Ja, ruski agent, czyli demakijaż Ukrainy (1)

upa 3.jpg
Kto dolewa oliwy do ognia w stosunkach polsko-ukraińskich, służąc tym samym probanderowskim siłom na Ukrainie? Bezsprzecznie, uchwała Senatu, a później Sejmu, mówiąca wprost o ludobójstwie dokonanym na Polakach przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Amię wywołała atak histerii sił probanedrowskich na Ukrainie i ich polskiego lobby. To bardzo duża i długo wyczekiwana zmiana, na którą po raz pierwszy po '89 r. odważyły się polskie władze parlamentarne.

Atak ten jest z jednej strony bardzo przemyślany i perfidny, z drugiej zaś styka się ze ścianą. Pociąg pojechał… Jest uchwała polskiego parlamentu zaakceptowana przez wszystkie parlamentarne kluby i niemal jednogłośnie przyjęta. Poczucie bezradności musi pociągać za sobą frustrację, zniecierpliwienie, złość. Stąd strzelanie chwilami na oślep, chwilami bardzo przemyślane, w określone osoby i środowiska, dla których pamięć o pomordowanych Polakach na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich jest ważna. Najprostszym i najczęściej stosowanym narzędziem do zdezawuowania oponenta w państwach totalitarnych, a i współcześnie chętnie stosowanym, było okrzyknięcie go wariatem. A dziś, ruskim agentem. Ot, taka mała ewolucyjna zmiana na potrzeby aktualnej polityki.

Odwracanie kota ogonem, manipulacja faktami, mącenie, określenie kogoś jako szaleńca, dziwaka, oszołoma – skąd my to znamy? To metody wzięte rodem z reżimów totalitarnych stosowanych m.in. przez Rosję carską i sowiecką i np. Niemcy Wschodnie. Niestety metody te przeniosły się też do państw demokratycznych, gdzie w podobny sposób rozprawiano się z opozycją, kneblowano usta przy pomocy politycznej poprawności. Gdy brak argumentów i faktów do polemiki z oponentem - wtedy należy go określić mianem wariata. Zamknąć usta. Uczynić niewiarygodnym, ośmieszyć, zepchnąć na margines polityki. Dziś nie wystarczy określić kogoś wariatem, dziś w dobrym tonie jest nazwanie go ruskim agentem. To robi wrażenie, działa na wyobraźnię. W myśl gebelsowskiej taktyki „kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą”. Im ono „większe, tym łatwiej ludzie w nie uwierzą”.

Takich wyimaginowanych ruskich agentów w Polsce mamy całe mnóstwo, w samym Przemyślu jest ich kilkaset. Tylko jak nazwać wszystkich tych, którzy snują takie insynuacje, jednocześnie zajmując stanowisko zgodne z polityką innych państw. Jakimi są agentami i w imieniu jakiego kraju i czyjego narodowego interesu występują?

Tak oto w wolnej Polsce, po 25 latach od przemian ustrojowych państwa, z ogromną lubością wraca się do starych, SB-eckich metod dezawuowania myślących inaczej niż nakazuje powszechna poprawność polityczna. Najbardziej ciekawym zjawiskiem jest fakt, że postępują tak te środowiska, które 25 lat temu zaangażowane były w walkę z komunistycznym systemem.

Dziś mam poczucie, że w swojej poprawności politycznej zbudowanej na micie Giedroycia tak się zapętlili, że zapomnieli, czym jest konstytucyjna wolność słowa w Polsce. Kresowianie i środowiska społeczno-patriotyczne mają prawo żądania prawdy o ludobójstwie, mają prawo ją głosić, a określanie ich mianem agentów obcego państwa jest nie tylko obrzydliwą insynuacją, lecz także ograniczeniem ich wolności słowa.

Przemyśl stał się doskonałym miejscem do podsycania złych emocji, do wskazywania winnych pogarszających się relacji polsko-ukraińskich. Wiadomo, wszystkiemu winna jest Rosja i jej agenci w Polsce. Tak insynuuje wszechobecna poprawność polityczna. Rosja ma u nas agentów. Dziwne, że tylko Rosja. Co z Ukrainą, Ameryką, Niemcami itd.? Pewnie nie mają, bo tylko Rosję jako jedyne państwo na świecie, stać na utrzymanie tylu agentów. Zwolennicy polityki proamerykańskiej i proukraińskiej działają z potrzeby serca i chwili. Wszystko wskazuje na to, że cały świat ma jednego wroga – jest nim Rosja. Nienawiść narodowa jest w cywilizacji łacińskiej napiętnowana. W imię wyższych celów uzasadniona jest jedynie wobec Rosji.

Kto eskaluje te emocje i po co?

Spróbujmy poszukać odpowiedzi, porządkując fakty. Ukraina nigdy nie odcięła się i nie potępiła zbrodniczej ideologii OUN, opartej na doktrynie Dmytro Doncowa, w wykonaniu bohatera narodowego Ukraińców, Stepana Bandery. Do niedawna zdaniem wielu środowisk opiniotwórczych, nacjonalizm ukraiński nie był niebezpieczny, a jego zwolennicy stanowili marginalne siły. Pogląd ten stał w jaskrawej sprzeczności z rzeczywistością. Nacjonalizm w ostatnich latach na Ukrainie przeżywa fazę niebezpiecznego rozkwitu. Często nasze elity nie dostrzegają jego zagrożeń, porównując nacjonalizm ukraiński do działań środowisk narodowych w Polsce. Błędnie zakładają, że budowany jest na tych samych podwalinach.

Nie biorą pod uwagę bardzo znaczących i determinujących go czynników historycznych i współczesnych, kierując się przy tym stosunkiem Jerzego Giedroycia do nacjonalizmu ukraińskiego, i traktując go jako antyrosyjską siłę. Naiwnie myślą, że w określonych warunkach może być naszym sprzymierzeńcem. Zatem inne jego cechy należy spychać na dalszy plan. I tu tkwi niebezpieczny błąd: o ile Rosja nie wysuwa przeciwko nam realnych pretensji terytorialnych i nie pielęgnuje antypolskich nastrojów, o tyle Ukraińcy niestety tak. Polska w przekonaniu ukraińskich nacjonalistów była i jest wrogiem tak samo jak Rosja, nierzadko zresztą określani jesteśmy jako okupanci i zbrodniarze. Polacy rozliczyli się z historią i wspierają sens istnienia i tworzenia ukraińskiej państwowości, jednak Ukraińcy zatrzymali się na poziomie rozliczeń i pielęgnowania krzywd.

Mówiąc o różnicach w postrzeganiu nacjonalizmów naszych narodów, należy zwrócić uwagę na ich historyczne cechy. Historycznie młodzi nacjonaliści z OUN zamieszkujący terytorium II RP widzieli w osobie Dmytro Doncowa przywódcę z powszechnej nominacji, ideologa o niewątpliwym autorytecie, niemal narodowego proroka. Tego faktu na Ukrainie nie zakwestionował żaden zdeklarowany oponent. Wynikiem tego, znaczna cześć ukraińskiego społeczeństwa znajdowała się pod wpływem koncepcji faszystowskich, co uniemożliwiało zawarcie z nią jakiegokolwiek porozumienia.

Polska endecja zaś w omawianym czasie reprezentowała zgoła inny niż OUN typ nacjonalizmu – głosząc ideę budowy „Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”. Idea ta natomiast korespondowała z katolicką i społeczną doktryną Kościoła w tworzonych przezeń koncepcjach. Określanie w Polsce nacjonalistami czy wręcz krwiożerczymi faszystami środowisk narodowych jest pomieszaniem pojęć, przy jednoczesnym założeniu, że takim samym ruchem są postunowskie środowiska nacjonalistyczne na Ukrainie. Zupełnie przy tym zapomina się o istotnym fakcie, że doktryna Doncowa przynależy do kategorii darwinistycznych nacjonalizmów o charakterze faszystowskim. Często zwracał na to uwagę Wiktor Poliszczuk w swoich publikacjach.

Obserwując obecne dziania władz Ukrainy, tych ze szczebla rządowego i samorządowego, należy pozbyć się wszelkich złudzeń: doktryna Giedroycia, którą przyjęły i realizowały wszystkie solidarnościowe i postkomunistyczne środowiska w Polsce, legła w gruzach.

Spadek po Giedroyciu

Jak wcześniej wspomniałam, Jerzy Giedroyć stał na stanowisku, że wolna Ukraina stanowi gwarancję i zabezpieczenie naszej niepodległości przed imperialistycznymi zapędami Rosji. Uznawał za konieczne doprowadzenie do porozumienia z Ukraińcami zamieszkującymi w II RP. Problem ukraiński, był dla niego nadrzędnym w stosunku do obrony polskości na Kresach, każde przesuwanie akcentów w kierunku obrony uznawał za zasadniczy błąd. Polskość Kresów była przez niego bagatelizowana w imię tworzenia frontu antyrosyjskiego, który jednocząc mniejsze narody regionu środkowo- wschodnioeuropejskiego, ma prawo spychać na marines własną politykę etniczną.

Dlatego też Giedroyć odnosił się z niechęcią do Narodowej Demokracji. Pisał o tym w paryskiej „Kulturze” Krzysztof Gawlikowski. Przedstawiał w niej nową wizję rzeczywistości europejskiej, jaką powinno się realizować po upadku komunizmu. Dotyczyła ona przebudowy tożsamości narodów europejskich dotychczas zorientowanych na własne narody i państwa w kierunku nowego kształtu o charakterze wspólnotowym, spychając na dalszy plan specyfikę narodową i całą wspierającą ją tradycję, w której jest ona zakorzeniona i bez której nie może trwać. Gawlikowski tak pisał: „należy odrzucić dziewiętnastowieczne dziedzictwo absolutyzujące naród i państwo, a na jego miejsce wprowadzić treści bliskie tradycji Renesansu, kiedy to zaistniała jedność kulturowa zjednoczonej Europy”.

O ile w Polsce polityka Giedroycia powodowała, że wszystkim myślącym inaczej zakładano knebel na usta, szczególnie środowiskom kresowym, które ostrzegały przed rozwojem ukraińskich nacjonalistycznych sił, o tyle na Ukrainie dla środowisk politycznych kontynuujących linię ideologiczną OUN, ten rodzaj polityki był swego rodzaju inkubatorem, w którym w cieplarnianych warunkach siły nacjonalistyczne mogły się rozwijać. Sprzyjające warunki powodowały, że na zewnątrz nie był on widoczny. Ci, którzy potrafili dostrzec zagrożenie i ostrzegali w ramach politycznej poprawności, byli lekceważeni, skazywani na margines. Z małych marginalnych sił nacjonalistycznych, jakimi byli na Ukrainie w latach ’90 i w kolejnych, wzmocnili się na tyle, że w chwili obecnej mają swoich przedstawicieli w najwyższych władzach Ukrainy i w samorządzie, nadając ton polityce Kijowa.

Na Ukrainie zachodniej upamiętnień przedstawicieli zbrodniczej ideologii OUN w postaci pomników, obelisków, imienia ulic, placów, szkół i innych istotnych placówek dla życia Ukraińców liczymy nie na dziesiątki, a setki. Każde miasto, miasteczko, a nawet wioski mają jakiś rodzaj upamiętnienia; najczęściej Bandery lub Szuchewycza. Co istotne, nie na obrzeżach, a w stoicy Ukrainy, w Kijowie, mamy pomnik Bandery, a ostatnio nazwę jednej z głównych ulic. Pomniki te powstają niestety też na krwawo dotkniętym Wołyniu, są również w pobliskim dla Przemyśla Lwowie. A Bandera wchodzi do szkolnych podręczników jako bohater narodowy.

Gdyby dziś z grobu wstał Jerzy Giedroyć, to padłby niechybnie na zawał, widząc, jakie rezultaty przyniosła jego polityka. Każda próba zwrócenia uwagi, że to niebezpieczne, kończyła się tak samo – lekceważeniem, ignorancją elit, a ze strony Związku Ukraińców w Polsce – atakiem. ZUwP stał zawsze na stanowisku słuszności Waki UPA o ukraińskie państwo na terenie obecnej Polski. Nie brakowało też i podobnych opinii o niebezpieczeństwie rozwoju sił nacjonalistycznych w Ukrainie wśród grona osób współpracujących z Giedroyciem, takich jak np. Anna Strońska, która w książce „Dopóki milczy Ukraina” opisuje nie tylko skomplikowaną sytuację społeczną i gospodarczą Ukrainy w latach ’90, lecz także rozdarcie jej mieszkańców między wschodem a zachodem. Zwraca w niej także uwagę na fakt nierozliczenia się Ukrainy z tragiczną historią i reaktywizację upiorów z okresu wojny.

Książka Anny Strońskiej,

wydana w 1998 i wznowiona w 2006 r., spotkała się z dużym ostracyzmem środowisk opiniotwórczych w Polsce oraz atakiem ZUwP, pomimo że sam Jerzy Giedroyć w liście do autorki tak pisał: „czytam bardzo uważnie 'Dopóki milczy Ukraina'. Książka jest rzeczywiście znakomita, i nareszcie te sprawy ukraińskie są przedstawione w sposób bardzo trzeźwy. Jestem ciekaw reakcji, specjalnie ukraińskich”. Reakcje Ukrainy autorka opisała następująco: „Szło gładko i nagle – jak nożem uciął – zamilkła tłumaczka ze Lwowa, która z własnej inicjatywy proponowała przekład książki. Zamilkł rzecznik MSZ, który był zainteresowany ukraińską jej edycją”. Czytam w liście Redaktora z 3 stycznia 2000 r.: „Zupełnie nie rozumiem tego milczenia wokół Pani Ukrainy. Duża w tym zasługa mego przyjaciela Osadczuka”.

Z kolei „Nasze Słowo” będące pismem ZUwP, finansowane z naszych polskich pieniędzy „odznaczyło” autorkę „Słomianym chochołem”, czyli anty wyróżnieniem za najbardziej kuriozalną wypowiedź na tematy ukraińskie.” Sama o tych atakach tak pisze „Już z perspektywy oceniając gwałtowne reakcje urażonych książką – łatwiej dostrzec, co ich poruszyło. O inną biedę, o inne warstwy tematyczne Ukrainy poszło. Naruszyłam obszar tabu. Zrelacjonowałam fakty i nie dam sobie wmówić, że dla wspólnego dobra – przypominać nie warto. Było, minęło… Niezupełnie. Jak zauważył Włodzimierz Odojewski: w przeciwieństwie do Niemców Ukraińcy wciąż jeszcze nie potrafią sobie poradzić z zaszłościami własnej historii.”

W tym właśnie tkwi największa porażka Giedroycia, który nie zakładał, że w takim kierunku jak dziś pójdą władze Ukrainy. Dla niego, jak pisze Anna Strońska, pierwszorzędne znaczenie miała racja stanu. Motywowany nią mógł niektóre sprawy marginalizować, ale do pewnych granic „Świadomy, że najkrwawsze zaszłości nie mogą określać czy wręcz hamować rozwoju przyjaznych stosunków polsko-litewskich, a zwłaszcza polsko-ukraińskich, że inna jest skala krzywd ocenianych z perspektywy historii, Giedroyć szedł na ustępstwa w granicach racjonalnych, uważał że przeszłość można darować, ale fałszować jej nie wolno”.

Dziś polski parlament dokładnie tak postąpił, nie pozwolił na fałszowanie historii. Nazwał zbrodnię po imieniu i uczcił pamięć ofiar. Nie uchwalił prawa na podstawie którego można by żądać odszkodowań czy ścigać zbrodniarzy. Mimo to fakt ten wywołał skrajne emocje i reperkusje na Ukrainie oraz w Polsce w środowiskach będących spadkobiercami myśli Giedroycia. A przecież już 20 lat temu w paryskiej „Kulturze” J. Giedroycia Strońska w artykule „Lachy i rezuny” zwracała uwagę na niebezpieczeństwo rozwoju nacjonalizmu, „(…) obiektywizm i spokój w ocenie win i długów konieczny jest do prawdy nie tylko ze strony polskiej (…) Niepokój budzą próby lokowania na terenach tak krwawo doświadczonych obelisków, pomników w intencji zaświadczających przecież o wyimaginowanych prawach ukraińskich do terenów polskich. I próby nobilitacji UPA (…)

W Polsce kontynuatorzy spolegliwej polityki wobec Ukrainy zdecydowanie swojego guru – Giedroycia przerośli, idąc na bardzo daleko idące kompromisy i ustępstwa zamykające się w zdaniu „Ukraina ponad wszystko”. To zdecydowanie dalej niż Giedroyć. W liście z 27 maja ’97 r. tak pisał do Anny Strońskiej: „Jeśli idzie o problem ukraiński, do tego zagadnienia podchodzę bez żadnych emocji i jestem bardzo daleki od bicia się w piersi za nasze przewinienia”.

„A my przy swojej mantrze: położyć krzyżyk na krzyżach, pousuwać z pamięci, było nie było, liczy się dzień dzisiejszy. Gdyby na upartego przyjąć taki punkt widzenia, należałoby czym prędzej zapomnieć o Katyniu” – pisze Strońska

Dokąd zmierza Ukraina, która wybiera upiory przeszłości? Jaki cel mają polskie środowiska ją wspierające? Komu służy? Państwu polskiemu? Z pewnością nie. Ukrainie? Jeśli tak, to tylko na pozór. Ostatecznie obraca się to przeciwko niej samej. Zysków żadnych dla naszych narodów, a szkód nie sposób zliczyć, niestety niektórych odwrócić się już nie da.

Banderowskie upiory

Nasuwa się pytanie: jakiego chcemy mieć sąsiada? Europejskiego? Czy też państwo skansen – muzeum zbrodniczych ideologii XX w.? Jak słusznie zauważa prof. Czesław Partacz, „Włochy i Niemcy pozbyli się swoich upiorów. Ukraińcy – niestety nie”.

Wspierając banderowską Ukrainę, środowiska postgiedroyciowskie w praktyce stają nijako w jednym szeregu z ukraińskimi nacjonalistami, biorąc jednocześnie czynny udział w izolowaniu Ukrainy w Europie i świecie. Efekt takiej izolacji mogliśmy naocznie zaobserwować podczas 25-lecia Niepodległości Ukrainy, gdzie na oficjalnych uroczystościach w Kijowie, poza prezydentem Andrzejem Dudą, nie było ani jednego równego randze przedstawiciela z Europy ani ze świata. To wyraźny sygnał nie tylko dla Ukrainy, lecz także dla nas, mówiący: wyhodowaliście sobie przy granicy banderland to się w nim bawcie.

Nikt nie chce umierać za Ukrainę. Postępuje więc powolna izolacja. Europa wycofuje się z ekonomicznej pomocy, orientując się, że niezmierzone potrzeby na Ukrainie przerastają jej możliwości pomocowe. Z pomocą nie kwapi się też USA. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Ukraina została sama ze swoim problemami. Tylko jeszcze w Polsce część klasy politycznej jest przekonana, że Polska może ten stan rzeczy odmienić (np. idea Trójmorza). Dla świata wszystko jest jasne. Państwa europejskie czy USA, jeśli podejmują jakiś rodzaj gry z Ukrainą, to tylko w celach geopolitycznych z korzyścią dla własnego państwa. Nikt na poważnie ani tym bardziej z troską nie podchodzi do Ukrainy. Nasze elity zdają się czasem nie rozumieć, że w polityce międzynarodowej nie ma przyjaciół, są tylko interesy.

My w swojej mentalności mamy zakorzenione, by pomagać słabszym, a nasza słowiańska fantazja podpowiada nam także ryzykowne ruchy do walki z silniejszym – bo jak nie my, to kto. Te emocje przesłaniają prawdziwy obraz i logiczne myślenie. A w geopolityce naiwność równa się śmieszności. Niestety od lat się na nią narażamy, a wizyta naszego prezydenta na Ukrainie ten stan pogłębiła.

Nie można być ślepym i głuchym na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą. W polityce międzynarodowej, także tej prowadzonej co do Ukrainy i Rosji, winniśmy przede wszystkim kierować się rozwagą i chłodną kalkulacją, myśląc o interesie narodowym i bezpieczeństwie Polaków. Uczmy się tego od innych europejskich krajów, które nakładają na Rosję sankcje, ale też robią z nią interesy. Sam Petro Poroszenko, mimo antyrosyjskiej retoryki, aktywnie zarabia właśnie w Rosji. Oprócz holdingu Roshen w Lipiecku jest jeszcze kilka związanych z Poroszenko struktur, które albo prowadzą w Rosji interesy, albo bazują na Ukrainie, a eksportują do Rosji. I tak np. Poroszenko jest współwłaścicielem holdingu ISTA w Dniepropietrowsku. Spółka dostarcza akumulatory do samochodów Renault, które są montowane na linii „AwtoWAZ” w Rosji. Sama Ukraina tymczasem ciągle jest na etapie rozważania wprowadzenia stanu wojny z Rosją, biorąc skwapliwie od nas 4 mld na biedny wymęczony wojną kraj.

Nie możemy być naiwni

Wszyscy grają swoje, a nas raz jedni, raz drudzy chcą jedynie wykorzystywać do osiągania własnych celów. Trzeba umieć odróżnić kurtuazyjne medialne gesty, obliczone na zysk, od prawdziwych intencji. Ukraina, jak chce coś u nas uzyskać, to jej prezydent jest w stanie uklęknąć przed pomnikiem Wołyńskim. Ten gest nie przeszkadza mu gloryfikować oprawców ofiar, przed którymi chylił czoła. Myślał, że ukłon wystarczy, by nie było uchwały Sejmu. Nie wystarczył. Ale skoro uznał, że należy oddać cześć ofiarom ludobójstwa na Wołyniu, to o co tyle krzyku na Ukrainie, że parlament taką uchwałę podjął. To wszystko pozory, teraz bez pudru Ukraina krok po kroku pokazuje swoją twarz.

Aby nie być gołosłownym, posilę się kilkoma przykładami. Godzą one w nasz naród, a idee, którymi podąża współczesna Ukraina, są izolowane i napiętnowane w cywilizowanych krajach Europy.

Fakty

* Kwiecień 2015 r. Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę, która uznaje prawny status uczestników walk o niezależność kraju w XX wieku, w tym członków Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA). Projekt ustawy wniósł deputowany – syn komendanta UPA Jurij Szuchewycz. Za przyjęciem ustawy opowiedziało się 271 deputowanych, w 450-osobowym ukraińskim parlamencie. (20 lat temu przed tym waśnie ostrzegała Anna Strońska w paryskiej „Kulturze”, fakt ten naocznie pokazuje progres nacjonalistycznych sił: politycy z małych ruchów doszli do decydowania o polityce krajowej). Ustawa ta zakłada też karanie wszystkich tych, którzy okazywaliby lekceważenie dla weteranów, negowali celowość ich walki.

* Styczeń 2016 r . W noworocznym pochodzie kilka tysięcy osób przeszło ulicami Kijowa. Ukraińcy w ten sposób uczcili 107. rocznicę urodzin przywódcy OUN – Stepana Bandery. W czasie marszu tłum wymachiwał czerwono-czarnymi flagami UPA i prawicowej partii Swoboda oraz skandował hasła „Chwała Ukrainie. Śmierć wrogom” i „Przyjdzie Bandera i zaprowadzi porządek”. Noworoczne marsze ku czci Bandery stały się od lat na Ukrainie, a zwłaszcza po majdanie, nową świecką tradycją. Podobne marsze odbyły się nie tylko w stolicy, lecz także wielu innych miastach zachodniej Ukrainy, rozprzestrzeniając się także na południowe tereny kraju. W pochodach uczestniczyli głównie młodzi ludzie. Tysiące, a kto wie czy nie miliony, Ukraińców zostało zainfekowanych zarazą banderyzmu po ’91 r. To niemal całe pokolenie wychowane na zmanipulowanej historii, odurzone ideą bandery, i tym, że OUN-UPA to bohaterowie i uczestnicy „ruchu wyzwoleńczego”. Hodują w sobie od wczesnych młodzieńczych lat nienawiść do sąsiadów. Czego się można spodziewać po tej zdegradowanej ekonomicznie młodzieży, dla której nie ma przyszłości w obecnej Ukrainie? Co uczyni, kiedy zaistnieją specyficzne warunki do zbrodni? Co zrobi milion imigrantów, których przyjęła Polska? - na co słusznie z niepokojem zwraca uwagę Bohdan Piętka na portalu prawy.pl.

* Maj 2016 r. Na Wołyniu w Młynowie (obwód rówieński) odsłonięto pomnik Stepana Bandery. W uroczystości udział wzięli przedstawiciele lokalnych władz oraz duchowni. Ten ostatni fakt należy podkreślić z uwagi na jego powszechność. Zawsze przy odsłanianiu pomnika zbrodniarzy spod znaku UPA uczestniczą przedstawiciele władzy samorządowej, często i krajowej oraz greckokatoliccy duchowni, którzy dokonują aktów poświęcenia takowych pomników i nie żałują słów uwielbienia dla swoich narodowych „bohaterów”.

* 2007 r. Odnosząc się do powyższego faktu: Święcąc pomnik St. Bandery w Kijowie, Arcybiskup Ihor Woźniak powiedział m.in.: „Gratuluję wszystkim w dniu odsłonięcia pomnika naszego rodaka, prawdziwego ukraińskiego patrioty, człowieka nieustraszonego, oddanego bojownika o wolność naszego narodu, człowieka o legendarnym nazwisku – Stepana Bandery. Dla wielu mądrych ludzi i dla naszego Kościoła, człowiek ten jest bardzo drogi, ponieważ pochodził z kapłańskiej grecko-katolickiej rodziny i był wychowany w duchu miłości Boga i bliźniego, a widząc niesprawiedliwość, oddał swoje życie, aby przyszłe pokolenia żyły w wolnej Ukrainie. (…) Jesteśmy wdzięczni armii OUN-UPA, która wykazywała się patriotyzmem, odwagą i żarliwą miłością do swojego kraju.”

* 3 lipca 2016 r. Obchody 75. rocznicy męczeńskiej śmierci ok. tysiąca Polaków i Ukraińców, zamordowanych w więzieniu dobromilskim i na terenie pobliskiej warzelni soli w Lacku-Salinie przez Sowietów. Władze ukraińskie – jak relacjonuje Jacek Bożęcki – poświęciły ją wyłącznie pamięci Ukraińców w scenerii czarno-czerwonych flag. W uroczystościach wzięli udział miejscowi duchowni: greckokatolicki i prawosławny. „Cokół pomnika, przedstawiającego symboliczną ofiarę wygiętą w nienaturalnej pozie, owinięty był czerwono-czarną flagą. Za pomnikiem stanęły dwa ukraińskie sztandary narodowe i jeden banderowski. Bezpośrednio po poświęceniu pomnika przez greckokatolickiego władykę Jarosława, przed pomnikiem stanęło kilkunastu młodych mężczyzn w polowych mundurach żołnierskich z naszywkami na ramionach „Ukraińska Dobrowolcza Armia”. Wielu z nich trzymało w rękach czerwono-czarne proporce ze złotymi tryzubami. W takiej „banderowskiej” scenerii składały pod pomnikiem wieńce delegacje: dwoje ukraińskich parlamentarzystów, przedstawiciele władz obwodowych ze Lwowa, rejonowych ze Starego Sambora, miejskich z Dobromila oraz z szeregu innych miast ukraińskich, a także delegacja Starostwa z polskiego Przemyśla”. Polskie delegacje, które chciały oddać część swoim rodakom, były zszokowane i zażenowane tym stanem rzeczy, a nasze biało-czerwone wiązanki na tle barw czerwono-czarnych musiały wyglądać kuriozalnie.

CDN
Małgorzata Dachnowicz
Myśl Polska, nr 43-44 (23-30.10.2016)

Dzial: