i sytuacji w powietrzu podali Syryjczykom Rosjanie ze swoich radarów dalekiego zasięgu, np. systemów S-400 „Triumf” i S-300, bazujących w Chmejmim i Tartus. Dla strony rosyjskiej to bezcenny poligon przetestowania swojej broni przeciwlotniczej i sposobów zwalczania najnowocześniejszej techniki napadu powietrznego zachodu, a takową właśnie dysponuje Izrael.

Premier Natanjahu zadzwonił po nalotach to prezydenta Rosji Władymira Putina z prośbą o pośrednictwo i okazanie wpływu na władze syryjskie, aby te uniemożliwiły Iranowi operacje lotnicze nad Izraelem.
Natanjahu podkreślał, że Izrael nie chce eskalacji konfliktu i jego operacje mają charakter obronny. Moskwa ze swojej strony wezwała obie strony do powstrzymania się od działań zbrojnych, poszanowania suwerennego terytorium i zaapelowała o wstrzemięźliwość.

Tak czy inaczej, Izrael podczas kolejnych operacji lotniczych nad Syrią musi się liczyć z kontrakcją odradzającej się dzięki Rosji syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Iran i Hezbollach będą zwiększać w Syrii swój potencjał, więc kolejny nalot i bitwa z syryjskich przeciwlotników z izraelskimi pilotami jest tylko kwestią czasu.

Izraelczycy z taktycznej porażki, wyciągną wnioski, Syryjczycy są więc skazani na intensywną, w miarę możliwości, odbudowę swoich jednostek przeciwlotniczych. A Rosjanie? Będą doskonalić „na żywo” swoją technikę obrony przed środkami napadu powietrznego produkcji USA, Izraela i wiodących państw zachodnich w jakie wyposażone jest izraelskie lotnictwo. Wszak Izrael ma w linii najnowsze amerykańskie samoloty wielozadaniowe F-35 Lockheed Martin F-35 Lightning II i ich wejście do walki wydaje się oczywiste.

Krzysztof Podgórski
Specjalnie dla Myśli Polskiej
Na zdjęciu - system obrony przeciwlotniczej "Buk"

Dzial: