Nieznany Jerzy Szaniawski

zegrzynek.jpg
W książce „Jerzy Szaniawski” Krystyna Nastulanka napisała o autorze „Dwóch teatrów”, że: „Wiódł na pozór spokojne i niezależne życie ziemianina. Przypadł mu z urodzenia ten rodzaj luksusowej egzystencji, o jakiej marzy wielu ludzi pióra: izolacja – i byt niezawisły od dochodów literackich”.

Wydawałoby się, sądząc po tych słowach, że dramaturg z Zegrzynka miał życie sielskie. Tak by się wydawało, biorąc pod uwagę, że popularny i wzięty twórca, który przed wojną zbierał niemałe tantiemy, odziedziczył po rodzicach nie mniej pokaźny majątek. Obejmował 50 ha użytków rolnych, znaczne połacie lasu, ogród owocowy i warzywny, teren rekreacyjny i okazały dworek murowany, wokół którego stały domki letniskowe. To wszystko przeszło na własność pisarza z zapisu testamentowego ojca, który zmarł w 1929 roku.

Ziemiańskie tradycje rodziny Szaniawskich znane są od XV wieku, kiedy to protoplaście rodu nadano dobra w Ziemi Łukowskiej. Ojciec znakomitego dramaturga, Zygmunt, żyjący ponad 100 lat temu, zdobył wykształcenie rolnicze, zajmował się guwernerką w dworach ziemiańskich. Kiedy w Zegrzynku szwagier, Stanisław Kropiwnicki, założył nowoczesny młyn, Zygmunt Szaniawski został jego zarządcą. Młyn wkrótce spłonął, szwagier przekazał Zygmuntowi za niewielką odpłatnością dobra zegrzyneckie. Syn Zygmunta, Jerzy, przyszedł na świat nie na Litwie, jak ojciec, ale przy zbiegu Narwi i Wisły.

Chcąc podjąć tradycję ojca, zapisał się na studia w Instytucie Agronomicznym w Lozannie. Po powrocie do kraju, nie kwapił się do pracy w rolnictwie. Miał trudności w wysławianiu się i był trudny w kontaktach. Słabość natury przezwyciężył wynikami swej pracy pisarskiej. Zadebiutował mając 26 lat, ale wkrótce wspiął się na wyżyny osiągnięć artystycznych. Napisał znakomite komedie: „Murzyn” (1917), „Ptak” (1923), „Żeglarz” (1925), „Adwokat i róże” (1929). Po początkowych kłopotach z wydaniem swoich utworów stał się głównym sukcesorem tradycji rodzinnej (w której ziemiaństwo łączyło się z pisarstwem) i to on, a nie starszy brat, Władysław, odziedziczył większość schedy.

Zygmunt Szaniawski przed śmiercią spisał testament, który rozstrzygnął sprawę spadku, w następujący sposób: „Będąc zdrowym na umyśle i ciele spisuję ostatnią moją wolę: majątek mój składa się z folwarku Stoczek, który jest położony w powiecie pułtuskim. Oba te folwarki w województwie warszawskim posiadają odrębne hipoteki, nadto w Zegrzynku jest inwentarz gospodarski żywy i martwy, a także domowy, jaki znajduje się w Stoczku, należy do żony syna mego, Władysława, Zofii, wszakże wielka różnica, jaka zachodzi w charakterach synów moich, Władysława i Jerzego, nie pozwala mi na równy podział majątku, jakbym tego pragnął. Charakter Władysława z czasem mógłby doprowadzić do utraty majątku i braku środków utrzymania dla siebie i żony swojej. Cały więc majątek mój zapisuję drugiemu synowi mojemu, Jerzemu”.

Jerzy Szaniawski nie lubił cywilizacji, uwielbiał dziką i nieskażoną naturę. Prowadzeniem gospodarstwa zajmował się rządca Jan Kucharski, pensjonatem zawiadywała Apolonia Kędzierska. Był pomysłodawcą i projektantem wielu przedsięwzięć, lecz bezpośrednio nie brał udziału w żadnym z nich. Tak więc kierował pracami przy zakładaniu wspaniałego rosarium z tysiącem egzotycznych róż, które tak bardzo lubiła jego matka, Wanda, sprowadził niespotykane odmiany drzew owocowych, często wyprawiał się w pole i do lasu, aby przypatrzeć się przyrodzie, a przy okazji godzinami obmyślać swoje nowe utwory. Z wycieczek powracał wzbogacony o kontakty z ludźmi z najbliższej okolicy, a niektóre swoje spostrzeżenia i doświadczenia przelewał na papier. To tylko pozór, że twórczość Szaniawskiego stoi w oderwaniu od życia – wszystko, co go otaczało, budziło jego żywe zainteresowanie, przenikało do pisarstwa.

Twórca, który w 1930 roku otrzymał Państwową Nagrodę Literacką, a trzy lata później wszedł do Polskiej Akademii Literatury, musiał opuścić Zegrzynek podczas kampanii wrześniowej. Niemcy zarekwirowali majątek, a w dworku trzymali konie. Wraz z administratorem, znalazł przytułek u rodziny Natolskich, której dwaj najmłodsi przedstawiciele zginęli w czasie działań wojennych. Los rzucał Szaniawskiego po różnych miejscach: przez Pawiak, Pruszków, do Krakowa, gdzie zaraz po wojnie zamieszkał w Domu Literatów przy ul. Krupniczej 22. Jak na milczka i samotnika wiódł życie barwne i bogate. Wszedł w szeroki krąg towarzyski. Niestety, w 1947 roku radziecki „Tieatr”, a po nim Melania Kierczyńska, w Polsce przypuścili atak na irracjonalizm i mistycyzm jego utworów, po czym od 1949 roku teatry przestały wystawiać jego sztuki. Pisarz znalazł się bez środków do życia.

Jedynym wyjściem z sytuacji, kiedy go wyszydzono i „wyklęto” był powrót do Zegrzynka i odosobnienie. Dworek znajdował się w całkowitej ruinie, ziemia była posiekana rowami obronnymi, wszystko zniszczone i zdewastowane. Jeszcze raz Szaniawski zdał się na Kucharskiego i wybrnął z najgorszych kłopotów, ale warunki życiowe w Zegrzynku urągały przyzwoitości. Do zamieszkania nadawały się dwa pokoje, kanalizacji nie było, wodę należało nosić z Narwi, musiało wystarczyć jedno ubranie, a zimą zupa marzła na talerzu.

Ciężkie warunki życia pisarza wzięły się nie tyle z jego niezaradności, ile z polityki fiskalnej państwa. W 1950 roku nałożono na niego ponad pół miliona złotych podatku, a że nie mógł go uiścić, zaciągnął pożyczki, sprzedawał, co mógł i… klepał biedę. Do rangi symbolu urasta anegdotyczne zdarzenie, kiedy musiał oddać masło w kontyngencie a ponieważ krowy nie dawały mleka, masło kupił od chłopów. To początek historii. Urzędnicy w odruchu zemsty, że wybrnął z sytuacji, wlepili mu karę za to, że… oddał margarynę.

Źle wiodło się mu w Zegrzynku do połowy lat pięćdziesiątych. Zajęty sprawami codziennymi pisarz nie mógł nawet znaleźć czasu na pisanie. W latach sześćdziesiątych Związek Literatów Polskich ujął się za nim, zwolnił z podatków, pewne prace przy renowacji dworku wykonano na koszt państwa. Szaniawski miał wszelkie warunki po temu, aby łączyć ze sobą obowiązki literata i ziemianina. Niestety, dziwne fatum sprawiło, że wziął za żonę (w wieku 75 lat) kobietę trudną we współżyciu, która jak się okazało chorowała psychicznie.

Autor „Dwóch teatrów” był już człowiekiem starym, osaczonym przez nieprzyjaznych mu ludzi i bezwolnym. O ile po wojnie, w latach krakowskich, pisał piękne komedie, potem w Zegrzynku w latach pięćdziesiątych stworzył wspaniałe opowiadanie z cyklu „Profesor Tutka” i dwie jednoaktówki, obie grane w telewizji, teraz zamilkł prawie zupełnie. Wzmagała się tragedia pisarza i rolnika. Nie dość, że nie pisał, to poddawany był ciągłej presji małżonki, aby przekazał jej na własność cały majątek. Dramaturg sporządził kilkanaście testamentów, a w każdym czynił swą spadkobierczynią Wandę Anitę Szatkowską, żonę. Kiedy zmarł w 1970 roku przejęła jego majątek.

Na tym można by zakończyć historię ziemiańską Jerzego Szaniawskiego, w której los dziwnie zadrwił z pisarza. Bo jego osiągnięcia twórcze, nadal ożywiają i zapładniają umysły czytelników. Ta historia nie była wszak pozbawiona dramaturgii. Miała swój niespodziewany finał po śmierci pisarza. Mianowicie Dworek zegrzynecki spłonął w 1977 roku, podpalony przez Szatkowską. Ziemia przeszła na własność państwa (Instytutu Doświadczalny Ziemniaka w Jadwisinie), żona pisarza zmarła w hospicjum w Krakowie, a jedyne, co ocalało z pracowitego życia Szaniawskiego, to pamięć potomnych. Każdorazowo ożywa i wiąże go z Zegrzynkiem, gdy dociera do czytelnika bądź widza jedno z wielu opowiadań, powieść, sztuka teatralna, esej o jego kontaktach ze sceną, najprostszy list… Duch okazuje się trwalszy od rzeczy użytecznych.
Stanisław Stanik

Listy:

Zegrzynek, 22.12.30 r.
Kochany Tadziu!
Dziękuję Ci serdecznie za list ostatni i poprzedni. Przepraszam bardzo, że Ci tak długo nie odpowiadam, ale trudno – już się musisz zgodzić z tym, że listów zasadniczo nie pisuję. Urządziłem w ten sposób sobie życie, że prawie żadnych tzw. stosunków towarzyskich już nie utrzymuję. Wielu ludziom to się nie podoba, między innymi i Jankowi Łaszewskiemu, który ciągle ma do mnie jakieś pretensje. Zresztą z nim – choćbym i „utrzymywał” owe stosunki w ogóle – wolałbym go nie widzieć, taki jest poza swymi zaletami nietaktowny.
W Zegrzynku, jak zawsze, ładnie i jak zawsze trzeba dużo dokładać. Teraz będę miał wielkie wydatki przy zamknięciu postępowania spadkowego. Nie wiem jeszcze, jak z tego wybrnę. Tak więc – oczy w Łodzi, czy w Zegrzynku – ludzie myślą o ciężkich czasach.
Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za wiadomość o sobie i pamięć o mnie. Z powodu zbliżających się Świąt i Nowego Roku przesyłam dla Was wszystkich serdeczne życzenia. Stryjence rączki całuję. Dla Jurka prześlę przed N. Rokiem mały upominek.
Ściskam Cię serdecznie
Twój Jerzy Szaniawski

List skierowany do Tadeusza Szaniawskiego w Łodzi, swego bratanka. Jest to drugi znany chronologicznie list, zachowany z korespondencją Jerzego Szaniawskiego, a jeden z, kilku jakie ocalały z okresu międzywojennego. Pierwszy datowany na 5 IX 1928, skierowany był do Edmunda Wiercińskiego. Opublikowała go Jadwiga Jakubowska w książce „Jerzy Szaniawski”, Warszawa 1980, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, s. 135

Kraków, 3.10.45 r.
Kochany Krzysiu!

Mówiła mi Zosia, że byłeś łaskaw wyrazić chęć w dopomożeniu mi w sprawach Zegrzynka. W chwili obecnej, o ile mi wiadomo, jest tam zawzięta walka między p. Kucharskim, któremu dałem plenipotencję, a rodziną Siemieńskich, która rości tam rozmaite pretensje. O zapobieżeniu tej walce Ciebie już nie proszę, gdyż nie dałbym sobie z tym rady. Proszę tylko, o ile byś miał możność, w jakichś odpowiednich urzędach postarać się o pomoc – może daliby jakąś krowę i konia, materiału na pokrycie dachu itp. – słowem, żeby można było jakoś zacząć.
Teraz trudno mi jest wyjechać z Krakowa, gdyż tu staram się jakoś zarobić, ale gdyby były możliwości, jakiej-takiej egzystencji, to chcę tam powrócić. Proszę Cię więc bardzo, jeżeli to możliwe, o dopomożenie mi w uruchomieniu tego gospodarstwa. Podobno rozporządzasz samochodem – może byś był łaskaw kiedyś zajrzeć do Zegrzynka w przejeździe do War.
Ściskam Cię serdecznie
Jerzy Szaniawski

List do Krzysztofa Brezy, męża późniejszej Zofii Dziembowskiej, spokrewnionej z Szaniawskimi przez matkę pisarza. Jan Kucharki to rządca majątku sprzed wojny, rodzina Siemieńskich to mieszkańcy z okolic Zegrzynka, zatrudnieni okresowo w pracy gospodarskiej przed wojną. Do niniejszego listu zostało dołączone upoważnienie dla Krzysztofa Brezy następującej treści:
Niniejszym upoważniam kuzyna mojego, Krzysztofa Brezę, do zajęcia się i prowadzenia wszelkich spraw, związanych z interesami posiadłości mojej Zegrzynek w pow. Pułtuskim.
Jerzy Szaniawski
czł. Zw. Zaw. Literatów
Kraków, 4.10.45.

Drodzy Państwo!
Cieszę się bardzo, że Państwo po długoletnim pobycie w Anglii dotarli obecnie do kraju. Pani Doktorowa po długim oczekiwaniu ma nareszcie chwile radości. Dziękuję bardzo za list i pamięć o mnie. Przebywam obecnie w Ojcowie, miejscowości bezludnej i niemodnej, ale pięknej bardzo. Jestem tu nie tyle dla odpoczynku, co dla pracy. Miejscowość ta bardzo mi odpowiada. Kraków stąd niedaleko, ale listy stamtąd wysyłają mi rzadko i dlatego odpowiadam z dużym opóźnieniem. Przyjemnie było mi się dowiedzieć, że chcą Państwo odwiedzić Zegrzynek. Bardzo się zmienił. Zresztą nie jeden.
Ciekawe muszą być wrażenia Państwa po przyjeździe do Polski. Są jednak Państwo młodzi, więc pewno milszych czasów doczekają.
Pani Natolska bardzo jest wdzięczna za zajęcie się przez kochanego Pana sprawą Jej synów, o czym wiedziała już w zimie. Obecnie nie będę mówił Jej o tym, gdyż mam wrażenie, że woli się łudzić, niż mieć jakąś konkretną złą wiadomość.
Jeszcze raz bardzo dziękuję za tak miły list i łączę najserdeczniejsze pozdrowienia oraz życzenia wszystkiego najlepszego w nowych warunkach życia.
Pani Doktorowej i P. Ninie ręce całuję
Jerzy Szaniawski

List z datą 22.7.1947 r. przesłany na ręce Janusza Kędzierskiego po jego i żony powrocie z Anglii do kraju. Pani Doktorowa” to Antonina Kędzierska, matka Janusza, kierowniczka pensjonatu w Zegrzynku przed II wojną światową. „Pani Nina” to córka Antoniny Kędzierskiej. „Sprawa” pani Natolskiej to niepewność, co do losów jej dwóch synów, którzy, jak się okazało, zginęli w kampanii wrześniowej.

Kraków, 3.IV.49
Śląska 4 m. 10
Kochany Czesławie!
Serdecznie dziękuję Wam za zaproszenie do Łodzi. Bardzo mi jest trudno teraz wyruszyć gdzieś w drogę. Może kiedyś później to i owo się odmieni, to z prawdziwą przyjemnością Was odwiedzę. Na samą premierę od przyjazdu powstrzymywały mnie również specjalne stosunki literatów łódzkich. Specjalne służby mię tam na terenie „Kuźnicy” zwalczają, więc pokazywać się tam to krępujące i nieprzyjemne. Nie wiem, jak poszło. Pod względem artystycznym sztuka musiała stracić na ważnych skreśleniach w zakończeniu, które mi dyrekcja nadesłała. Nie wiem także, jaki tam jest zespół. Ale i tak nie spodziewałem się, że będą w ogóle prosić, gdyż zasadniczo jestem w teatrach zabroniony.
Jeszcze raz Wam najserdeczniej dziękuję za pamięć o mnie i zaproszenie. Ściskam Cię serdecznie. Żonine rączki całuję. Serdecznie również życzę dobrych Świąt.
Jerzy Szaniawski

List do Czesława Szaniawskiego z Łodzi. Wspomniana premiera to inscenizacja „Dwóch teatrów” w Teatrze Powszechnym w Łodzi, która po raz pierwszy odbyła się 30 marca 1949 roku.

Pani Wanda, oczywiście, przesyła Wam najlepsze życzenia świąteczne i pozdrawia.
Jur.
List do Zofii Dziembowskiej, mieszkającej w Sopocie. Adresatka to krewna Jerzego Szaniawskiego ze strony matki.

Zegrzynek, 23.4.1955.
Bardzo kochana Zosiu!
Posyłam Ci „Profesora Tutkę”, którego udało mi się dopiero teraz zdobyć. Książki tej nigdzie teraz dostać już nie można. Dziękuję Ci za list, w którym opisałaś swe liczne kłopoty. W jednym z nowel znajdziesz wypadki chłopców, zajmujących się chemią i powodujących wybuchy („Cicha uliczka”).
Moje sprawy zaczynają się powoli poprawiać o tyle, że staję się znów głośny i może na jesieni znowu zacznę trochę więcej zarabiać. Cóż z tego – gospodarstwo pochłania wszystko i teraz jestem bez grosza. Będę musiał jakoś radzić. Pan Kucharski ciężko chory, już nie będzie mógł pracować, ja miałem wypadek z okiem, jakiś wylew krwi, więc także pisać wiele nie mogę. Pracy mam mnóstwo. Napisz, kochana Zosiu, od czasu do czasu bardzo mnie wszystko interesuje.
Pani Wanda przesyła Ci najserdeczniejsze pozdrowienia. Całuję Cię, dla Męża i chłopców najlepsze pozdrowienia! Może będę mógł kiedyś napisać obszerniej.
Twój
Jerzy Szaniawski

List do Zofii Dziembowskiej z Sopotu. Mowa w nim o książkowym wydaniu zbioru „Profesor Tutka i inne opowiadania”, jaki ukazał się pod koniec 1954 roku. Aluzja do chłopców dotyczy doświadczeń chemicznych, jakie przeprowadzali w domu swej matki, Zofii Dziembowskiej.

Zegrzynek, 9 września 1959 r.
Kochany Czesławie!
Serdecznie Wam winszuję przybycia oczekiwanego Wnuka. Cieszę się, że jesteście wszyscy z tego powodu szczęśliwi. Życzę z całego serca, aby się pięknie chował.
Ja już nie jeżdżę i nie mogę Was odwiedzić. W domu choroba i to ciężka, więc na ogół dosyć ponuro, gdyż Pani Wanda gości już żadnych przyjmować nie może, a ja zajęty jestem wyłącznie swoją pracą zarobkową.
Pytasz o ks. Władysława. Ciężko chory na reumatyzm, jest podobno w jakimś domu starców poza Warszawą. Tak mówiła mi córka Janka Łaszewskiego, która była w Zegrzynku.
Jeszcze raz najserdeczniej Wam winszuję i najlepsze pozdrowienia dla całego Domu przesyłam.
Ściskam Cię
Jerzy Szaniawski

List do Czesława Szaniawskiego z Łodzi. Wspomniany Janek Łaszewski to syn mecenasa Łaszewskiego z Warszawy, u którego pisarz mieszkał na stancji w czasach gimnazjalnych.

Zegrzynek, 15.III.61 r.
Zosiu Kochana!
Dziękuję Ci serdecznie za list, jaki otrzymałem. O sobie mogę napisać, że czuję się ze zdrowiem nieźle. W domu mam należytą i wystarczającą pomoc. Zajęty jestem przygotowaniem rzeczy dawnych i nowych, które ukazują się, co czas pewien w krakowskim Wydawnictwie Literackim, jako niewielkie tomiki. Dziękuję Ci bardzo za serdeczne troski o moje sprawy materialne. Otóż obecnie z powodu zmiany stosunku do mnie „władz wyższych”, wiele kłopotów mi odpadło, jak uciążliwe podatki itp. Oczywiście, z tego kawałka ziemi, który pozostał i który mogę użytkować, dochodów mieć nie mogę. Chodzi, więc tylko o to, żeby pieniądze z innych źródeł mogły mi wystarczyć na utrzymanie domu, które jest bardzo kosztowne: para małżeńska z dzieckiem, pomocnica, rezydent. Poza tym poważniejsza konserwacja starego domu, no i rzeczy tym podobne. Tymczasem to, co zarobię, wystarcza. Więc jeszcze raz dziękuję Ci za Twoją troskę o te moje sprawy. Nie czuję jeszcze niedostatków umysłowych, więc pracuję dalej. W Warszawie bywam bardzo rzadko, czasami zabiorą mnie samochodem na jakiś mój wieczór czy przedstawienie. Kilkanaście dni temu musiałem być na wznowionym „Żeglarzu”. Nieoczekiwanie spotkała mnie wielka owacja ze strony widowni i od aktorów. Czasem ktoś przyjedzie na krótko, przebywać z ludźmi dłużej niż parę godzin jest jużci ciężko. Piszesz, że masz już pociechę z Michała. O jego „sympatii” nie mogę wiele powiedzieć, znam ją mało. Piętnasto- czy szesnastoletnia dziewczynka podobno dobrze się gimnastykuje i tańczy. Teraz osiemnastolatki czy nieco starsi chłopcy, bywa, że się żenią. To stanowczo wyperswaduj. Krzysztof pisał do mnie, ale w takim czasie, że nie mogłem odpisać, jednak odpiszę. Zdaje się, że jest zadowolony z Wrocławia. A więc tyle na dziś, kochana Zosiu. Życzę Tobie i Twoim najbliższym, żeby wszystko układało się Wam możliwie najpomyślniej. Ściskami Cię najserdeczniej.
Twój
Jerzy Szaniawski

Ostatni z zachowanych listów do Zofii Dziembowskiej z Sopotu. Wiąże się on z nową sytuacją Jerzego Szaniawskiego, który po śmierci Wandy Natolskiej w grudniu 1960 roku pozostał jedynym mieszkańcem dworku w Zegrzynku.

Szanowny Panie Dyrektorze!
Proszę uprzejmie o zwrócenie mi zatrzymanego konia. Koń ten znalazł się na terenie Jadwisina wskutek zapędzenia go jak zwykle przez bandę chłopaków. Łańcuchy na koniu świadczą, że był przywiązany (nigdy nie chcą ich zwracać, rzekomo nie było).
Doskonale Panu Dyrektorowi wiadomo, że od dłuższego czasu jesteśmy ofiarami nikczemnej akcji skierowanej przeciw nam, mającej jako cel uniemożliwienie prowadzenia gospodarstwa, a oddanie go w ręce ku temu bardzo chętnie.
Dlatego też przez tych ludzi jesteśmy szantażowani kamieniami i obrzucani obelgami itd., itd. Byłoby naiwnością z mojej strony myśleć, że Pan o tym wszystkim nie wie (będąc u nas, widząc to na własne oczy i słysząc). Byłoby naiwnością słyszeć, że Pan nie wie, że na naszym polu pasie się kilkanaście krów Pańskich pracowników, a i dworskie, majątkowe, myśmy nie zajmowali, odpędzili tylko, jak twierdzą pracownicy zachęcani nawet do tego przez Pana Dyrektora oraz szajkę Piwińskich, Sowińskich, Kucharskich, Chrzanowskich itd. Sprawę tę znam doskonale, na szczęście pocieszam się tym, że przez wyższą inteligencję mego narodu jestem szanowany, sponiewierany, krzywdzony tylko przez niziny intelektualne z najbliższego sąsiedztwa.
Z poważaniem
Jerzy Szaniawski
Zegrzynek, 5 maja 1963 r.

List do Czesława Kończaka Dyrektora Państwowego Instytutu Ziemniaka w Jadwisinie, miejscowości, sąsiadującej z Zegrzynkiem. Nazwiska „Piwińskich, Sowińskich, Kucharskich, Chrzanowskich” to nazwiska mieszkańców Jadwisina. Końcowe partie tekstu, trącące megalomanią świadczą, jak bardzo pisarz uległ wpływowi swarliwej, niepanującej nad swoimi emocjami żony.

Listy znajdują się w zbiorach Muzeum Literatury w Warszawie
Myśl Literacka, nr 101, listopad 2016