Kwiat kalafiora

stan.jpeg
„Kto wie, czy obniżenie, tudzież po prostu odebranie emerytur, nie dotknie po prostu wszystkich aktywnych zawodowo w PRL? Ktoś był za młody? To również żaden problem, wszak każdy miał kogoś (tatusia, dziadziusia, ciocię) w jakiejś komuszej agendzie, mającej za jedyny cel „zniewalanie Polski” – w partii, SD, ORMO, ZBoWiD-zie, TPPR-ze czy innym PAX-ie” – pisze Maciej Motas

„Było to ostatnie popołudnie roku 1977. Gabriela i Ida wędrowały sobie ze swoimi zakupami przez ulice Poznania, a wokół nich, w szarym powietrzu, unosiły się upojne sylwestrowe fluidy. Restauracje i kawiarnie, świetlice i kluby studenckie, sale konferencyjne i stołówki zakładów pracy, Wojska Polskiego, Służby Zdrowia, Milicji Obywatelskiej i ORMO, jadalnie szkolne i liczne klasopracownie oraz wszystkie inne nadające się do tego celu pomieszczenia udekorowane bladymi serpentynami z ubocznej produkcji papierniczej, zegarami wyciętymi ze styropianu i obowiązkowo wskazującymi za pięć dwunastą, dowcipnymi malowidłami o podtekście uczuciowym lub frywolnym, koszmarnymi kominiarzami ze szczotką, a także gigantycznymi maseczkami z brystolu, wysmarowanego czarną plakatówką i posypanego tak zwanym błyszczem. Zakupiono ogromne ilości napojów alkoholowych i Pepsi-Coli, ryb w galarecie, pieczeni rzymskiej i sałatek garmażeryjnych. Wszystko wokół dyszało oczekiwaniem szampańskiej nocy.

Po chodnikach i jezdniach całego miasta, dławiąc się w kłębach niebieskawych, czarnych i brunatnych spalin samochodowych tupały tysiące zaoferowanych obywateli PRL, taszcząc w zgrabiałych dłoniach paczki, siatki i butelki. Do kas sklepowych płynęły strumienie żywej gotówki, powiększając tylko ogólne zamieszanie. Przed zakładami fryzjerskimi i wewnątrz nich odbywały się sceny dantejskie. Gdzie indziej znów dowieziono szampana i to powodowało natychmiastowe utworzenie się na chodniku wiru o kilku epicentrach. Przechodnie mieli w oczach gorączkowy blask – melanż podniecenia łowieckiego i nadziei na odwrócenie nurtu codziennej bylejakości przy pomocy szaleństw sylwestrowych”.

Przywołany powyżej barwny, nomen omen świąteczno-sylwestrowy, opis pochodzi z młodzieżowej powieści „Kwiat kalafiora” autorstwa Małgorzaty Musierowicz. Czy książka wejdzie do nowego kanonu lektur, nie sądzę, pewne jest jednak, że ciągle jeszcze większość Polaków pamiętających PRL w podobny sposób wspomina ówczesną rzeczywistość. I dzieje się tak pomimo zmasowanych, trwających od blisko ćwierćwiecza wysiłków całej niemal klasy politycznej (wszak PiS i PO nieustannie licytują się o tytuł większego antykomucha) wspomaganej w dziele oczerniania i zohydzania PRL-u, wszelkimi dostępnymi środkami, przez instytucje w rodzaju IPN-u. Używane do tego celu są również instrumenty karno-prawne (ostatnio pojawił się np. projekt penalizacji pochwalania „zbrodni stanu wojennego”). Na nic zdaje się jednak objawiana Polakom, przez coraz to młodszych wiekiem historyków, prawda o rządach krwawej i wszechpotężnej bezpieki. Na nic tysiące publikacji, sprowadzających się do rozmaicie jedynie modyfikowanych opisów krwawej łaźni, jaką Polakom zgotowali czerwoni oprawcy.

Przeciętny Kowalski z PRL-u pamięta pomimo tego wszystkiego względny spokój i stabilizację życiową, problemy z artykułami nieco tylko wykraczającymi poza asortyment pierwszej potrzeby (AGD o własnym samochodzie nie wspominając), ale także i wysoką kulturę (muzyka, teatr, film) i tanią książkę. O SB słyszał niewiele kto, a MO i ORMO kojarzyły się zaś bardziej z utrzymywaniem ładu i porządku, niźli z krwawym aparatem terroru. Wojsko Polskie traktowane było jako nasze, nie czerwone i nie ludowe, zaś o opozycji, z perspektywy której opisuje się obecnie całe niemal powojenne półwiecze, przez całe lata 70. nikt nic nie wiedział.

Zupełnie innego zdanie są jednak obecnie rządzący, którzy dokonując upośledzenia coraz to nowych grup zawodowych ludzi aktywnych w Polsce Ludowej, w niczym nie ustępują impetowi rewolucyjnemu tak bardzo nienawistnych sobie bolszewików. Partię „dobrej zmiany” cechuje w tym względzie iście stachanowski zapał. Po milicjantach, żołnierzach i strażakach (wszystkich ich można jeszcze pokazowo zdegradować) przyjdzie zapewne kolej na nauczycieli aktywnych zawodowo w PRL (wszak wiadomo, czego uczyli), lekarzy (tu da znać szczególna niechęć rządu, w szczególności zaś jednego z ministrów, do tego zawodu) i prawników (jednak z wyraźnym wyłączeniem „Wallenroda” komunistycznej palestry – senatora Stanisława Piotrowicza).

Kto wie, czy obniżenie, tudzież po prostu odebranie emerytur, nie dotknie po prostu wszystkich aktywnych zawodowo w PRL? Ktoś był za młody? To również żaden problem, wszak każdy miał kogoś (tatusia, dziadziusia, ciocię) w jakiejś komuszej agendzie, mającej za jedyny cel „zniewalanie Polski” – w partii, SD, ORMO, ZBoWiD-zie, TPPR-ze czy innym PAX-ie. Wszak każdy obywatel PRL dokładał jakąś cegiełkę do budowy gmachu ówczesnego państwa, które, jak chcą tego dzisiejsi włodarze Polski, nie było żadnym państwem, a ledwie jakimś ułomnym kikutem, atrapą państwa, tak naprawdę zaś kolejnym wrażym zaborem z obcą władzą, obcym wojskiem, obcą szkołą, zręcznie jedynie maskowanym przez mniej lub bardziej udolną propagandę, skierowaną jak widać z powyższego cytatu, także i do młodzieży.

Maciej Motas