Czy Putin jest groźniejszy od Breżniewa?

breshniev.jpg
Partie polityczne wywodzące się z tradycji "Solidarności" – czyli Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Twój Ruch, Solidarna Polska i Polska Razem – na naszych oczach prześcigają się w radykalizmie, strasząc Polaków rosyjskim zagrożeniem.

Malowane są nam barwne obrazy rosyjskich wojsk zbliżających się do Warszawy i bombastyczne wizje odbudowy Związku Sowieckiego przez Władimira Putina, zresztą wraz z nowym Układem Warszawskim, który – jeśli dobrze rozumiem – miałby chyba objąć także i samą Warszawę. Te power-pointowe prezentacje widzimy chyba we wszystkich post-solidarnościowych mediach – od "GW", przez TVN, po "GP" – które co chwila pokazują ćwiczenia polskiej armii, plany mobilizacyjne i starannie budowane przez dziennikarzy militarne strategie odparcia potencjalnego rosyjskiego ataku.

Post-solidarnościowi politycy nie pozostają w tyle w tej licytacji i także puszczają wodze fantazji, czemu zresztą sprzyja kampania przedwyborcza do Parlamentu Europejskiego. Gdy jedni radykałowie proponują już nawet jawne militarne wmieszanie się naszego kraju w konflikt z Rosją, poprzez stworzenie mieszanej polsko-ukraińskiej brygady, to inni żebrzą u amerykańskich stóp, aby w Polsce stacjonowało choć z pięć samolotów F-16, które odgonią Armię Czerwoną... przepraszam, armię rosyjską od naszych granic. W tym samym czasie media ustawicznie porównują Władimira Putina do Adolfa Hitlera, przyłączenie Krymu do przyłączenia Sudetów lub też do Leonida Breżniewa, ogłaszającego swoją słynną doktrynę o prawie do sowieckich interwencji zbrojnych w krajach socjalistycznych. Słowem, mamy do czynienia z "biegunką polityczną" jakiej dawno w Polsce nie było.

Piszę to wszystko, gdyż najciekawsze jest – zasłyszane przeze mnie niedawno w jednej z liberalnych telewizji – właśnie to porównanie Władimira Putina do Leonida Breżniewa. Nasunęło mi ono pewne skojarzenie, wiążące się z debatą polityczno-historyczną, która ciągnie się w naszym kraju od ponad 30 lat, a mianowicie tą, która dotyczy decyzji o wprowadzeniu Stanu Wojennego w XII 1981 roku. Skąd to skojarzenie? Post-solidarnościowi politycy i post-solidarnościowi dziennikarze od wielu lat uparcie tłumaczą nam, że gen. Wojciech Jaruzelski kłamie i naciąga fakty dowodząc, że wprowadził Stan Wojenny, ponieważ obawiał się sowieckiej inwazji.

Ci ludzie od lat twierdzą, że groźba sowieckiej inwazji jest propagandowym mitem i fantasmagorią, gdyż nigdy nie była realna. Głoszą, że nie była realna w epoce Leonida Breżniewa, gdy istniał Związek Sowiecki, Układ Warszawski, gdy w sąsiednim NRD stacjonowało ok. 380.000 radzieckich żołnierzy z pancernych sił inwazyjnych, gdy te same wojska znajdowały się także na naszej południowej czechosłowackiej flance, gdy otaczały nas także ze wschodu i, przede wszystkim, gdy kilkadziesiąt tysięcy sowieckich żołnierzy stacjonowało wprost na terytorium polskim. Inwazja ta podobno nam nie groziła, mimo że krasnoarmiejców Breżniewa wspierały także siły enerdowskie i czechosłowackie.

Solidaruchy konsekwentnie głoszą, że to ówczesne zagrożenie było ułudą, jest wyłącznie imaginacją skompromitowanego gen. Jaruzelskiego, który próbuje uniknąć procesów i ostatkiem sił broni swoich błędnych i zdradzieckich decyzji, uzasadniając tak swoją obrzydliwą kolaborację z Sowietami. Równocześnie ci sami ludzie, z pełną powagą i miną pełną autentycznej trwogi, snują przed nami wizje rosyjskich dywizji jadących na Warszawę w 2014 czy 2016 roku, mimo że Rosja - w porównaniu z ZSRR – utraciła Ukrainę, Białoruś, środkową Azję, cały blok wschodni na czele z NRD i Czechosłowacją i mimo że Polska i cały ten blok znajduje się dziś w NATO i Unii Europejskiej oraz stacjonują tutaj amerykańskie wojska.

Skoro twierdzicie, że zagraża nam rosyjska agresja w 2014 roku, to bądźcie konsekwentni: padnijcie na kolana i dziękujcie Generałowi, że w 1981 roku uratował nas przed Sowietami! Wszak Putin ma dzisiaj z połowę potencjału Breżniewa z 1981 roku!

Adam Wielomski
Myśl Polska, nr 17-18 (27.04-4.05.2014)
fot. en.ria.ru