Unia bez taryfy ulgowej

UE.jpg
„Margot Parker, brytyjska eurodeputowana z Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, wyliczyła na forum Parlamentu Europejskiego, że aby sprzedawać na wspólnym rynku szczoteczki do zębów, trzeba przestrzegać 31 unijnych aktów prawnych; aby móc sprzedawać ręczniki trzeba przestrzegać 454 unijnych regulacji.

W przypadku chleba przedsiębiorcy muszą przestrzegać 1200 przepisów, a żeby móc produkować i sprzedawać mleko, muszą przestrzegać … 12 tysięcy unijnych regulacji” – czytamy w nowo wydanej książce Tomasza Cukiernika „Socjalizm według Unii” [1].

Autor, prawnik i ekonomista, publicysta tygodnika „Najwyższy Czas” nie od dziś zajmuje się demaskowaniem Unii Europejskiej, zarówno w publikacjach prasowych, jak i napisanych przez niego książkach. Omawiana pozycja pełna jest faktów, liczb, cytatów – nie ma w niej śladu demagogii. Każda teza czy pogląd ma solidną podbudowę faktograficzną. T. Cukiernik omawia euro-kołchoz w czterech aspektach: wydawanych regulacji, udzielanych przez UE dotacji, opisem Unii (rozdz. III „Jaka jest Unia?”) oraz przyszłością tego tworu. Jak podkreśliłem, czyni to sine ira et studio, jednocześnie bezlitośnie obnażając absurdy, głupoty oraz szkodliwość współczesnego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Sporo miejsca we wszystkich rozdziałach pracy poświęca roli Niemiec w UE. Przytacza też wywiady polityków i ekspertów na tematy związane z Unią.

UE stanowi gigantyczny biurokratyczny moloch regulujący przepisami coraz to nowe dziedziny życia gospodarczego i publicznego krajów członkowskich, a właściwie poddanych. Autor pisze: „To Unia jest odpowiedzialna za zakaz sprzedaży tradycyjnych żarówek i termometrów rtęciowych czy też zakaz tradycyjnego wędzenia wędlin i ograniczenia użycia dobrego dla zdrowia cynamonu. Reguluje też wielkość spłuczek klozetowych, moc odkurzaczy … albo wprowadza przepisy na temat podgrzewaczy do kawy ...” To jednak nie głupota unijnych komisarzy – utrzymuje T. Cukiernik – ale wynik lobbingu. „W tłumaczeniu na nasz język: jest to efekt korupcji” – doprecyzowuje Autor i dodaje:

„Unijne regulacje służą głównie wysysaniu pieniędzy z kieszeni konsumentów i podatników na rzecz koncernów i grup interesu, które stoją za lobbystami. Powołując się na francuskiego ekonomistę stwierdza, że przepisy te przynoszą stratę rzędu 5 – 7 proc. PKB, co w Polsce oznacza ubytek ok. 100 mld zł rocznie. Inny przykład unijnej bzdury to przygotowany przez europarlament projekt zobowiązujący właścicieli robotów do .. odprowadzania za nie składki ubezpieczeniowej (!) Na skutek unijnej dyrektywy środowiskowej straci również polskie hutnictwo – 2 mld zł w ciągu czterech lat.

Dyrektywa ta uderza nie tylko w hutnictwo, ale też w energetykę, cementownie, przemysły ceramiczny i chemiczny, rolnictwo i kilka innych. A co gorsza, polscy (i nie tylko polscy) biurokraci i parlamentarzyści, aplikując przepisy unijne do krajowego prawodawstwa częstokroć je zaostrzają w swojej nadgorliwości. Relatywnie sporo miejsca w książce poświęcono niszczeniu zielarstwa przez Unię. Powód takiej polityki nietrudno odczytać: niszczenie zielarstwa leży w interesie koncernów farmaceutycznych i przemysłu spożywczego. A żywność produkowana przemysłowo zawiera mnóstwo substancji toksycznych, najwięcej we Francji, Hiszpanii, krajach Beneluxu, częściowo w Niemczech.

T. Cukiernik rozbija mit o wyjątkowych korzyściach, jakie odniosło polskie rolnictwo po aneksji do UE. Przede wszystkim nie polscy rolnicy, a unijni urzędnicy decydują, co nasze rolnictwo ma produkować. Polsce narzucono limity na produkcję mleka, buraków cukrowych, cukru, lnu, konopi, skrobi ziemniaczanej i połów ryb. Za przekroczenie limitu płacimy wysokie kary. Z kolei, co charakterystyczne dla systemów biurokratycznych, dochodzi do oszustw. Np. w Grecji dotowano plastikowe drzewa oliwne, a w Rumunii hodowlę krów na .. Facebooku. Z raportu polskiego NIK wynika, że dotowana ekologiczna uprawa sadownicza i jagód spowodowała spadek wydajności z 15 do 1 tony na hektar, a wydano na nie 708 mln zł.

Z pasją Autor rozprawia się z unijnymi dotacjami, który to temat stanowi pokaźną część omawianej pracy. Kompletną plajtę spowodowały dotacje wydane na e-business. Większość tych przedsięwzięć już nie istnieje. Zupełnie zostały zmarnotrawione pieniądze w kwocie 600 mln euro wydane na program Kapitał Ludzki przeznaczone na „specjalistów” od szkoleń, na które nikt nie chodził. Duża część firm powstałych w rezultacie dotacji jest zamykana po upływie roku, bo tyle muszą działać, by nie zwrócić dotacji.

Z kolei pieniądze wydane na polską innowacyjność przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego. Na cel ten przeznaczono 30 mld zł, a wskaźnik innowacyjności spadł z 60 proc. średniej unijnej w 2009 r. do 55 proc. w 2014 r. Podobny skutek wywarły dotacje mające wyrównać dystans między Polską wschodnią a zachodnią. Np. w województwie podkarpackim PKB na osobę w roku 2001 był niższy o 28 proc. od średniej krajowej, a po zaaplikowaniu dotacji spadł do 33 proc. w roku 2012. Takich przykładów Autor przytacza multum.

Czy ktoś zyskuje na dotacjach?

Ależ tak. Z wyliczeń wynika, że na dotacjach najbardziej zyskują firmy niemieckie. Z każdego euro wpłaconego do Polski Niemcy odzyskują 86 eurocentów, a z każdego euro wpłaconego przez Niemcy do krajów Grupy Wyszehradzkiej odzyskują 1,25 euro! T. Cukiernik opisuje politykę RFN w sprawie sankcji nałożonych na Rosję. Politycy niemieccy pierwsi zaczęli domagać się zniesienia tych sankcji jako że szkodzą niemieckiej gospodarce, a jednocześnie nielegalnie sprzedawali Rosji karabiny i pistolety. Poza tym RFN sprzeciwia się tworzeniu unii energetycznej, która byłaby korzystna dla Polski, a z drugiej wybudowała z Rosją Gazociąg Północny i realizuje Nord Stream 2. Gazociąg ogranicza szlak żeglugowy do Świnoujścia, ale sąd administracyjny w Hamburgu odrzucił polską skargę w tej sprawie. Wreszcie niemieckie firmy górnicze w Chinach blokują dostęp polskich producentów sprzętu górniczego.

A może okaże się nawet konieczne. Autor porusza temat dotychczas tabu – czy Polska powinna wystąpić z UE. Tym bardziej, że „UE skazana jest na niepowodzenie, gdyż jest czymś szalonym, utopijnym projektem, pomnikiem pychy lewicowych intelektualistów” – jak powiedziała Margaret Thatcher. T. Cukiernik kwestii nie przesądza, pisze natomiast: „Będąc członkiem Unii Europejskiej, Polska ponosi coraz większe koszty, a biorąc pod uwagę rozwiązania alternatywne, korzyści nie są już tak oczywiste.

Czy nie nadszedł czas, by przynajmniej zastanowić się nad procedurą opuszczenia bloku?” I opisuje procedurę wyjścia z UE. Zwraca jednak uwagę, że :Unia w czasie negocjacji może domagać się zwrotu wszystkich udzielonych dotacji, których kwota za lata 2004 – 2020 wyniosłaby 210 mld euro. Jednocześnie stawia pytanie, co by się stało, gdyby Polska po prostu zerwała z Unią nie płacąc tego haraczu. Rzecz jasna, opuszczenie Unii początkowo spowodowałoby pewne perturbacje ze względu na ścisłe i wielorakie powiązania gospodarcze.

Z drugiej jednak strony takie posunięcie pozwoliłoby nam przeorientować zagraniczne kontakty gospodarcze na ściślejszą współpracę z USA, Rosją, Chinami, Indiami czy Japonią. „To rejon Dalekiego Wschodu ma teraz najszybciej rozwijającą się gospodarkę świata, a nie zniszczona socjalizmem Europa” – pisze Tomasz Cukiernik. Więc chyba warto. Kołchozy w ZSRS i krajach socjalistycznych egzaminu nie zdały. Euro-kołchoz też.

Zbigniew Lipiński

[1] Tomasz Cukiernik: Socjalizm według Unii, Warszawa 2017, Biblioteka Wolności, wyd. I, ss. 304

Myśl Polska, nr 35-36 (27.08-3.09.2017)