Nie byłem człowiekiem Moczara

gontarz_0.jpg
Z Moczarem widziałem się może dwa razy. Nie byłem jego człowiekiem głosiłem własne poglądy. Gdy ktoś mnie zapytał na spotkaniu na Uniwersytecie Poznańskim czy jestem człowiekiem Moczara, odparłem: „Nie, ja jestem człowiekiem Gontarza i Polski” – mówił w 2001 roku w wywiadzie z Myślą Polską Ryszard Gontarz (ur. 1930), zmarły po ciężkiej chorobie 17 sierpnia 2017 roku

Mamy właśnie kolejną rocznicę tzw. wydarzeń marcowych, dziś traktowaną niemal jak święto państwowe. Nic dziwnego, od 1989 r. Polską rządzą „komandosi”. Pan był aktywnym uczestnikiem tamtych wydarzeń po stronie polskiej jako publicysta. Na wstępie poproszę więc o syntetyczną odpowiedź na pytanie: czym był właściwie Marzec ’68?
- Sprawa ma kilka warstw. Jedna to akcja „komandosów”, związana z „Dziadami”, wiecem na Uniwersytecie Warszawskim, manifestacjami studenckimi w Polsce. To kwestia bezpośrednich sprawców prowokacji pod pretekstem zdjęcia „Dziadów” z desek teatralnych.

Faktem jest że „Dziady” zdjęto, co spowodowało oburzenie studentów.
- To wielkie kłamstwo, bo „komandosi” robili wszystko, by do zdjęcia „Dziadów” doprowadzić. Nie ulega to wątpliwości, teraz sami „komandosi” temu nie zaprzeczają. Świadczy o tym wiele materiałów źródłowych, również pochodzących od nich. Mówił o tym wprost Szlajfer, opisał dokładnie Mencwel. Bezpośrednią przyczyną zdjęcia „Dziadów” była świadoma akcja „komandosów” i parasol ochronny, jaki roztoczyli nad nimi ciągle jeszcze bardzo wpływowi „puławianie”, czyli frakcja żydowska w PZPR.

To jedna warstwa. Jest i druga – o co walczyli „komandosi”, jaki był cel całej operacji?

- Tu nie uciekniemy od daty – czerwiec 1967 roku, tzn. agresji Izraela na państwa arabskie. Podkreślam – Marzec zaczął się w czerwcu. Blitzkrieg na Bliskim Wschodzie stanowił bezpośrednią przyczynę Marca ’68. W tym momencie nastąpiła ewidentna erupcja szowinizmu żydowskiego w środowiskach żydowskich na świecie i w Polsce. Mogę to nawet zrozumieć – po wszystkim, co przeżyli w czasie wojny i okupacji niemieckiej, w czasie bezwzględnej eksterminacji, byli dumni, że ich armia pobiła przeciwnika, wykonała wspaniałą operację. Odrębną sprawą jest jednak stosunek Żydów w Polsce, licznie usytuowanych wysoko i bardzo wysoko w aparacie państwowym i partyjnym, do oficjalnego i jednoznacznego stanowiska władz polskich wobec agresji. Jak pamiętamy, władze opowiedziały się po stronie napadniętych, a przeciwko napastnikom. Gomułka określił to „przeciwko burzycielom pokoju”. Dokonał tego przy okazji kongresu CRZZ. I tu doszło do konfliktu na tle problemu lojalności wobec interesów międzynarodowych państwa, jakiekolwiek owo państwo by nie było. A wytyczną ruchu syjonistycznego wobec mniejszości żydowskich na całym świecie był nakaz podwójnej lojalności, z wyraźnym prymatem lojalności wobec Izraela.

A jakie były objawy reakcji środowisk żydowskich na wieść o zwycięstwie Izraela w wojnie siedmiodniowej?
- Najprzeróżniejsze. Były to więc objawy radości, które – jak przypuszczam – przeszłyby bez represji. Co innego jednak, gdy rozpoczęła się antygomułkowska akcja środowisk żydowskich w Polsce. Rozpętali całe piekło. Charakterystyczne była tu reakcja oficerów żydowskich w Wojsku Polskim, którzy uczestniczyli ochoczo w zwalczaniu Gomułki i jego ekipy, opowiadającej się przeciwko Izraelowi. Gomułka został w ciągu godziny po wygłoszeniu swojego przemówienia ogłoszony „antysemitą”. Pretekstem do tej „nominacji” było słynne określenie tych środowisk mianem „piątej kolumny”.

Chociaż akurat ten fragment został wykreślony z oficjalnej wersji wystąpienia.
- Uczynił to sam Gomułka na skutek sugestii Ochaba i kilku innych „puławian”. Sądzę, że gdyby nie izraelski Blitzkrieg, to Marzec przesunąłby się w czasie, może o dwa, trzy lata. Konflikt nastąpiłby w sytuacji znacznie gorszej – nałożyłyby się na siebie przyczyny Marca i Grudnia. Zetknięcie się tych elementów mogłoby dać ogromny sukces „komandosom” i ich protektorom – „puławianom”.

Chyba to nie jedyne przyczyny.
- Oczywiście, tłem tego i innych konfliktów była permanentna walka, używając określenia Jedlickiego, między „chamami” i „żydami”. Łamiąc ten szyfr, między „natolińczykami” a „puławianami”, lub inaczej - między nurtem patriotycznym a żydowskim w ruchu lewicowym.

Przejdźmy z kolei do Pańskiego udziału w tych wydarzeniach. Był on niebagatelny, skoro nienawiść za Pańską postawę w tamtym czasie ściga Pana do dziś.
- W okresie Marca moje poglądy były już skrystalizowane: miałem właściwą ocenę zarówno 1948 r., jak i 1956 r., rozumiałem procesy toczące się tak w Polsce jak i rządzącej partii. Niemniej minęło mi pierwsze zachłyśnięcie się socjalizmem, kiedy pewien stary komunista – Żyd przekonywał mnie, że Żydzi są najlepszymi komunistami, bo nie mają ojczyzny, więc stworzyli ruch robotniczy i komunistyczny, odgrywając w nim czołową rolę. „No, tak, ma rację” – myślałem sobie. Potem dowiedziałem, dlaczego to Zambrowski był „demokratą”, a Zenon Nowak „stalinowcem”. Jakimś kluczem do tego jest opowiadanie mojego przyjaciela – Kazimierza Kąkola. Jego szwagier Teofil Głowacki był znanym działaczem PPS-u w czasie II wojnie światowej. Został aresztowany przez UB. I tak opowiadał: „Sądził mnie Żyd, prokuratorem był Żyd, trzech oprawców było Żydami”. Otóż byli oni komunistami, tak długo, jak pozostawali przy władzy, gdy ją utracili, od razu „stawali się” Żydami. Nie miałem trudności z wyborem, chociaż wielu moich znajomych takie kłopoty miało. Trudno się dziwić, wiedza na temat Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza Izraela była zerowa. Nie pisało się na ten temat praktycznie w ogóle, lub o sprawach drugorzędnych. W sumie nie miałem żadnych kłopotów z wyborem – wiedziałem sporo o Izraelu, a bardzo dużo o sprawach polskich. Jeśli miałem do wyboru Gomułkę czy Zambrowskiego, nie zastanawiałem się ani chwili. Gomułka był tym, którego Zambrowski wsadzał, stanąłem więc po stronie „wsadzanego”.

Czy tylko dlatego, że go wsadzili? Kim był dla Pana Gomułka?
- Mimo wszystko stanowił dla mnie symbol nurtu narodowego w partii. To nie znaczy, że byłem, jak w 1956 r., zafascynowany Gomułką. Tak wybrawszy, miałem świadomość, że z Października ’56 zostały szczątki. Gdy później pytano mnie na wiecach, spotkaniach, „co to jest ten Marzec?”, odpowiadałem: „To jest ciąg dalszy zahamowanego Października”. Reakcje na taką odpowiedź w komitetach wojewódzkich były straszne, słano donosy do KC, oburzeni aparatczycy pytali: „Kto zahamował? Tow. Wiesław?”

To jaki sens miało Pańskie zaangażowanie w Gomułkę?
- Ponowne zaufanie Gomułce miało tylko jeden wyznacznik: z tego co się stało, zostaną wyciągnięte wnioski, nastąpią głębokie zmiany w polityce wewnętrznej i gospodarczej, będzie kontynuowana tzw. demokratyzacja. Uległem czarowi ponownie obudzonej nadziei. W latach 1956-1968 nadzieja ta gasła dosyć szybko. Ja utraciłem nadzieję właściwie na początku 1968 r. Napisałem wtedy reportaż w obronie biednego chłopa, któremu zabrano ziemię daną podczas reformy rolnej. Sytuacja była taka: bohater mojego reportażu nie zdążył na czas, gdy dzielono ziemię, bo leczył się w szpitalach po pobycie w obozie. Dostał więc 3 ha z tzw. „resztówki”, ale w dzierżawę, nie na własność. Potem, bodaj przy organizowaniu kołchozu, tę ziemię mu odebrano. Ktoś go do mnie skierował. Chłop nie chciał usiąść, stał w progu, miętosząc w popękanych od roboty rękach czapkę. W tej czapce, za podszewką, miał dekret o reformie rolnej. Pokazał mi ten papier i spytał: „Panie czyja to władza?” Temat wziąłem i napisałem reportaż pt. „Czyja to władza?” Wybuchła gigantyczna afera, chociaż przedmiotem mojej krytyki były władze powiatowe i jakieś urzędy wojewódzkie. Okazało się, że popełniłem straszliwe przestępstwo. Początkowo w redakcji zapanowała ogromna radość – reportaż puściła cenzura! – ja otrzymałem ekstra premię, naczelny był zachwycony. W czasie kolegium dzwoni telefon. Naczelny odbiera, słucha, blednie, powtarza ciągle „tak jest”, odkłada słuchawkę i mówi: „Tow. Wiesław jest w najwyższym stopniu oburzony twoim reportażem”. No i wyleciałem z redakcji „Sztandaru Młodych”. Wtedy otrzymałem pierwszy, jeszcze złagodzony, zakaz pisania.

No to kochał Pan „Wiesława”, czy nie?
- Jak powiedziałem, złudzeń miałem już niewiele, ale, ja, wyrzucony na skutek „oburzenia Wiesława”, poparłem go wybierając mniejsze zło, i – przyznaję – mając pewną nadzieję. Wydawało mi się, że skoro „puławianie” tak mu przyłożyli, to coś zrozumie. Było jeszcze w moim rozumowaniu coś o wiele istotniejszego. Za kim poszli studenci? Za wąską grupą, kompletnie izolowaną od życia przeciętnych Polaków, mieszkającą w luksusowych mieszkaniach w Alei Róż i okolicach? Bronili wyrzuconych Michnika i Szlajfera? Za czym poszli studenci? Za jedynym programem, „komandosów”, tzn. listem Kuronia i Modzelewskiego, będącego mieszanką trockizmu i maoizmu? Wolne żarty. Dla mnie było oczywiste, że młodzież była gotowa do wybuchu, bo nie akceptowała tamtej rzeczywistości. Wystarczał więc byle zapalnik. Toteż w pierwszym swoim artykule „marcowym” pt. „Inspiratorzy”, wyklętym po wsze czasy, przeprowadziłem ostrą granicę między prowokującymi a sprowokowanymi. Chodziło mi też o uniknięcie za wszelką cenę rozlewu krwi, do czego dążyli „komandosi” – słynne „Studenci, robotnicy, żołnierze, krwawy Budapeszt”, sformułowane przez Antoniego Zambrowskiego. „Komandosi”, a z pewnością ich polityczni protektorzy, system ten doskonale znali, bo go tworzyli. Wiedzieli, że dalsze rozhuśtanie nastrojów, wciągnięcie w awanturę robotników, musi doprowadzić do przelewu krwi. Taki był mechanizm systemu. Oczywiście, zieloni politycznie polscy studenci nie mieli najmniejszego pojęcia o prawdziwych zamiarach sprawców Marca ’68. Im podsuwano hasła demokracji, zdjętych „Dziadów” itp. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdyby im się udało, to krew by się polała.

Czemu się nie udało? Poziom niezadowolenia społecznego był już przecież wysoki.
- Ponieważ „komandosi” nie wiedzieli czym żyje przeciętny Polak, którego los był im kompletnie obcy. Jako zapalnik próbowali uruchomić wywołaną przez nich sprawę „Dziadów”, co działało tylko na część studentów i część literatów. Inni wzruszali ramionami, mówiąc: „Jakie „Dziady”? To my jesteśmy dziadami”. „Komandosi” próbowali wprawdzie uruchomić robotników, ale byli zupełnie nieprzygotowani. Robotnicy żyli innymi problemami. Już dojrzali wiekowo i politycznie komandosi wyciągnęli z tamtej lekcji nauczkę i w 1980 r. byli dobrze przygotowani do kontaktów z robotnikami. Po drugie, zaskoczyło ich kompletnie użycie argumentu narodowościowego, na co reagowali stereotypem „antysemityzmu”, w tym wobec mnie. To paranoja! Ja im przecież nie kazałem się zbierać w wyłącznie w żydowskim gronie, ani Moczar ani Gomułka. Ta grupa młodzieży żydowskiej żyła w samoizolacji. Opowiadanie, że był to czysty przypadek stanowi oczywiste kłamstwo. Jaki przypadek? Przecież dobierali się według jakiegoś klucza, a był to klucz narodowościowy. Dlatego w wyklętym artykule „Inspiratorzy” pisałem m.in.: „Studenci, kocham i cenię waszą odwagę przekonań”, a jednocześnie apelowałem, by uczyli się patrzeć i rozróżniać, komu, o co, naprawdę chodzi. Oni przecież ryzykowali, mimo politycznej niedojrzałości walczyli za jakąś sprawę, chociaż do końca nie wiedzieli za jaką. Jednak cukiereczków za to nie oczekiwali. Pały były pałami, areszt aresztem, a relegacje z uczelni łamały życie raz na zawsze. Komandosi pokończyli niewiele później uczelnie zagranicą lub w kraju – polscy studenci nie. Komandosów nigdy nie kierowano do karnych kompanii, polskich studentów – tak. Moim przesłaniem było, że cenię ich ideowość, ale ostrzegam przed polityczną naiwnością. Moje artykuły wtedy już nie szły przez cenzurę, lecz Biuro Prasy KC. Toteż bardzo obawiałem się, że cytowany fragment zostanie wykreślony. Artykuł ten czytał sam Gomułka i nie zakwestionował tych słów. To dla mnie zagadka do dziś.

Marzec się jednak skończył V Zjazdem i wszystko zaklajstrowano. Nic się nie stało, budujemy dalej socjalizm, trąbka na odwrót zabrzmiała głośno, żadnych konsekwencji politycznych nie wyciągnięto z marcowej lekcji.
- Przed zjazdem w partii działy się bardzo ciekawe rzeczy, o czym dziś nikt nie pisze, bo jak tu mówić, że w parszywym PZPR mogło się dziać coś dobrego. Partia liczyła wtedy ok. 2 mln ludzi, a Marzec ’68 ożywił nurt narodowo-patriotyczny. Ci ludzie reagowali podobnie jak ja – chcieli poważnych zmian.

Zmian, ale o jakim charakterze?
- Ewolucyjnym. Zmiana ustroju aktem jednorazowym, rewolucyjnym była wówczas niemożliwa. Więcej, stanowiła zbrodniczą utopię, bo w Polsce popłynęłaby rzeka krwi. „Komandosom” chodziło też o zmiany, ale o lewackie, w kierunku trockistowskim, maoistowskim, a nie demokratycznym. O powrót tatusiów-stalinowców do władzy. Moją dewizą w tej sytuacji było powiedzenie jednej z bohaterek filmu Ryszarda Filipskiego „Gdzie woda czysta i trawa zielona”: „Jeśli już Pan Bóg spuścił nam na głowę ten socjalizm, to go przynajmniej dobrze róbmy”.

Co u Pana znaczyło „róbmy dobrze socjalizm”?
- Skoro partia sprawowała monowładzę i mieliśmy ograniczoną suwerenność, jakakolwiek naprawa musiała zacząć się w partii. Wszelkie inne próby były skazane na niepowodzenie. Funkcjonowaliśmy w systemie monopartyjnym, wówczas nie do ominięcia. Sama kampania przedzjazdowa toczyła się w atmosferze dużego ożywienia politycznego, spór dwóch orientacji w partii wywołał społeczne żądania zmian. W kampanii padały ciekawe żądania: rotacji kadr na najwyższych stanowiskach, dwukadencyjności na funkcjach obieralnych, demokratycznych wyborów do instancji partyjnych. Nie można było demokratyzować kraju bez demokratyzowania partii. W partii narastała fala roszczeń politycznych. Byłem wówczas bardzo aktywny, dużo jeździłem, przemawiałem, ideą przewodnią moich działań było „idziemy drogą Października”. Przez pewien czas byłem przekonany o nieodwracalności tego procesu.

Towarzysz Wiesław miał jednak inne zdanie. Kiedy przekonał się Pan o tym, że proces ten jest jednak odwracalny?
- Trudno o jakąś cezurę czasową czy faktograficzną. Ale było widoczne, że postulaty przechodziły do KW, tu je czyszczono - jeszcze nie do końca, lecz padały w KC, a przed salą kongresową umierały. Pamiętam symptomatyczny fakt. Artur Starewicz padł w wyborach na delegata w Zielonej Górze. Gomułka wściekł się i kazał Cyrankiewiczowi dopilnować jego wyboru z Krakowie. I tow. Cyrankiewicz dopilnował. Sam zjazd odbył się już bez żadnych niespodzianek, według starego wypróbowanego schematu. Wprawdzie niektórzy kandydaci do władz dostali dużo skreśleń, ale to wszystko. Listopadowy zjazd stanowił śmierć nadziei marcowych.

W książce Jerzego Brochockiego „Rewolta marcowa” pada Pańskie nazwisko w kontekście Pana przemówienia do kadry partyjnej MSW, co miało miejsce tuż po wspomnianym V Zjeździe. Autor prezentuje dwie wersje tego incydentu, nagłośnionego zresztą niesamowicie przez Wolną Europę. Jedno jest jasne, po tym wystąpieniu został Pan poddany represjom: zawodowym – zakaz publikowania na czas nieokreślony, politycznym – usunięto Pana z partii, policyjnym – cofnięto Panu paszport. Reszta jest dość niejasna. Zacznijmy od tego, co Pan powiedział zgromadzonym bezpieczniakom.

- Zaprosił mnie Komitet Zakładowy PZPR. Powiedziałem to, co setki razy głosiłem na różnych spotkaniach, w tym np. w Wydawnictwie MON.

Gdzie jak gdzie, ale w MSW doskonale wiedzieli kogo i o jakich poglądach zapraszają.
- Nie mogli nie wiedzieć, ich zawód to wiedzieć. Nie twierdzę jednak, że moje wystąpienie stanowiło rezultat rozstroju nerwowego. To była całkiem świadoma decyzja, że muszę to zrobić. Miałem świadomość, że – szczególnie na skutek propagandy zachodniej – jestem postrzegany jako tuba Moczara czy, według innych, Gomułki. Taki facet od doraźnej „antysemickiej” roboty. Chciałem z tej całej historii wyjść czysty, odciąć się od tego co się działo, a działo się wbrew woli, przekonaniom, chęciom i nadziejom większości Polaków.

Niemniej niektórzy zarzucają Panu, iż stanowił Pan element spisku wewnątrz moczarowców lub samych moczarowców. Nie miał Pan związków z Moczarem?
- Z Moczarem widziałem się może dwa razy. Nie byłem jego człowiekiem głosiłem własne poglądy i – jak Pan widzi – poglądów tych nie zmieniłem ani nie odwołałem, choć później wielu zaangażowanych wtedy po tej samej stronie, co ja, odszczekało swoje słowa. I skorzystało na tym. Gdy ktoś mnie zapytał na spotkaniu na Uniwersytecie Poznańskim czy jestem człowiekiem Moczara, odparłem: „Nie, ja jestem człowiekiem Gontarza i Polski”. Podobnie jak ja myślało wielu ludzi, z którymi byłem w kontakcie, ale nie był to żaden spisek, żadna sformalizowana struktura. Nie chcę, śladem tow. Kiszczaka, przypisywać sobie zasług w obalaniu Gomułki.

To proszę wymienić chociaż kilka nazwisk.
- Nic z tego, nie chcę im robić krzywdy. Nie wszyscy potem zdali egzamin z przyjaźni. Niektórzy, gdy już podpadłem, przechodzili na drugą stronę ulicy, nie poznawali mnie, mój telefon, kiedyś dzwoniący bez przerwy umilkł.

Proszę w końcu powiedzieć, czym Pan przeraził „naczalstwo” MSW.
- Na sali było z 500 SB-ków. Mimo to skoczyłem z trampoliny. Gdy mówiłem na sali było cicho, jak makiem zasiał. Zacząłem tak: „Czarno widzę przyszłość Polski” i dalej nastąpiła analiza sytuacji, mniej więcej taka, jaką dotychczas Panu przedstawiłem. Postawiłem tezę, że jeśli nie nastąpią zmiany, to w ciągu dwóch lat będziemy mieli wybuch społeczny. Powiedziałem, że „komandosom” udało się zmobilizować kilka tysięcy studentów, a kierownictwo partii i zjazd nie wyciągnęły z tego żadnych wniosków, zachowuje się, jakby nic się nie stało i „karawan jedzie dalej”. Odwoływałem się do własnych doświadczeń ze spotkań, a także do mnóstwa listów, które wówczas otrzymywałem. Przywołałem ponadto swój artykuł w obronie studenta, który zgłosił się do mnie, skarżąc się, że bez żadnej racji wywalono go z Uniwersytetu. O dziwo, artykuł przeszedł. Był zresztą cytowany przez agencje zachodnie, zajmujące się mną bardzo „troskliwie”. Interweniowałem w jego sprawie kilkakrotnie, osiągnąwszy w końcu przywrócenie mu praw studenckich. Dziś jest on posłem partii bardzo mi wrogiej, pominę więc nazwisko, by nie psuć mu kariery. Takich przypadków było zresztą wiele.

Uczestniczył Pan w spotkaniach z młodzieżą?
- Bardzo często. Wielokrotnie zaczynało się w bardzo wrogiej atmosferze, po czym dochodziliśmy do porozumienia. Nie widziałem zresztą sensu, by kwestionować, że młodzieży zaczęto coś wyjaśniać dopiero po tym, jak spadły na nich pały. Studenci mieli prawo czuć się zgorzkniali. W pierwszych dniach wydarzeń marcowych rozmawiano z młodzieżą przy pomocy pałek. Przed i jeszcze jakiś czas po wiecu na UW istniała blokada informacyjna. Powstaje pytanie: dlaczego?

Może rację ma Brochocki, który twierdzi, że obie strony dążyły do konfrontacji w myśl zasad „teraz lub nigdy”, „albo my ich albo oni nas”. Na takim rozwoju sytuacji zależeć więc miało zarówno MSW jak i „komandosom”.
- W zasadzie tak. Tylko że „komandosi” nie mieli czasu, nie mogli się spóźnić, ich frakcja w partii w państwie przegrywała, dla nich był ostatni dzwonek. Gdyby nie czerwiec 1967 r., to by poczekali, ale po czerwcu w zawrotnym tempie frakcja puławska zaczęła tracić pozycje. Z wojska za brak lojalności wobec państwa usunięto mnóstwo wyższych oficerów. Zresztą w żadnej normalnej armii na świecie takich postaw by nie tolerowano. Prasa rozpoczęła ostrą kampanię antysyjonistyczną. Frakcja „partyzantów” przystąpiła do ataku, choć nie była to jeszcze wojna na całego. Niemniej ziemia zatrzęsła się pod nogami „puławian”. Wiedzieli, że „teraz albo nigdy”, bo pękła bariera nietykalności. Po raz pierwszy w PRL zaczęto pisać, że istnieje coś takiego jak nacjonalizm żydowski, co dotąd stanowiło tabu. Mniejszość żydowska w Polsce korzystała z niezwykłego parasola ochronnego, a tu parasol zamknięto. Był to cios niesamowity.

Nie spodziewali się?
- Spodziewali, ale myśleli, że „partyzanci” nie zdobędą się na to. Przed Marcem nagle pojawiły się dwa rodzaje ulotek. Jedne ostrzegające przed „antysemityzmem” oraz inne – z których wynikało, że wszyscy „na górze” to Żydzi. Jakby chodziło o uprzedzenie mającego nastąpi ruchu: „Uważajcie, bo to się źle skończy, antysemityzm jest nielubiany ani na Zachodzie, ani na Wschodzie”.

A co na to Gomułka?
- Gomułka mógł się spodziewać wszystkiego tylko nie absurdalnego posądzenia o antysemityzm. O „piątej kolumnie” mówił z przekonaniem, wycofał to sformułowanie z przyczyn taktycznych. Przypomnę, że w latach 1944-45 też sprzeciwiał się inwazji personalnej Żydów na aparat bezpieczeństwa i kluczowe stanowiska państwowe, bo „szkodzi to naszej sprawie”, tzn. sprawie komunizmu.

Wracając do spotkania w MSW. Czy kogoś atakował Pan personalnie?
- Tak, Kliszkę i Gomułkę. Potem padło kilka pytań, dwie osoby z lekka odcięły się od mojego wystąpienia. Gdy jednak wychodziłem, słuchacze urządzili mi owację na stojąco. Nigdy nie doświadczyłem aż takiej reakcji.

Skąd ta reakcja?
- Przecież ci ludzie wiedzieli wszystko, lub prawie wszystko. Ich zadaniem było m.in. informowanie o nastrojach społecznych. Nie mogli nie przewidywać do czego to prowadzi. Niemniej po moim wyjściu I sekretarz KZ poprosił, aby zebrani jeszcze chwilę pozostali. I wtedy odbył się sabat czarownic. Wszyscy mnie potępiali, mimo że kilka minut wcześniej owacyjnie klaskali.

Do tego jeszcze wrócimy. Teraz proszę powiedzieć o cenie tego wystąpienia.
- Wysoka, bardzo wysoka. Spodziewałem się, że nie pogłaszczą mnie za to po główce, ale represje przekroczyły moje najgorsze oczekiwania: bezterminowy zakaz pisania, blokada paszportowa, wykluczenie z partii w tempie ekspresowym. Towarzyszyła temu wściekła nagonka zachodnich mediów, głównie RWE, która przez cały dzień nadawała komunikat o „trzęsieniu ziemi na Rakowieckiej”. Pozorny paradoks, antysocjalistyczne radiostacje w sojuszu z kierownictwem bezpieki i partii komunistycznej. Ale tylko pozorny. Zresztą pod opieką „wolnych” radiostacji pozostawałem długo. Zostałem bez pracy i środków do życia. Często nie miałem po prostu co jeść. Byłem trędowaty. Pisanie pod pseudonimami szybko się skończyło.

Nikt Panu nie pomógł?
- Aż tak źle nie było. Pomógł mi Kazio Kąkol – naczelny „Prawa i Życia”, bardzo dużo ryzykując, bo wiedział, że poprzednie moje próby kończyły się dochodzeniami w redakcjach, a za pomoc Gontarzowi można było zapłacić zakończeniem kariery. Kąkol zachował się wspaniale, a także sekretarz redakcji. Dzięki nim mogłem zjeść śniadanie, obiad i kolację. Nie zawsze, czasami był to jeden posiłek, ale to ogromna różnica, nie jeść wcale albo raz. Cała operacja wyglądała tak: pisałem pod pseudonimem, Wiktor Szpada, a wierszówki wypisywano na zastępcę Kąkola – potem sekretarza redakcji. Wyśledziła mnie jednak Wolna Europa, która złożyła następujący donos do kierownictwa partii: „W „Prawie i Życiu” w numerach z 23 marca i 23 kwietnia ukazały się artykuły o charakterze donosicielskim, ostro krytykujące stosunki na polskiej estradzie i w kierujących nią instytucjach. Artykuły miały wspólny tytuł „Komu piosenkę”, a podpisane były Wiktor Szpada. Otóż tym Wiktorem Szpadą jest Ryszard Gontarz ... którego kierownictwo PZPR zakazało drukować”. Dalej RWE demaskuje pseudonimy Kąkola.

Donosiciele oskarżają o donosicielstwo.
- Nic nowego. W uniemożliwianiu mi życia był zaangażowany osobiście Kliszko. Wiele lat później ktoś mi powiedział, że mechanizm ten był dość wyszukany: informację o tym, że piszę gdzieś pod jakimś pseudonimem z polecenia Kliszki przekazywano na Zachód, stamtąd ją przekazywano do kraju, a wtedy on, tow. Kliszko reagował. Imano się także prowokacji, aby wrobić mnie w aferę kryminalną, m.in. próbowano wręczyć mnie łapówkę za rzekome załatwienie komuś samochodu. Skala zaciekłości była więc ogromna.

Czemu jednak „zapis” na Gontarza trwał po nastaniu Gierka?

- I tu zaczyna się zagadka. Po spotkaniu ze mną w MSW nastąpiły sądne dni. Poleciały głowy – m.in. usunięto I sekretarza KZ, zdjęto ze stanowiska i wyrzucono z pracy zastępcę dyrektora departamentu Tadeusza Walichnowskiego. Natychmiast po objęciu władzy przez Gierka zespół powołany przez egzekutywę KZ PZPR w MSW przeprowadził rozmowy z osobami represjonowanymi w Ministerstwie, w rezultacie których udzielono im satysfakcji moralnej i służbowej. Wielu moich znajomych uważało, że teraz przyszedł mój czas. Niektórzy zapytywali nawet, skąd wiedziałem, że wybuch nastąpi za dwa lata. „Musiałeś mieć przecieki” – twierdzili. Nie przychodziło im do głowy, że można analizować, przewidywać. No, ale taki był system.

Tymczasem nadal był Pan na cenzurowanym, „Wolna Europa” nadal szczuła na Pana, a „towarzysze” widocznie przyznawali rację „wrogiej radiostacji”. Przyczyna Pańskiej izolacji musiała być o wiele poważniejsza niż „nieodpowiedzialne” wystąpienie w MSW.
- Na początku stycznia rozmawiałem z członkiem Politbiura i sekretarzem KC, deklarującym się jako mój przyjaciel, Stefanem Olszowskim. Rozmowa przebiegała bardzo dobrze, dla niego mój powrót do czynnego życia zawodowego był oczywisty, pytał co i gdzie chcę robić. Wiele lat później przeczytałem protokół z posiedzenia Politbiura, też ze stycznia 1971 r., na którym Olszowski mówił mniej więcej tak: „Do czego to dochodzi. Wystąpiła nawet do mnie grupa towarzyszy z petycją żądając rehabilitacji Gontarza”. Przeczytałem to z dużym zaskoczeniem, tym bardziej że Olszowski kiedyś odważnie upomniał się o mnie.

Czy odkrył Pan źródło kontynuacji represji po Grudniu ’70?
- Nastąpiłem na minę, na którą wcale nie składały się sprzeczności w łonie „moczarowców”, albo spisek przygotowywany przez Moczara. Spisek istniał, także w kołach MSW, ale organizowany przez kogo innego.

To niech Pan zdradzi tajemnicę.
- Niech Pan sobie przypomni wiec aktywu partyjnego w sali kongresowej Pałacu Kultury 19 marca 1968 r. W pewnym momencie zebrani zaczęli skandować: jedni – „Wiesław”, drudzy – „Gierek”. Nazwisko Gierka skandowała organizacja partyjna dzielnicy Wola, na której czele stał Łukaszewicz. Prócz skandujących, zaskoczeni byli wszyscy, z Gomułką włącznie. Nie jest więc insynuacją, że – zważywszy na błyskawiczny awans Łukaszewicza za Gierka – ujawniła się wtedy jedna z sił, które doprowadziły do upadku Gomułki. Przecież takie rzeczy nie działy się wówczas spontanicznie.

Mówi Pan jak Pytia. Rzucił Pan świadomie rękawicę w jaskini lwa, poniósł Pan określone konsekwencje, to zrozumiałe. Mniej zrozumiale jednak wygląda rozmiar rzezi w aparacie służbowym i partyjnym MSW, wielokrotne zebrania, protokóły, indywidualne rozmowy „wyjaśniające” z 500 funkcjonariuszami bezpieki. Zważywszy nawet na charakter tego systemu i szczególne miejsce tego resortu w systemie, reakcja była nieproporcjonalna do sprawy. Widocznie ktoś lub kilka osób wysoko usytuowanych w hierarchii MSW przeraziło się. Wyobrażali sobie, że wie Pan więcej niż rzeczywiście Pan wiedział. Jeśli rozumuję prawidłowo, powstaje pytanie, kim byli ci ludzie?
- A zna Pan łacińską maksymę „nomina sunt odiosa”?

Znam, ale minęło już ponad 30 lat od tamtej sprawy.
- Lecz ludzie i powiązania pozostali, a instytucja „nieznanych sprawców” funkcjonuje nadal sprawnie. Wrogów mam i tak bez liku i to aktywnych.

Wrócił Pan do publicystyki?
- Próbowałem. Napisałem artykuł „Po przerwie” w „Prawie i Życiu” pod pseudonimem. Rzecz dotyczyła afery, ale wnioski wyciągałem polityczne.

Jak dzisiaj, po 11 latach tzw. transformacji ustrojowej, patrzy Pan na PRL? Chociaż ma Pan lewicowe poglądy, to pupilkiem „władzy ludowej” Pan nie był.
- Mimo moich dramatycznych doświadczeń, nie oślepłem z nienawiści. Widzę i to co było straszne, zbrodnicze, i to, co było – moim zdaniem – dobre, słuszne i sprawiedliwe. O złym mówią i piszą prawie wszyscy, o dobrym - nieliczni. A jednak coraz więcej Polaków, których skrajny, wręcz XIX-wieczny liberalizm gospodarczy pozbawił podstawowego prawa ludzkiego – prawa do pracy... do życia, wspomina z tęsknotą PRL, zapominając wszystko, co było złe. Dziś rosną fortuny nielicznych, i przerażająco szerzy się nędza. Szaleje korupcja. Rozprzestrzenia się przestępczość zorganizowana. Przed ponad 30 laty mówiłem, że czarno widzę przyszłość Polski. W grudniu 1970 r. moje przewidywania niestety sprawdziły się. Dzisiaj znowu mówię: czarno widzę przyszłość Polski. Nie tęsknię do czasów PRL, co w moim przypadku jest oczywiste. Z przerażeniem jednak patrzę na wyprzedaż majątku narodowego – dorobku dwóch pokoleń Polaków, z przerażeniem obserwuję wytracanie naszej dopiero co odzyskanej suwerenności. Oby odezwał się instynkt samozachowawczy narodu. Czas ku temu najwyższy!

Rozmawiał: Zbigniew Lipiński

Informujemy, że Jerzy Brochocki, autor książki "Rewolta marcowa", to Ryszard Gontarz. Ukazały się dwa jej wydania, autor za życia nie chciał ujawniać swojego autorstwa tego opracowania.

Dzial: