Nieuchronny konflikt Zachodu z Rosją?

war_0.jpg
Miniony rok był zdominowany przez konflikt między Zachodem a Rosją. 100. rocznica wybuchu I wojny światowej skłaniała do refleksji nad przyszłością świata współczesnego. Po raz pierwszy od wielu lat pojawiało się nie tylko słowo „konflikt”, ale i „wojna”. Poniżej prezentujemy końcowy fragment szkicu prof. Stanisław Bielenia pt. „Znaczenie I wojny światowej w Rosji” będący jednocześnie ostrzeżeniem przed logiką myślenia w kategoriach nieuchronności wielkiego konfliktu światowego.

Rosja jest mocarstwem atomowym i nie da się wyeliminować – jak niektórym się wydaje – z gry mocarstwowej. Ponadto może mimo wszystko należy się odrobina empatii państwu i narodowi upokorzonemu przez dzieje, począwszy właśnie od I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej, przez stalinizm i hekatombę II wojny światowej, po czasy smuty Jelcyna?

Jeśli nie postaramy się pomóc Rosji w budowie jej nowej tożsamości, to niewykluczone, że pójdzie ona w kierunku recydywy imperialnej i totalitarnej. To przecież nostalgia za wielkim i silnym państwem sprzed 1914 r. jest podstawą rozmaitych wizji mistyczno-geopolitycznych w rodzaju Piątego Imperium Aleksandra Prochanowa. Jego zdanie: „Ukradli nam przestrzeń, ukradli potencjał, rozczłonkowali nas, ukradli nam naszą historię, naszą tożsamość, ale teraz wszystko to powoli, ale nieuchronnie powraca”, wcale nie musi oznaczać wezwania do Wielkiej Wojny. Rosja po prostu upomina się o swoje w sensie mentalnym i kulturowym. Chodzi o konsolidację Rusofonii, co wywołuje największe opory na świecie. Zachód nie przyznaje się jednak do tego, że to on naciera na Rosję, a nie odwrotnie.

W literaturze amerykańskiej, co jest charakterystyczne, od Zbigniewa Brzezińskiego („Wielka szachownica”), przez Samuela Huntingtona („Zderzenie cywilizacji”), po Roberta Kaplana („Zemsta geografii”), wskazuje się na nieuchronność starcia Zachodu na „klasycznym styku azjatyckiej płyty tektonicznej z jej europejskim półwyspem, tam, gdzie ściera się klimat morski z kontynentalnym, zachodnie chrześcijaństwo z prawosławiem, a także rosyjski fantom bólu za utraconym imperium z unijnym partnerstwem wschodnim”. Wskazuje się na rosyjskie obsesje geopolityczne, których efektem jest nie tylko budowa ruskiego miru, ale i powrót do idei dawnego związku w postaci „unii euroazjatyckiej”. Mało kto jednak odpowiada na pytanie, dlaczego Zachód rości sobie pretensje do wkraczania w tę tradycyjną sferę oddziaływań Rosji. Stany Zjednoczone nie kryły przecież swojego niezadowolenia, jeśli ktoś obcy wkraczał w zachodnią hemisferę, uznaną od czasów Jamesa Monroe’a w 1823 r. za ich domenę wpływów i odpowiedzialności. Dlaczego jednak Rosji wolno mniej niż Stanom Zjednoczonym, które przecież na początku XIX w. nie były żadną wielką potęgą, a jednak umiejętnie zakreślały swoje domeny władcze? Tak zresztą pozostaje do dzisiaj, bowiem pod przykrywką liberalnej ideologii uprawiają swój imperializm demokratyczny.

Zdaniem Kaplana, Rosja ma jednak szansę, przypominającą tę z 1917 r. Wtedy to po rewolucji lutowej mogła wejść na drogę podobną do niemieckiej czy francuskiej, ale „bolszewicy odwrócili się od demokratycznej Europy i wydali z siebie stalinowskie monstrum. Również autorytaryzm Putina nie przysuwa Rosji ani do Europy, ani do Pacyfiku. Pod jego rządami ‘niebo się chmurzy’ (...). Poza geografią i imperialnym złudzeniem Kreml nie ma żadnego pomysłu na Rosję” .

Z tym wiąże się narastanie nastrojów nacjonalistycznych, czy wręcz szowinistycznych. Lata 1914 i 2014 mają ze sobą wiele wspólnego, jeśli chodzi o potęgowanie się tendencji rywalizacyjnych. Wyraża się to nie tyle w zagrożeniach egzystencjalnych, związanych z kryzysami gospodarczymi, ile w pogardzie dla pluralizmu cywilizacyjnego planety, narastającej pysze i arogancji moralnej, która uzasadnia misyjność jednych wobec drugich.

Zderzenie dwu takich tendencji grozi nieuchronnie katastrofą. Na razie partie nacjonalistyczne nie mają większych szans na zdobycie władzy w państwach europejskich ani w USA, ale pod wpływem kłopotów wewnętrznych o charakterze socjalnym, zwłaszcza w kontekście narastającej fali przybyszów spoza Europy, mogą uzyskać większy poklask społeczeństw. Widać to w tendencjach na rzecz poparcia wyborczego dla radykałów prawicowych w Holandii, Francji czy Wielkiej Brytanii. Także partie liberalne i konserwatywne pod wpływem takiej presji społecznej mogą ulegać wpływom nacjonalistycznym.

Podsycanie negatywnych stereotypów, formułowanie wzajemnych pretensji, nieufności i fobii prowadzi zawsze do reakcji histerycznych i afektywnych. Tak działo się w okresie poprzedzającym wybuch Wielkiej Wojny. Interesująca obserwacja odnosi się też do kreowania wtedy świadomej „polityki historycznej”, która nie jest bynajmniej wynalazkiem ostatnich lat. Uniesienia patriotyczne towarzyszyły obchodom rosyjskim setnej rocznicy odwrotu Napoleona spod Moskwy (1912), Niemcy fetowali stulecie bitwy pod Lipskiem jako „święto jedności narodowej” (1913), zaś Francuzi przypominali 700-lecie bitwy pod Bouvines, stoczonej między rodami Welfów i Staufów.

Obecnie chodzi o to, aby podobną politykę skierować na tory rekoncyliacyjne, w stronę przywrócenia normalnego dialogu i pojednania, aby w rocznicach ważnych wydarzeń historycznych widzieć okazję do umacniania zgody i porozumienia, a nie inspirację do przygotowań wojennych.

Prof. Stanisław Bieleń

"Znaczenie I wojny światowej w Rosji”, [w] „Polityka pamięci i dyskursy pamięci w 100-lecie wybuchu I wojny światowej”, Instytut Zachodni, Poznań 2014, ss. 108-110.