Nałęcza kłopoty z historią

kaczynski_pilsudski.jpg
Profesor Tomasz Nałęcz, niegdyś czynny historyk, jeden z pionierów badań nad niepodległościowym nurtem ruchu socjalistycznego w Polsce, od momentu zaangażowania się w bieżącą politykę wyzbył się niemal zupełnie naukowego obiektywizmu. Historia stała się dla prezydenckiego doradcy jedynie pretekstem do atakowania bieżących przeciwników tej opcji politycznej, z którą aktualnie jest związany.

Jednym z ulubionych motywów, służących do dyskredytowania politycznych adwersarzy, stała się dla autora pracy „Józef Piłsudski w legendzie historycznej” osoba Romana Dmowskiego.

Nałęcz dawał temu wyraz już niejednokrotnie na łamach ogólnopolskiej prasy (zob. m.in.: „Jedenaste: zwalczaj Żyda”, „Wprost”, 11.06.2006; „Ekshumacja upiorów przeszłości”, „Rzeczpospolita”, 2.11.2006). W swoim najnowszym artykule zatytułowanym „Dmoczyński, czyli żywoty równoległe Jarosława Kaczyńskiego i Romana Dmowskiego” („Polityka” nr 6/2015) Nałęcz stara się wykazać podobieństwa w biografiach obu tytułowych postaci. Podjął się tym samym rzeczy karkołomnej. W ostatnim czasie zaobserwować jednak można liczne próby zestawiania autora „Myśli nowoczesnego Polaka” z różnymi postaciami. Wspomnieć tu należy jedynie o dwóch najbardziej spektakularnych przypadkach tego typu, polegających na porównaniach z Dmytro Docowem (pisałem o tym w artykule „Jak legitymizować Dmowskim ukraiński nacjonalizm?”, „MP” nr 37-38/2014), czy z Adolfem Hitlerem (ostatnio pisał o tym Wojciech Turek w artykule „Roman Dmowski w cieniu Hitlera”, „MP” nr 5-6/2015). Jak widać, porównywać można wszystko i wszystkich, celem zaś podobnych zabiegów jest najczęściej jakiś doraźny interes polityczny. W przypadku przywoływanego tekstu jest nim kolejna odsłona sporu obozu rządzącego z główną partią opozycyjną. Miast nazywać kogoś faszystą, można go przecież porównać na przykład z Dmowskim.
Przechodząc jednak do treści artykułu, Nałęczowi w biografiach obu polityków wszystko pasuje jak ulał.

Pochodzenie, pomimo że Dmowski wychował się w rodzinie praskiego brukarza, zaś Kaczyński w rodzinie inteligenckiej na warszawskim Żoliborzu. Prezydencki doradca dopatruje się podobieństw także w pisanych na Uniwersytecie Warszawskim (w okresie, gdy studiował na nim Dmowski był to Cesarski Uniwersytet Warszawski) pracach doktorskich. Warto przypomnieć, że tytuł pracy Dmowskiego brzmiał: „Przyczynek do morfologii wymoczków włoskowatych”, zaś Kaczyńskiego „Rola ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą”... Różnią ich jedynie, bagatela, trzy pierwsze dekady aktywności politycznej. Dmowski był liderem, początkowo radykalnej młodzieży warszawskiej, zaś potem dużego ruchu politycznego. Znaczenie zaś polityczne Jarosława Kaczyńskiego stało się faktem dopiero u schyłku jego kariery.

Na początku zaś drogi politycznej rola Kaczyńskiego była znikoma, o czym może świadczyć chociażby fakt, że nie był internowany w czasie stanu wojennego, będąc wówczas jedynie trybikiem w strukturach podziemnej „Solidarności”. Rzekomych „podobieństw” jest zresztą więcej. Dmowski był antysemitą, Kaczyński co prawda nie jest (nie jest także przeciwnikiem masonerii, o czym świadczą liczne więzi łączące jego środowisko z Lożą Kopernik), ale za to wierzy we wszechmocne demoniczne służby o komunistycznym rodowodzie. Łączy ich także rzekomo wspólna niechęć do wielkiego biznesu, tymczasem w szeregach stronnictwa Dmowskiego znaleźć można było licznych przemysłowców i przedsiębiorców, z Andrzejem Wierzbickim prezesem przedwojennego „Lewiatana” na czele.

Momentem, w którym obie biografie, zdaniem prof. Nałęcza, zaczęły obfitować w niemal same punkty styczne, był okres w życiu Dmowskiego przypadający na lata 20. i 30. XX wieku. Wódz narodowców, zdaniem historyka, „coraz bardziej przegrywał walkę z Piłsudskim o rząd dusz i o realną władzę nad Polakami. Prezes podążył koleinami prezesa narodowców, kiedy ten owładnięty już był teoriami spiskowymi i targany sprzecznościami rodzącymi dziwactwa, w które po latach aż trudno uwierzyć”. „Późny” Dmowski jawi się w narracji stworzonej przez Nałęcza jako owładnięty obsesją starzec, niezdolny do racjonalnej analizy, niewolnik własnych fobii i urojeń. Ani słowa o tym, iż podobne „fobie i obsesje” były udziałem lwiej części żyjących wówczas Polaków, i nie chodzi tu tylko i wyłącznie o społeczne „doły”, ale o ówczesną elitę intelektualną kraju. Nałęcz swoje wywody snuje, bazując często na dość mglistych przesłankach, nadinterpretowując przy tym przytaczane fakty. Na przykład, gdy pomiędzy upodobaniem Dmowskiego do ładu i porządku (znana wypowiedź o oberpolicmajstrze warszawskim, którym chciał Dmowski podług anegdoty zostać po odzyskaniu niepodległości) stawia on znak równości z metodami rodem z państwa policyjnego.

Taki sam miał być także stosunek obu polityków do religii. Słynny cytat z pracy „Kościół, naród i państwo” („Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości...”) mógłby, zdaniem Nałęcza, wypowiedzieć także Kaczyński. Nałęcz przychyla się tym samym do nienowej już tezy o instrumentalnym stosunku Dmowskiego do religii i Kościoła. Nie zgadzam się z podobną interpretacją, o ile bowiem w przypadku przywódcy obozu wszechpolskiego mieliśmy ponad wszelką wątpliwość do czynienia ze stopniową ewolucją ideową, o tyle podobnej tezy w stosunku do Kaczyńskiego bym nie zaryzykował. PiS i Kaczyński „weszli w katolickie buty” niejako w spadku po LPR, którego elektorat przejęły. Trudno też pragmatyczny układ z dyrektorem Radia Maryja postrzegać w kategoriach ewolucji ideowej/światopoglądowej środowiska, które jeszcze w latach 90. XX wieku bez pardonu zwalczało ZChN na gruncie stosunku do religii właśnie.

Zarysowany problem odnosi się zresztą nie tylko do stosunku do religii, ale do zagadnień ideowych jako takich. Koncepcje ideowe Dmowskiego cechowała ewolucja. Niektóre elementy programu oczywiście stopniowo zanikały, jednak trudno nie dostrzec żelaznej konsekwencji w rozwoju myśli politycznej, w której każde zagadnienie wynikało z poprzedniego, wcześniejszego. Tymczasem drogę Kaczyńskiego i kierowanej przez niego formacji cechuje swoisty eklektyzm i brak wewnętrznej spójności ideowej – od lewicowego i ateistycznego KOR-u, przez centrowy PC (niewolny od pewnych zamyśleń chadeckich), po „narodowo-katolicki” PiS. Od „okrągłego stołu” po IV RP. Od „opcji proniemieckiej” po antyniemiecką. Podobne paradoksy w politycznej biografii szefa PiS-u można mnożyć. Nicią, która przeplata kolejne wcielenia Jarosława K., jest bez wątpienia jego stosunek do Rosji, no ale przecież w odniesieniu do tej akurat materii Dmowskiego nie przypomina. Chyba, że w ujęciu Wincentego Rzymowskiego, słowa którego parafrazując, można powiedzieć, że tam gdzie walka z Rosją, - jakąkolwiek Rosją, - tam i Jarosław Kaczyński.

Zupełnym horrendum jest już natomiast przypisywanie Dmowskiemu, uhonorowanemu nomen omen doktoratem honoris causa uniwersytetu w Cambridge, niechęci do inteligencji (wtręt Nałęcza o wykształciuchach). Przecież, gdyby był jej niechętny, to chyba nie byłby tak szczelnie oblegany przez jej przedstawicieli, z czołówką obozu narodowego na czele. Nałęcz próbuje też przy tej okazji uczynić z Dmowskiego wyznawcę inżynierii społecznej, na wzór owładniętych utopijną wiarą w możliwość mechanicznej przeróbki społeczeństw, XX-wiecznych satrapów. Dmowski, miłośnik cywilizacji antycznego Rzymu, zafascynowany kulturą śródziemnomorską, ze swoją wiarą w ewolucyjny charakter następujących po sobie przemian społecznych, w żaden sposób nie wpisuje się w szablonowe ujęcie Nałęcza. Generalnie odnieść można wrażenie, że Nałęcz tekst swój kieruje do osób zupełnie niezorientowanych w poruszanej problematyce, dla których i Dmowski, i Kaczyński, i Hitler, i faszyzm, i nacjonalizm mieszczą się w jednym worku pojęciowym. Mniej dociekliwy czytelnik za jedyną wyrazistą różnicę uzna fakt, że Dmowski nie grał jako pacholę w „O dwóch takich, co ukradli księżyc” (skądinąd dobrym filmie dla dzieci).

Nałęcz podjął się dziwnego zabiegu, jako historyk-piłsudczyk porównuje polityka-piłsudczyka z wodzem narodowców. W narracji belwederskiego doradcy nie ma oczywiście również miejsca na jakiekolwiek podobieństwa pomiędzy Kaczyńskim a rzekomo tolerancyjnym, otwartym na wszelkie odmienności, wychowanym w sielankowej (jak ją Nałęcz ukazuje) atmosferze Kresów, Józefem Piłsudskim. Nałęcz zdaje się nie dostrzegać, że propagowana przez lidera PiS-u polityka wschodnia jest jedynie echem federalistycznych planów Piłsudskiego. Ani słowa również o tym, że projektowany przez propagandystów PiS-u model IV RP wykazuje niepokojąco wiele cech wspólnych z sanacyjnym reżimem, czy też wreszcie o tym, że nie po raz pierwszy obserwujemy sytuację, w której piłsudczyzna stroi się w nie swoje piórka, przejmując część haseł z arsenału Narodowej Demokracji.

Najbardziej spektakularnym przykładem w historii jest tu oczywiście Obóz Zjednoczenia Narodowego, w odniesieniu do którego sami piłsudczycy przyznawali, że inspirowany był myślą Dmowskiego. Belwederski historyk jest mimo to jak najdalszy od tego przecież najbardziej „oczywistego z oczywistych” porównań. Inaczej być nie może, gdyż w ocenie Nałęcza to Piłsudski, jako spadkobierca Rzeczpospolitej Obojga Narodów, uosabia wszystko to, co było dobre w tradycji dawnej Polski, całe zło przypisując Dmowskiemu oraz jego późniejszym epigonom, wśród których poczesne miejsce zajmować ma także i Kaczyński.

Na koniec wreszcie, nie chcąc „włazić z butami do cudzej duszy”, uchylając się od rozważań o starokawalerstwie J. Kaczyńskiego, należy odnotować, że najnowsze ustalenia dotyczące sfery życia osobistego Dmowskiego (zob. m.in. artykuły p. Jolanty Niklewskiej, „Roman Dmowski i kobiety w świetle jego korespondencji z lat 1915-1920”, „Archiwum Narodowej Demokracji” nr 1/2013), każą widzieć w prezesie Komitetu Narodowego Polskiego pełnokrwistego mężczyznę. W niczym nie ustępuje on pod tym względem Piłsudskiemu. Wysiłki i starania uczynienia z J. Kaczyńskiego nowego wcielenia lidera Narodowej Demokracji spełzły chyba zatem koniec końców i w tym punkcie na niczym. Mam też wrażenie, że w dużo większym stopniu miast o „późnym” Dmoczyńskim należy dziś mówić raczej o Kaczudskim w Sulejówku.

Maciej Motas

Dzial: