Poeta narodu i miłości

pastuszewski.jpg
„Nie stosuję podziałów między ZLP a SPP, choć różnice w szanowaniu się i „szanowaniu literatury” widzę bardzo wyraźne. Dla mnie jako wydawcy liczy się klasa utworu, ale też jego polskość i poziom etyczny” – mówi w wywiadzie dla „Myśli Literackiej” Stefan Pastuszewski, pisarz i wydawca.

Głośno było o Panu podczas istnienia „Solidarności” a zwłaszcza tzw. wypadków bydgoskich. Jaką rolę Pan w nich odegrał?
- Byłem w składzie delegacji „Solidarności”, która 19 marca 1981 roku brutalnie wyrzucono z gmachu WRN. Opisałem to wydarzenie z dokładnością co do minuty, co potem stało się dla historyków źródłem analiz. Reperkusje „wypadków bydgoskich” trwały kilka miesięcy: byłem wtedy rzecznikiem prasowym Regionu Bydgoskiego „Solidarność”. Wszystko wskazuje na to, że po 19 marca 1981 roku władza komunistyczna podjęła decyzję o siłowym rozwiązaniu problemu o nazwie „Solidarność”.

Czy był Pan internowany?
- Zostałem internowany na 4 miesiące, potem kilkakrotnie aresztowany i więziony a także skazany na rok pozbawienia wolności. W sumie w latach osiemdziesiątych XX wieku spędziłem za kratami blisko 2 lata. Przez 10 lat pozostawałem bez pracy zarobkowej. Nie żałuję, to się Polsce ode mnie należało.

W jakich okolicznościach został Pan prezydentem Bydgoszczy?
- Wiceprezydentem Bydgoszczy byłem w latach 1994-1998. Był to efekt działalności niepodległościowej. Po prostu ludzie mi zaufali, kazali iść „do władzy”. Ponadto działając w podziemiu nauczyłem się pracy z ludźmi w trudnych warunkach. Konspiracja uczy większej odpowiedzialności, bo nikt nie weryfikuje poszczególnych decyzji. Praca w samorządzie lokalnym jest na własną odpowiedzialność. Podstawowa umiejętność samorządowca, to szybkość podejmowania trafnych decyzji.

Założył Pan po 1989 roku Wydawnictwo „Świadectwo”. Czy zajmuje się Pan tylko edytorstwem?
- Lubię pracę w strukturach lokalnych, kocham swoją Bydgoszcz, więc od 1990 roku jestem nieprzerwanie radnym miejskim. Nie najstarszym wiekiem, ale stażem.

Czy przedkłada Pan członków ZLP (literaci) nad SPP (pisarze) lub odwrotnie?
- Nie stosuję podziałów między ZLP a SPP, choć różnice w szanowaniu się i „szanowaniu literatury” widzę bardzo wyraźne. Dla mnie jako wydawcy liczy się klasa utworu, ale też jego polskość i poziom etyczny. Na przekroczenie pewnych barier się nie godzę, takich jak propaganda homoseksualizmu, traktowanie kobiet jak przedmioty, wyśmiewanie się z wierzeń religijnych, epatowanie seksem i przemocą.

Wkrótce powstał ceniony w kraju miesięcznik „Akant”, którego został Pan zastępcą redaktora naczelnego. Jaki profil wyznaczył pismem zespół redakcyjny?
- Jestem od 1998 roku wydawcą ogólnopolskiego miesięcznika literackiego „Akant” i sekretarzem jego redakcji. A więc jest to systematyczna praca twórcza i rzemieślnicza zarazem. Martwię się o następców, bo któż te dwie cechy jest w stanie połączyć? A na dodatek codzienna walka o pieniądze. Czasopismo literackie bowiem, to także materia. Najwięcej kosztuje druk i korespondencja. No i oczywiście utrzymanie lokalu redakcji. Czasem apeluję do twórców o solidarne, choć drobne wsparcie – przecież to wasz interes! – piszę… Zazwyczaj napotykam na zrozumienie, choć czasem młodzi, nieopierzeni autorzy żądają pieniędzy za wiersz, myśląc, że pisarz to intratny zawód. Mam do wyboru: albo płacić honorarium i po dwóch numerach czasopismo zamknąć, albo nie płacić i „czołgać się” jakoś do przodu. Przez 20 lat nauczyłem „się czołgać”. Codziennie siedzę w redakcji, ale to także miejsce spotkań różnych grup, różnych ludzi. W mieszkaniu prywatnym byłoby to niemożliwe, bo żona, dzieci, pies… W kawiarni także, gdyż nawet filiżanka herbaty kosztuje.

Kiedy Pan zaczął pisać własne utwory literackie?
- Pisać zacząłem w wieku 12 lat. Końcówka ówczesnej szkoły podstawowej. Zaczęło się od zakochania się. Wzorowałem się wówczas na Leopoldzie Staffie, którego wersyfikację zacząłem naśladować.

Jest Pan – mogę tak nazwać „poetą miłości”. Wiersze liryczne, erotyki, sonety, to Pana specjalność. Jakie znaczniejsze utwory poświecił Pan tematowi miłości?
- Dziękuję Stanisławowi Stanikowi za tytuł „poeta miłości” i za głęboką recenzję w 13-14 numerze „Myśli Polskiej” z 2017 roku. Zaczęło się od miłości i to cały czas trwa. Miłość niekoniecznie do konkretnego przedmiotu-podmiotu. Miłość jako stan zachwytu, uwielbienia, dawania siebie drugiemu i światu. W zasadzie są dwa główne tematy literackie: miłość i śmierć. O śmierci też trochę piszę, ale główne antypodyczne wobec miłości. Ona mnie jeszcze nie fascynuje. Za wcześnie.

Niedawno wydane sonety są pastiszem „Sonetów” Petrarki. W jakim stopniu poeta, a w jakim stopniu kobieta byli inspiratorami Pana utworów miłosnych.
- Francesco Petrarka kochał idealistycznie. Moje sonety „Ziarna płonące” nie są pastiszem jego sonetów. Korzystałem tylko z jego wzorców weryfikacyjnych. A sonet, jak to sonet, ma swoją budowę, ramy, które pozwalają ująć „burzliwe wody miłości” w pewną, bardziej zrozumiałą dla odbiorcy, a przede wszystkim bardziej zdyscyplinowaną, mniej chaotyczną konstrukcję.

Co może Pan powiedzieć o ostatniej damie, którą darzy Pan sentymentem? W swoich sonetach przemilcza Pan wiadomości o niej.
- Owa dama istnieje i nie istnieje, a jeśli istnieje to na krótko. Odległość, która nas na co dzień dzieli wzbudza emocje i wyobraźnię. Uważam, ze najlepiej pisze się z „niedoboru”, ale jednak przeważnie „z braku”. „Brak” bowiem degraduje człowieka. Straszliwe są „wiersze” młodych kobiet tęskniących, czy ludzi chorych, a tak bardzo pragnących zdrowia. Udowodnił to Józef Tischner, mówiąc – w oparciu o swoje doświadczenie – że „nadmiar cierpienia upadla”.

O czym Pan pisze jeszcze poza miłością?
- Piszę o sprawach społecznych, o wspólnotach ludzi – jak powstają i jak się degradują. Interesuje mnie ulica, codzienność, zwykłość. Jak napisać, żeby to było niezwykłe? Tak jak niezwykłe jest każde życie i każda chwila. Trzeba tylko uważnie i z miłością spoglądać.

Skąd Pana zainteresowanie Inflantami, którym poświęca specjalny dodatek do „Akantu’’?
- Inflanty są niemal na tej samej szerokości geograficznej co Kujawy z Bydgoszczą na czele, a więc jest mi klimatycznie do nich blisko. No i ten tam, choć bardziej wyrazisty, krajobraz polodowcowy. Jestem wzrokowcem, odbieram świat obrazami. Ale najważniejsze, że na Inflantach, tak jak w Szkocji narodził się romantyzm. To znaczy, na szeroko pojętych Inflantach, więc z Litwą i Białorusią. Północny Wschód Europy to kolebka polskiego romantyzmu, z którego wyrastam. Fascynuje mnie także tygiel kultur, narodów i wyznań, który tam jest, a którego w Polsce już nie ma. Kocham bowiem starą wielonarodową Polskę, z dominującą oczywiście polską kulturą, która tak niegdyś przyciągała inne narody, aż do ich denacjonalizacji.

Jakie jest Pana zdanie na temat nurtu narodowego we współczesnej Polsce.
- Ruch narodowy bardzo cenię, o ile nie jest on ważny innym nacjom, a służy pielęgnowaniu i doskonaleniu własnej nacji i kultury. Pomagam młodym narodowcom z różnych organizacji, także w tym, jak unikać szowinizmu. Na Inflantach wszędzie szukam Polski i wszędzie ją znajduję.

Nad czym Pan obecnie pracuje?
- Obecnie piszę wielką monografię naukową na temat relacji staroprawosławia z Rzeczpospolitą, z Polakami i z polskością. To kontynuacja mojego doktoratu z historii. Przy okazji piszę wiersze. Mniej niż kiedyś, ale piszę. Cieszę się, z tego bardzo.

Rozmawiał: Stanisław Stanik
fot. Radio PiK
Myśl Literacka, nr 107, czerwiec 2017