Polska działa na szkodę Ukrainy

lech.jpg
Mija dokładnie rok od krwawych wydarzeń na Majdanie, które bezpośrednio doprowadziły do zakończenia prezydentury Wiktora Janukowycza. Podejrzewać można, że nawet w dniach największego nasilenia starć w Kijowie, nikt nie podejrzewał, że bratobójczy konflikt u naszych wschodnich sąsiadów, okrywający hańbą wszystkich Słowian i Europę Wschodnią, przybierze aż tak zastraszające rozmiary, na lata dzieląc między siebie bratnie, wywodzące się ze wspólnego chrześcijańskiego pnia narody Ukrainy i Rosji.

Nie trzeba posiadać wielkich zasobów empatii, aby z bólem oglądać zdjęcia ulic Doniecka i Ługańska z jesieni 2013 roku i z lutego 2015. Niegdyś zwykłych, spokojnych, peryferyjnych wschodnioeuropejskich miast – z pewnością nie wolnych od problemów, ale w których toczyło się normalne życie i dzisiejszych pogorzelisk ze zniszczoną infrastrukturą, zbombardowanymi blokami mieszkalnymi i wrakami czołgów, tysiącami uchodźców oraz morzem ludzkich tragedii. Gdyby tak cofnąć się w czasie do października lub listopada 2013 roku, gdy na europejskim forum zaczynała się dyplomatyczna i gospodarcza gra w związku planowanym przez Kijów podpisaniem umowy stowarzyszeniowej z UE i spróbować wówczas uruchomić wyobraźnię...

Zawiedliśmy z pewnością wszyscy w Europie, ale zawiedliśmy naszych ukraińskich sąsiadów przede wszystkim my, Polacy. Jednostronnym spojrzeniem na cały spór wokół umowy stowarzyszeniowej, jednostronnym poparciem jednej strony konfliktu przeciw drugiej, z którą przecież do jesieni 2013 roku cieszyliśmy się dobrymi i bliskimi relacjami. Janukowycz i jego administracja już od czasu sprawowania przezeń pierwszej kadencji premiera Ukrainy w latach 2002-2004 była sprawdzonym partnerem Polski. Nie zmieniło się to pomimo poparcia przez Warszawę pomarańczowej rewolucji. W latach drugiego premierostwa Janukowycza w latach 2006-2007, pomimo bezsensownego, lecz wyraźnego ograniczenia naszych dwustronnych relacji ze strony polityków PiS, ówczesny ukraiński premier jakoś nie obraził się na polskich partnerów i kiedy mógł, przyjeżdżał do Warszawy, próbując wciąż rozmawiać i robić wspólne interesy.

W końcu, po całkowicie demokratycznym zwycięstwie tego polityka w wyborach prezydenckich w lutym 2010 roku, na uroczystości zaprzysiężenia w Kijowie, 25 lutego 2010 roku, prezydent Lech Kaczyński, demonstrujący wyraźny dystans wobec Janukowycza, był jednym z ważniejszych gości. Kto komu dał wówczas lekcję kultury politycznej i demokracji, nie trzeba chyba zgadywać... Niestety, niecałe dwa miesiące później Wiktor Janukowycz był już tylko gościem na pogrzebie polskiej pary prezydenckiej na Wawelu, w przeciwieństwie do innych, wielkich sojuszników polskiej demokracji...

Pamiętnej jesieni 2013, gdy Janukowycz szukał rozpaczliwie pomocy i gwarancji ze strony Zachodu w obliczu rosyjskiej presji, rząd PO nie był w stanie uruchomić swoich kontaktów z administracją w Kijowie (chociażby przez pragmatycznych polityków PSL). Najpierw zajął postawę wyczekującą, później, gdy doszło do eskalacji konfliktu w styczniu 2014 roku, rozpoczął serię nieudanej dyplomacji wahadłowej, zakończonej kompromitującym porozumieniem z 21 lutego, które nie dość, że nie dawało Janukowyczowi żadnych gwarancji bezpieczeństwa, to jeszcze zostało przykryte żenującą bufonadą szefa naszego MSZ (słynne, wypowiedziane do ukraińskich polityków słowa „you will all be dead”).

W tym czasie opozycja i rząd kontynuowały hucpiarską politykę solidarnościowych wizyt na Majdanie. Ubrani w dobre garnitury politycy opozycji, którzy wprost z dobrej kolacji w miłej restauracyjce trafiali do telewizyjnego studia opowiadali bez zastanowienia, jak to "ofiary Majdanu staną się mitem założycielskim demokratycznej, prozachodniej Ukrainy". Wtórowali im wylansowani młodzi publicyści, zapowiadający, że z mordu założycielskiego Majdanu narodzi się nowa ukraińska wspólnota, bądź tylko dzielący się łagodnymi spostrzeżeniami, że „Ukraina bliżej Europy to więcej wolności i demokracji”.

Później sprawy potoczyły się już w wiadomy sposób. Nowa władza przyjęła bardzo konfrontacyjną postawę, m. in. przejściowo wprowadzając dekret kasujący urzędowy status języka rosyjskiego. Dekret był tak żałosny, że wkrótce ta sama władza go odwołała. Później, Ukraina straciła Krym, a po wyborczym zwycięstwie w maju 2014 roku siły Petro Poroszenki rozpoczęły ofensywę na wschodzie kraju.

Co więc można było zrobić zamiast tamtego teatru, co byłoby jednocześnie największą powinnością moralną Polaków i chrześcijan, pragnących zatrzymać przemoc i eskalację tragedii? Jeszcze przed końcem listopada 2013 roku zawrzeć z Janukowyczem nowe porozumienie o strategicznym partnerstwie, pewien rodzaj rozszerzonego Partnerstwa Wschodniego dla Ukrainy. Mogłoby to być zarówno porozumienie dwustronne, z najwyższymi możliwymi klauzulami uprzywilejowania w handlu, jak i jakaś forma multilateralnego porozumienia Kijowa i UE w sprawie ułatwień dla ukraińskiego eksportu i ukraińskich biznesmenów przemysłu ciężkiego, zainteresowanych inwestycjami w UE.

Następnie, w porozumieniu z Czechami, Słowacją, Węgrami i Austrią (z którą Janukowycz miał zawsze dobre relacje) zwołać rozmowy z udziałem Rosji, Ukrainy, Białorusi oraz Niemiec i Francji, które dążyłyby do potwierdzenia specjalnego statusu geopolitycznego Ukrainy jako pomostu pomiędzy wspólnotami euroatlantyckimi a Euroazjatycką Wspólnotą Gospodarczą, pomiędzy NATO o Organizacją Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (paktem bezpieczeństwa obejmującym część obszaru WNP).

W końcu, zakładając, że nie doszłoby do eskalacji wydarzeń na Majdanie, zachęcać Janukowycza do trwałego porozumienia parlamentarnego z opozycją, przy zachowaniu przez niego stanowiska prezydenta oraz proponować zmianę ustroju konstytucyjnego Ukrainy w stronę federalizacji kraju, zakładającej najszerszy możliwy stopień autonomii dla Krymu (przypominający np. status szwedzkojęzycznych Wysp Alandzkich w ramach Finlandii) oraz bardzo szeroką autonomię dla regionów wschodnich. No i oczywiście, niezmiennie, spokojnie i konsekwentnie lać wodę na szable i wzywać wszystkich Ukraińców do pokoju i porozumienia.

Polscy politycy zaś w przytłaczającej większości wybrali drogę podgrzewania i eskalacji konfliktu, kompletnie nie potrafiąc zachować się racjonalnie, ale też przede wszystkim – niezgodnie z kanonami chrześcijańskiej moralności, dążącej do pokoju, współpracy i przyjaźni międzynarodowej. Czy dzisiaj, rok po krwawym tygodniu na Majdanie mamy odwagę spojrzeć naszym ukraińskim sąsiadom w oczy i odpowiedzieć na proste pytanie: „W imię czego była ich ofiara”?

Łukasz Kobeszko
Tekst z profilu autora na fb
Na zdjęciu: Lech Kaczyński i Wiktor Janukowycz (prezydent.gov.pl)

Dzial: