Co pozostanie po Andrzeju Wajdzie?

lotna.jpg
Pierwszym filmem Andrzeja Wajdy, który oglądałem i do tej pory lubię do niego wracać był emitowany w latach osiemdziesiątych na antenie Telewizji Polskiej serial „Z biegiem lat, z biegiem dni...”. Film w nastrojowy sposób portretujący narodziny polskiej nowoczesności w sztuce, filozofii i polityce na przykładzie młodopolskiego Krakowa, w pewien sposób ustawił moje postrzeganie zmarłego wczoraj filmowca jako twórcy posługującego się w swojej pracy przede wszystkim materiałem Historii.

Pisanej przez duże „h”, organizującej i kreującej życie narodu oraz jednostek, pomagającej w tworzeniu i prowadzeniu wielkich narracji poszukujących polskiego „genius loci”. Opowieści o najważniejszych mianownikach kulturowych, politycznych i duchowych wspólnoty. W nowej Polsce po 1989 roku, zgodnie z ideą fukuyamowskiego ”końca historii” albo początkowo takich opowieści w ogóle zabrakło, albo też, po dwóch dekadach, powróciły niespodziewanie w dość karykaturalnej formie próby narzucenia jednego, obowiązującego wzoru pamięci historycznej opartego na jednostronnej apologii i idealizowaniu przeszłości.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że Wajda był reżyserem, potrafiącym połączyć w istocie konserwatywną wizję starej, dobrej Polski, która bezpowrotnie odeszła wraz z ostatnim atakiem kawalerii na niemieckie czołgi we wrześniu 1939 roku z krytyczną, bliższą już lewicy refleksją nad wszystkimi słabościami zarówno polskiego ducha romantycznego, jak i tendencji modernizacyjnych, upodobniających nas do reszty Zachodu.

W tym kluczu Wajda obsesyjnie i metodycznie powracający do Historii i pokazujący Polskę, której w danej chwili już nie ma, wraz z całym jej pięknem i wachlarzem ludzkich postaw, ale i zarazem tragizmem ("Pokolenie", "Kanał", "Popiół i diament", "Lotna", "Samson", "Popioły", "Wesele", "Ziemia obiecana", "Z biegiem lat, z biegiem dni...", "Kronika wypadków miłosnych", "Pierścionek z orłem w koronie", "Wielki Tydzień", "Wyrok na Franciszka Kłosa", "Pan Tadeusz", "Katyń") zawsze będzie moim zdaniem wygrywać z Wajdą zgrabnym i ironicznym obserwatorem współczesności ("Niewinni czarodzieje", "Wszystko na sprzedaż", "Polowanie na muchy", "Bez znieczulenia"), kreatorem zmian społeczno-politycznych ("Człowiek z marmuru" i "Człowiek z żelaza") czy w końcu, adaptatorem uniwersalnych dzieł literatury światowej ("Piłat i inni", "Smuga cienia", "Biesy").

Wywodzący się z wielkiej szkoły realizmu filmowego reżyser potrafił czasem wybrać się w zupełnie inne rejony stylistyczne. Osobną kategorią jego twórczości były więc choć mieszczące się też w jakiś sposób w szerokim zbiorze opowieści o "dawnych czasach", ekranizacje powieści Jarosława Iwaszkiewicza, w szczególności zaś "Brzezina" i "Panny z Wilka".

W posługiwaniu się metafizyką nastroju, barw, a nawet dźwięków polskiej natury, Wajda stanął tam w jednym szeregu chociażby z Nikitą Michałkowem, w udany i też niezwykle plastyczny sposób portretującym rosyjską XIX-wieczną prowincję w takich obrazach jak "Kilka dni z życia Obłomowa" na podstawie prozy Iwana Gonczarowa czy też "Niedokończony utwór na pianolę" według opowiadania Antoniego Czechowa. W tym kontekście nie sposób też zapomnieć o dokumentalnym filmie "Pogoda domu niechaj będzie z Tobą", w którym w Wajda w niezwykle oszczędny, ale jakże sugestywny sposób pokazał postać samego Iwaszkiewicza.
Taki sam, chociaż bardziej dynamiczny, radosny i skrzący wręcz feerią kolorów obraz odchodzącej w niebyt Rzeczpospolitej Obojga Narodów ukazał reżyser w "Panu Tadeuszu" – kogóż bowiem nie poruszył chociażby fragment filmu, w którym filmowiec zilustrował sentymentalne wspomnienie Mickiewicza o kawie, którą parzyły kawiarki i zielarki "w dawnej Polszcze".

Wajda, jak każdy reżyser mający ambicję tworzenia przez wiele dekad opowieści formującej zbiorowe myślenie wspólnoty narodowej o Historii zawsze był w pewien sposób blisko władzy i pierwszego szeregu polityki. I nie ma chyba powodu, aby czynić mu z tego powodu zarzuty. To, co z jego dorobku zostanie w świadomości współczesnych, z pewnością przekroczy wąski i doraźny horyzont polskich sporów.

Łukasz Kobeszko
Na zdjęciu: kadr z filmu "Lotna" (Jerzy Pichelski jako rotmistrz WP)

Dzial: