To nie jest szkoła prof. Chrzanowskiego

chrzan 2.jpg
Ostatni numer „Myśli Polskiej” przyniósł dwa wystąpienia - autorstwa prof. Jacka Bartyzela i dr. hab. Wojciecha Turka. Obaj publicyści odnoszą się do opublikowanego na łamach „Gazety Wyborczej” z 25 lipca br. „Oświadczenia środowiska Ruchu Młodej Polski”.

W Oświadczeniu dawni działacze RMP, wśród nich m.in. Aleksander Hall, Marek Gadzała, Maciej Grzywaczewski, Wiesław Walendziak i Tomasz Wołek, zajmują jednoznacznie krytyczne stanowisko wobec dokonywanych przez obecny rząd zmian, na czele z „reformą” sądownictwa.
Sygnatariusze Oświadczenia piszą m.in.: „Nasze szczególne oburzenie budzi zamiar podporządkowania sądów i sędziów władzy politycznej. Realizacji tego zamiaru służą trzy ustawy dotyczące sądownictwa, uchwalone ostatnio przez parlament z naruszeniem konstytucji, procedur i dobrych obyczajów parlamentarnych. Dobrze pamiętamy PRL, w którym sądy i sędziowie podlegali jednemu centrum politycznemu. Część z nas na własnej skórze doświadczyła, jak groźny jest taki model dla ludzkiej wolności i jak bardzo jest niesprawiedliwy. Nie zgadzamy się na to, aby 27 lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości ten patologiczny model powrócił do naszego kraju. Dlatego z całego serca popieramy obywatelską akcję w obronie wolnych sądów i niezawisłości sędziów”.

Zarówno prof. Bartyzel, jak i dr Turek, w przeszłości także należący do RMP, w sposób zdecydowany dystansują się od swoich dawnych kolegów, nie podzielając wysuwanej przez nich argumentacji. Zasłużeni dla prawicowej myśli konserwatywnej i narodowej autorzy jako czołowy zarzut wysuwają fakt współuczestnictwa sygnatariuszy przywołanego Oświadczenia w ataku na polskie władze wespół z niepolskimi ośrodkami oraz przystąpienie w trudnym dla kraju momencie do obozu anarchizującego stosunki wewnętrzne w kraju.

W. Turek pisze m.in.: „W newralgicznym momencie historii Polski, w chwili gdy Polska nigdy dotychczas nie znajdowała się tak blisko celu, jakim jest Niepodległość państwa i wewnętrzna suwerenność (...) w takim momencie, Wiesiek (Walendziak – przyp. M.M.) zdecydował się stanąć po stronie wrogów Polski i burzycieli tradycyjnego porządku społecznego, dążących do upokorzenia Polski wybijającej się na prawdziwą Niepodległość”. W podobnym duchu pisze J. Bartyzel: „Dzisiaj sygnatariusze oświadczenia nie tylko zabierają głos, ale i maszerują na demonstracjach, których zwykli uczestnicy na ogół nie wiedzą przeciwko czemu właściwie protestują, ale dobrze wiedzą kogo nienawidzą i przeciwko komu wylewają swoją złość, nierzadko w wulgarnej formie. Nie zauważają natomiast, albo udają, że nie widzą, kto jątrzy i rewoltuje ten tłum. Chcąc nie chcąc, idą zatem dziś ramię w ramię z tymi, którzy nawet nie kryją się specjalnie z tym, że chodzi im o obalenie rządu i sparaliżowanie państwa, i którzy nawet publikują instrukcję, jak doprowadzić do jego «wyłączenia»; którzy posuwają się do rzeczy najnikczemniejszej, jaką jest donoszenie na Polskę do ośrodków zagranicznych i wzywanie do obcej interwencji”.

Z oczywistych względów nie byłem działaczem RMP, znałem jednak osobiście prof. Wiesława Chrzanowskiego, na którego powołuje się jeden z polemistów, zaś dorobek zarówno tej organizacji, jak i wspierających ją endeckich mentorów, z Wojciechem Wasiutyńskim na czele, jest mi bliski. Nie mając pewności, czy wymienione powody dostatecznie uzasadniają zabranie głosu w dyskusji, pozwolę sobie jednak odnieść się do argumentacji przywołanych adwersarzy Oświadczenia. Z uwagi na dużą zbieżność obu wypowiedzi odnosił się będę do wzmiankowanych tekstów łącznie. Przede wszystkim wydaje mi się, że obaj publicyści przyjęli na siebie rolę przysłowiowego advocatus diaboli, w dużej mierze ulegając propagandzie PiS-u i tworzonej przez jego liczne medialne agendy alternatywnej rzeczywistości. Osobiście nie dostrzegając żadnego pozytywnego (poza sprzeciwem wobec decyzji o przyjmowaniu uchodźców) aspektu obecnych rządów, uważam, że podobnie krytyczne stanowisko wobec „dobrej zmiany” PiS-u zajmowałby właśnie niekwestionowany ojciec duchowy RMP prof. Wiesław Chrzanowski.

Pogląd ten, pomimo świadomości ryzyka, jakim opatrzone są podobne spekulacje, postaram się szerzej uzasadnić. Sam kilkakrotnie przywoływałem na łamach „MP” jeden z tekstów Ryszarda Czarneckiego, który w chrześcijańsko-narodowej „Sprawie Polskiej” mianował Dmowskiego patronem wejścia Polski do UE („Silna Polska”, „Sprawa Polska” nr 1/2002). Sądzę jednak, że na poparcie swojego stanowiska posiadam argumenty nieco mocniejsze niźli należący obecnie do PiS-u polityk.

Wiesław Chrzanowski z całą pewnością nie należał do zagorzałych zwolenników zastanej w III RP rzeczywistości. Sam jako minister sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego postulował zwiększenie nadzoru nad sądownictwem kosztem przywilejów samorządu sędziowskiego. W odniesieniu do roli i wpływu ministra sprawiedliwości w jednym z wywiadów wypowiadał się jednak w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości: „...na szarym końcu ostały się sądy, na które właściwie minister sprawiedliwości nie ma żadnego wpływu, na dobrą sprawę jest ich administratorem. I słusznie, bo niezawisłość sędziowska, zawsze zaświadczająca o typie państwa, wyklucza ingerencję ministerialną. Ministrowi pozostał pewien zakres nadzoru nad sprawnością postępowania, co z punktu widzenia klientów Temidy jest bardzo ważne, ma też minimalny wpływ na obsadę prezesów sądu, a poprzez uczestnictwo w Radzie Sądownictwa także na powoływanie sędziów.

Na orzecznictwo może wpływać jedynie poprzez wnoszenie rewizji nadzwyczajnej” (W. Chrzanowski, „Ślady na piasku. Monologi, przesłuchania”, Sopot 2008). Każdy chyba przyzna, że pomiędzy tak wyrażonym stanowiskiem, połączonym nawet z postulatem pewnych reform, a łamaniem konstytucji, likwidacją niezależności Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego oraz poddaniem wymiaru sprawiedliwości politycznemu dyktatowi, z czym mamy do czynienia obecnie, istnieje zasadnicza różnica.

Profesor był osobą daleką od wszelkiego politycznego radykalizmu, mierził go medialny cyrk, będący udziałem współczesnej klasy politycznej, raził niski poziom debaty pozbawionej niemal zupełnie dyskusji z użyciem merytorycznych argumentów. Partiom politycznym zarzucał niejednokrotnie bezideowość i ślepe dążenie do zawłaszczania państwa. Swoje stanowisko formułował przy tym z charakterystyczną dla siebie rezerwą i zapewne nie uczestniczyłby w manifestacjach, pochodach i innych masowych formach sprzeciwu wobec obecnej władzy. Jego linia polityczna była jakby echem postawy przedwojennej frakcji profesorskiej w ramach Stronnictwa Narodowego.

Podobnie jak profesorowie Roman Rybarski, Stanisław Grabski czy Stanisław Głąbiński, którzy nie godzili się z praktykami sanacyjnych rządów, nie aprobując równocześnie radykalnej i pozaparlamentarnej działalności opozycji, tak Profesor Chrzanowski równie mocno akcentował drugi człon nazwy współtworzonego przez siebie historycznego obozu politycznego. Jak sam wspominał: „Mój ojciec był narodowym, ale demokratą. A demokracja to system parlamentarny. Tym i ja przesiąkłem” (W. Chrzanowski, „Ślady na piasku...”).

W sprawach fundamentalnych profesor Chrzanowski zajmował jednak stanowisko zdecydowane. Śmiem twierdzić, że jego ocena obecnych działań PiS-u byłaby zbliżona do tej formułowanej przez autorytety tej miary co prof. Tomasz Strzembosz i prof. Andrzej Zoll. Osoby, które trudno zbyć głupim od A do Z pisowskim frazesem o „ubeckich jaczejkach”. Profesor był osobą, w dobrym tego słowa znaczeniu, przywiązaną do istniejącego ładu prawnego i procedur, był legalistą.

Niejednokrotnie, podczas prowadzonych w mieszkaniu na warszawskim Solcu rozmów, podkreślał, że postrzega PiS jako współczesną emanację przedwojennej sanacji, z jej kultem wodza, jednostronną wizją dziejów, myśleniem na rozkaz, brakiem szacunku dla państwa i jego instytucji, brakiem wiary w społeczeństwo, niechęcią do samorządu, etatyzmem i instrumentalnym stosunkiem do Kościoła katolickiego. Nie oznacza to, iż był „opozycją totalną”, osobiście podkreślał np. wkład Lecha Kaczyńskiego w ideę budowy Muzeum Powstania Warszawskiego.

Profesor nie należał również do entuzjastów obecnego kształtu UE, nie solidaryzował się jednak mimo to z awanturniczo-konfrontacyjną linią PiS-u na tym polu. Podobnie sceptyczny pozostawał w stosunku do większości praktycznych zamierzeń i działań PiS-u na gruncie polityki krajowej. Samego Jarosława Kaczyńskiego znał dobrze, orientował się również w wewnętrznych arkanach funkcjonowania PiS-u, wszak partię tę w różnych okresach współtworzyli jego dawni współpracownicy z ZChN-u. Pomimo to, a może właśnie dlatego, określał PiS „jako drużynę wodza” (poświęcił temu, wspólnie z Rafałem Matyją, osobny artykuł, zob. „Newsweek” nr 1/2010).

Wspominając zaś czasami dawnych działaczach ZChN-u zaangażowanych w PiS, nie krył swego rozczarowania ich postawą (częściowo dał temu wyraz w publicystycznym „Alfabecie profesora Chrzanowskiego”, „Rzeczpospolita”, 2-3. 06. 2007). W odniesieniu zaś do A. Macierewicza zdawał się podzielać opinię wyrażoną przez swego wieloletniego przyjaciela W. Wasiutyńskiego, który zapowiadał, iż ten „jeszcze zaistnieje na scenie politycznej w partii politycznej, której charakterystykę w kapitalny sposób oddał poprzez jej hipotetyczną nazwę: «Wielki Antykomunistyczny Ruch Chrześcijańskiej Obrony Ładu»” (W. Turek, „Arka Przymierza. Wojciech Wasiutyński 1910-1994. Biografia polityczna”, Kraków 2008).

Jak podkreślał w artykule poświęconym Profesorowi Kazimierz Michał Ujazdowski nie należał on także do entuzjastów idei IV RP: „Miałem wrażenie, że do idei IV Rzeczypospolitej miał stosunek tak krytyczny jak do hasła sanacji moralnej w wykonaniu Piłsudskiego. Tymczasem po 1989 r. słabość instytucji państwowych wymagała mocnej reakcji i projektu ich gruntownej przebudowy (...) Odnosiłem wrażenie, że Wiesław Chrzanowski nie postrzegał tego tak ostro. Umiarkowany styl Profesora pozostawał w kolizji z przyjęciem radykalnych recept, inne jednak eliminowały możliwość terapii instytucjonalnych państwa” („Patriotyzm, którego brakuje”, [w:] „Wiesław Chrzanowski. Historia – polityka – idee”, pod red. R. Kostry, R. Kuraszkiewicza, M. Wysockiego, Warszawa 2012). Profesor nie akceptował radykalnie rewolucyjnych metod IV RP. Całą ideę postrzegał zaś przez pryzmat propagującej ją siły politycznej, wobec której pozostawał niezmiennie krytyczny.

Wreszcie last but not least, dużo bliższe poglądom Profesora niźli przytoczone stanowiska J. Bartyzela i W. Turka wydają mi się opinie formułowane od dłuższego czasu przez A. Halla. Na przykład, gdy, zastanawiając się nad rzekomym konserwatyzmem PiS-u, wskazuje: „PiS często jest przedstawiany jako ugrupowanie konserwatywne. Są także dość liczni konserwatyści, którzy dali się zwieść deklaracjom polityków tego ugrupowania o szacunku dla religii i tradycji. W rzeczywistości PiS reprezentuje awanturniczy prawicowy populizm i nie ma nic wspólnego z tradycją konserwatywną wywodzącą się od Edmunda Burke’a, ceniącą realizm, odrzucającą rewolucję, jako metodę zmieniania państwa i społeczeństwa, uznającą znaczenie więzi społecznych i elit, szanującą rządy prawa, nieufną wobec nieograniczonej władzy politycznej, gdyż prowadzi ona do tyranii.

Dojrzały polski konserwatyzm potrafił dokonywać krytycznych rozrachunków z wadami I Rzeczypospolitej, a Józef Szujski, wielki konserwatywny historyk, przestrzegał w XIX wieku przed fałszywą historią – jako mistrzynią fałszywej polityki. Narodowa mitologia PiS, w której centrum znajduje się legenda o zbrodni smoleńskiej, stanowi antytezę poglądów Szujskiego i krakowskiej szkoły historycznej i obraża zdrowy rozsądek” („PiS, czyli awanturniczy populizm”, „Rzeczpospolita”, 29. 12. 2016).

Po tym „konserwatywnym kamyczku” do ogródka prof. Bartyzela, który zarzuca sygnatariuszom Oświadczenia fetyszyzowanie demokracji i odejście od kanonów myślowych konserwatyzmu, czas na konkluzję. Sprowadza się ona do pytania, czy wobec powyższego uzasadnione są sformułowania obu autorów, którzy sugerują swym dawnym kolegom zdradę ideałów, które legły u podstaw powołania RMP? Ruchu, na którego kształt ideowy polityczne koncepcje Profesora (począwszy od koncepcji „obrony czynnej”) miały trudny do przecenienia wpływ. Nikt nie odbiera W. Turkowi i J. Bartyzelowi prawa do opowiadania się po pisowskiej „stronie mocy”, jednak nie powinno się to odbywać kosztem zawłaszczania idei młodopolskiej, przy równoczesnym powoływaniu się na autorytety tej miary co Profesor Chrzanowski.

Maciej Motas
Myśl Polska, nr 35-36 (27.08-3.09.2017)