Fenomen Chin

cznag.jpg
Chiny są unikalnym przypadkiem w skali całego świata. Najstarsza cywilizacja, szczycąca się nieprzerwaną ciągłością, trwającą prawie od zawsze; państwowe istnienie od tak dawna, że nikt inny nie może się równać z taką starożytną legitymacją: nieprzenikalna, specyficzna kultura, w zasadzie autarkiczna. Wielokrotnie podbijane, ostatecznie nigdy nie uległy.

Zwycięzcy zawsze wtapiali się w chińską rzeczywistość. Głęboka myśl i wyrafinowana sztuka. Samowystarczalny kontynent; lądowe mocarstwo, o dużych możliwościach morskiej ekspansji. Lud drobnych rolników, rzemieślników, kupców i mandarynów na szczycie społecznej piramidy. Ci ostatni nie są jednak wojownikami, jak japońscy samuraje, czy europejskie rycerstwo. Bardziej administratorzy, państwowi biurokraci, niekiedy głębocy intelektualiści. Poza nimi wielka ludzka rzesza, bierna i apatyczna, okrutnie mściwa, krnąbrna, buntownicza. Chiny na progu dwudziestego wieku znajdowały się w rozpaczliwym położeniu. Murszejący tron Syna Niebios, władcy wszechświata, totalne techniczne zacofanie, pazerność wszystkich światowych mocarstw; wewnętrzne rozprężenie, niebotyczna korupcja i wszędobylska anarchia.

Zdawało się, że koniec tego kolosa jest już przesądzony: podział i bezwzględna eksploatacja jego wszystkich wewnętrznych zasobów. A do tego głęboka okcydentalizacja wyższych narodowych segmentów społecznego życia. Biali tak wcześniej pogardzani jako nieokrzesani barbarzyńcy, bezkarnie otwierali wszystkie drzwi wiodące do chińskich tajemnic. A jednak po stu latach dużo się odmieniło , Chiny szturmem wkroczyły do ekstraklasy światowych mocarstw! Jakieś cudowne zrządzenie losu? I jak właściwie mogło do tego dojść?

Na tle nadmiernych nadużyć zdobywców, w Chinach zrodziły się dwa nowożytne ruchy, zakorzenione w miejscowej tradycji, ale nawiązujące do zachodniej modernizacji. Bardzo wobec siebie antagonistyczne, wrogie i wzajemnie bezwzględne; lecz de facto uzupełniające się. To chińscy nacjonaliści i komuniści. Przy czym nacjonaliści z uznaniem patrzyli na radziecką industrializację w Rosji. Natomiast chłopscy rewolucjoniści z komunistycznych oddziałów byli z kolei aż do szpiku kości nacjonalistyczni. Pekin poza tym właściwie postawił, podejmując walkę z Japończykami. Przy czym ukształtowała się taka sytuacja, iż Tokio wygrywało wszystkie bitwy, zajmując coraz to nowe obszary, ale wojny wygrać nie mogło.

Chińczycy byli bowiem w odpowiednim towarzystwie. To bardzo ważne. Dzisiaj, po niedawanym politycznym upadku nie pozostał nawet drobny ślad. Zdecydowała chińska cywilizacja i wypływający z niej polityczny rozum nowych elit, przyjmujących program głębokich zmian, lecz na własnych warunkach. W tym kontekście nie ma właściwie znaczenia, kto zwyciężył. Mao czy Czang; kiedyś spoczną w jednym mauzoleum, gdy nadejdzie czas pogłębionej syntezy. Wtedy jednak Tajwan straci status zbuntowanej prowincji.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 17-18 (27.04-4.05.2014)
na zdjęciu: Czang Kai Szek