Polskie świętowanie Wielkanocy – rozmowa z Ernestem Bryllem

small_ml bryll_0.jpg
Jeśli poeta wchodzi w nurt mistyczno-religiny to zapewne po to, żeby powiedzieć ludziom coś ważnego. Co poeta chce powiedzieć o cudzie Zmartwychwstania?
– Zawsze, gdy poetycko starałem się zrozumieć, na czym polega wyjątkowość Świąt Wielkanocy, dochodziłem do wniosku, że owa wyjątkowość sprowadza się do oksymoronu – figury niemożliwości. Istotę tego wyraził już Franciszek Karpiński w znanej kolędzie „Bóg się rodzi”. Zrazu w tym świętowaniu dostrzegałem tylko folklor, obyczajowość. Z czasem dostrzegłem jednak, że stajemy przed poważnym zagadnieniem. Chrześcijaństwo to, jak wiem, jedyna religia, która nakazuje wiarę, że Bóg w pełni stał się człowiekiem w pełni. I od pierwszych wieków istnienia naszej religii różni myśliciele, teologowie próbowali wyjaśnić problem owej bliskiej relacji między Bogiem a człowiekiem, popadając często w herezje. Bo jakże pogodzić wieczność z faktem narodzin czy śmierci.

To wyzwanie dla poety.
– Starałem się ten paradoks poetycko przetrawić. Po ludzku rzecz biorąc bez narodzin nie ma śmierci, a bez śmieci nie ma zmartwychwstania. Na ogół rzadko ten problem rozważamy. Zajmujemy się raczej symboliką folklorystyczną Wielkanocy. Zresztą te obrzędy, jajko, święcone są dla mnie, człowieka, który wyniósł je z rodzinnego domu, bardzo ważne. Często jednak zapominamy, co one wyrażają.

Czy taka jest polska specyfika świętowania Wielkanocy?
– Myślę, że w Polakach jest wielka potrzeba opowieści, jak to było, takiej baśni o Wielkiej Nocy z opisami obyczajów z tym związanych, przygotowań do świąt, śniadań świątecznych. Opisywał to choćby Reymont w „Chłopach”. Broniąc zagrożonej tkanki narodowej skupialiśmy się na kultywowaniu przejmowanych od przodków obyczajów, niewiele rozmyślając, co ten obyczaj oznacza. Nasi przodkowie zaś tworzyli symbole i obyczaje odnoszące się do tego, co się stało w noc Zmartwychwstania. Zresztą i dziś wielu ludzi, nawet głęboko wierzących, uważa, że bez tych symboli, jajka, święconego coś będzie niedopełnione. Nie towarzyszy temu zrozumienie, że jest to potrzebne, ale nie stanowi o istocie wydarzenia Zmartwychwstania.

Zaczyna się to od Wielkiego Postu.
– Tak. W ostatki tańczyło się do północy, a potem na kolana i posypanie głowy popiołem. I ten znak uczyniony na naszych głowach popiołem w kościele w Środę Popielcową, znaczy coś ważnego. Rozpoczyna czas oczekiwania na Zmartwychwstanie. Wiąże się on nie tyle z przestrzeganiem postu, co z poszukiwaniem i przeżyciem ostatecznego sensu ludzkiego losu.

W Polsce dość powszechne jest takie przeżywanie Wielkiego Postu.
– W wielu kościołach w Polsce ludzie szukają zrozumienia sensu świętowania. Dokonuje się to również przez sztukę, sztukę poetycką. Sztuka tłumaczy, bowiem wymiar metafizyczny tego wydarzenia. I ja w tym staram się uczestniczyć poprzez swoją twórczość poetycką.

Liturgia Drogi Krzyżowej szczególnie służy takiemu pogłębionemu przezywaniu Wielkiego Postu.
– Ludzie w Drodze Krzyżowej chcą widzieć Jezusa, jako człowieka. Choć bywa, że w „Gorzkich żalach” dostrzegają Go, jako kogoś raczej nieokreślonego. Postępujemy tu zresztą trochę tak, jak pierwsi chrześcijanie, którzy nie mogli przyjąć, że Pan Jezus niósł krzyż, znak hańby, był brudny, umęczony, poniżony. Dobrze jest to wszystko powiedzieć, ale tak, żebyśmy nie zobaczyli, ze ma On twarz jednego z nas, człowieka, którego właśnie minęliśmy idąc do kościoła. Poza tym trudno przyjąć człowieczość głębokiej samotności Jezusa dźwigającego krzyż, czy w Ogrójcu doznającego przerażenia, że Bóg Go opuścił. Jeśli był jednym z nas, ludzi musiał doświadczać zwątpienia czy ma sens to, co czynił. Jest to dla mnie ważne i staram się to w poezji ukazywać. W poezji zresztą mogę wyrażać tylko tego, co sam doświadczam. Dlatego dopokąd mam siły chodzę na Triduum Paschalne, które niejako odkryłem jakieś 10 lat temu. Triduum to dla mnie czas oczekiwania na Rezurekcję. Ja chodzę na te nabożeństwa do kościoła Dominikanów na Służewcu. Kościół jest pełen ludzi. Nie ma nawet gdzie przycupnąć. Sam nawet nie wiem, jak wytrzymuję to długie nabożeństwo.

Jak można przybliżyć to przeżycie?
– Jest to czas zapadania się, wyłączenia, w wyniku jakiegoś przemyślenia, przeżycia. Dzieje się coś, co nas zbliża. Wychodzimy z kościoła wyciszeni, uspokojeni. Podobnie po Rezurekcji, kiedy zasiadamy do świątecznego śniadania, które w moim domu jest pieczołowicie przez nas przygotowywane. To scala rodzinę. Wielkanoc staje się okazją do zapomnienia przykrości, jakie sobie uczyniliśmy.

W innych krajach jest podobnie?
– Zauważyłem, że choćby w Irlandii w świadomości ludzi coś jakby się urywa. Ludzie zdaje się zagubili dawne obyczaje. Nie wiedzą, co mają robić. Myślą, że na tyle głęboko czują Boga, że wystarczy przejść się po parku, pójść do lasu i tam już znajdzie się łączność z Bogiem, w której nikt nam nie będzie przeszkadzał. Ale dla mnie i dla mojej rodziny ważne jest, że nie ma zbawienia i kontaktu z Bogiem, kiedy jestem sam.

Spodobało się Bogu zbawiać nas we wspólnocie.
– W Piśmie Świętym powiedziane jest: jeśli dwóch albo trzech zbierze się w Imię Moje, będę z wami. Znaczy to, że jest grupa ludzi, wspólnota, solidarność. Objawia się tu społeczny wymiar chrześcijaństwa. Gdy z innymi czujemy własną bliskość wtedy On się pojawia.

Takie doświadczenie przekazuje Pan w swych wierszach.
– Napisałem kiedyś wiersz o tym, że oto siedzimy, chleb jest spleśniały, wino skwaśniało, a On nie przychodzi. Mamy się już rozejść. A tu nagle ktoś poczuł, że ktoś go dotknął. I nagle zaczynamy dzielić się swymi kłopotami, radościami, wzruszeniami. Myślę, że takie chwile są ważne. W naszych kościołach często znak pokoju podczas Mszy św. jest przekazywany z dystansem, bez podawania rąk. A przecież przez szczere podanie ręki stajemy się sobie bliscy. Po tym geście doprawdy trudno do kogoś zachowywać urazę.

I to jest poszukiwanie i znajdowanie sensu Wielkanocy, jej wymiaru społecznego, narodowego.
– Ma to duże znaczenie, bo Polska znana nam z pozytywnych mitów i narracji nie tyle zanika, co staje się niewystarczająca. Tylko na tym nie zbudujemy swej tożsamości i odrębności. Musimy to sobie uświadomić, że możemy zostać z tą obyczajowością, ale bez domu, bo ten dom zaniknie. Musimy każdy kąt tego wspólnego domu szanować, ale i wciąż dobudowywać. Łatwo osunąć się w powierzchowną modlitewność. A chodzi przecież o to, by zrozumieć, co jest w nas niezupełnie w porządku.

Można więc mówić o polskiej metafizyce świętowania Wielkanocy?
– Ta nasza, nazwijmy to metafizyka, musi pójść w kierunku wskazanym przez Franciszka Karpińskiego. Pieśń „Bóg się rodzi” została napisana tuż przed rozpadem Polski. A my wciąż zachowujemy wyobrażenie Polski, której dawno nie ma. I musimy z tym coś zrobić. Karpiński dał na to odpowiedź: „Bóg się rodzi”. Zazwyczaj najbardziej zwracamy uwagę na słowa: „Podnieś rękę Boże Dziecię / Pobłogosław Ojczyznę miłą”. Ale zasadnicza odpowiedź zawarta jest na początku, gdzie poeta pisze, jakie jest to Boże Dziecię, które się rodzi.

Pieśni wielkanocne zdają się odgrywać mniejszą rolę niż bożonarodzeniowe.
– W naszej historii bywało różnie. W XVII i XVIII wieku, gdy Rzeczpospolita chyliła się do upadku, bardziej zajmowaliśmy się pieśniami wielkanocnymi. Zresztą to dość zrozumiałe, bo łatwiej stanąć nad żłóbkiem, wzruszyć się narodzonym Dziecięciem, niż stanąć wobec tego straszliwego cierpienia, które wyraża krzyż i próbować zrozumieć jego sens.

Dziś polska religijność, a więc i świętowanie Wielkanocy, pod wpływem różnych czynników zmienia się.
– Myślę, że powoli zmienia się rozumienie tych świąt w sferze obyczajowej i co bardziej istotne w metafizyce. Zachodzi to przede wszystkim w miastach i nie jest jeszcze powszechne. Przejawem tego jest chociażby budowanie domów dla bezdomnych, hospicjów dla nieuleczalnie chorych i to zdawałoby się w biednych parafiach. Prowincja, wieś wyludnia się i odgrywa często coraz mniejszą rolę. Wieś pozostaje w kręgu tradycyjnej religijności. Ludzie przychodzą do miast i albo wszystko tracą, albo zaczynają więcej rozumieć. Polska coraz bardziej realizuje się w miastach. A ludzie coraz bardziej potrzebują coraz więcej nie tylko od Kościoła, ale i od siebie. Szukają nie nowinek tylko coraz głębszych przemyśleń, przeżyć. Widać to również w poezji. Coraz bardziej jasne staje się, że chodzi tu o poszukiwanie Boga i odpowiedź na pytanie, po co my to robimy i co znaczy to, w co wierzymy.

Rozmowę przeprowadził: Zdzisław Koryś
Na zdjęciu: Ernest Bryll (fot. o. Bogdan Augustyniak)
Myśl Literacka, nr 70, kwiecień 2014