Turecki gambit

tur 1.jpeg
Pamiętamy z historii, że w czasach gdy osmańska Turcja poważnie zagrażała samemu cesarskiemu Wiedniowi, katolicka Francja pozostawała sułtańskim sojusznikiem, gdyż głównym przeciwnikiem Paryża byli Habsburgowie. Podobnie i teraz: Wietnam współpracuje ze Stanami, gdyż z perspektywy Hanoi – główne zagrożenie pochodzi z Pekinu.

I to pomimo strasznych obciążeń, przecież nie tak dawnymi zmaganiami Wietnamczyków z Amerykanami. Tylko u nas stale wznieca się rozrachunki z przeszłością. Trwale ciążą one nad naszą współczesnością, nie pozwalając na głębszy geopolityczny oddech. Odświeża się stare problemy, które bieg wypadków już dawno unieważnił. Wręcz historyczno – histeryczny terror. Tymczasem światowa sytuacja jest dynamiczna, wyraźnie zmierzająca do przesilenia, na którym – jak zwykle – jedni zyskają, inni zaś stracą. Baczmy byśmy nie znaleźli się w obozie przegranych, dla których, na dodatek, będzie to definitywna porażka.

Panorama Wschodu

Chodzi teraz naturalnie o ten Bliski i Środkowy. Gdy likwidowano tureckie Imperium, jako skutek pierwszy światowej wojny, terytorium późniejszego Iraku przypadło Brytyjczykom, zaś Syria Francuzom. Nad Tygrysem już wówczas większość stanowili szyici, ale Anglicy popierali słabszych, czyli sunnitów. Z kolei w Damaszku przeważali ci drudzy, lecz Paryż poparł alawicką mniejszość. Wszystko zgodnie z rzymską maksymą divide et impera (dziel i rządź). Ten stan przetrwał wiele burz, aż do czasu gdy Waszyngton – może za namową Izraela? – postanowił ów porządek zmienić, a nawet odwrócić go do góry nogami. W sytuacji zaś gdy Afganistan jest prawie stracony, a w ślad za nim nadzieje na Serce Lądu (Azja Centralna), palącą koniecznością stało się znalezienie w miarę bliskiego terenu dla amerykańskiego zaangażowania, by ukryć widoczną geopolityczną, czyli zasadniczą, porażkę. Wszystko, by poszło zgodnie z ustalonym scenariuszem, gdyby nie tak zwana kwestia kurdyjska. A ona zaś jest ściśle związana z interesami Turcji, będącej, jak dotąd, sojusznikiem tandemu USA – Tel Awiw. Sytuacja więc z dnia na dzień stała się niezwykle skomplikowana i dla Stanów nadzwyczaj drażliwa.

Na naszych oczach swoją pozycję umocniły bowiem trzy państwa: Ankara, Teheran, Rijad Saudów. Wystarczy, przeanalizować ich wydatki na zbrojenie, by w niedalekiej perspektywie zobaczyć wyłaniający się Bliski Wschód nawet bez Izraela. A utrzymanie tego swoistego amerykańskiego lotniskowca jest istotnym celem tego supermocarstwa. Jak długo wyrastające tam regionalne potęgi będzie można trzymać we wzajemnym szachu? Położenie jest więc nieprzewidywalne. A wszystko za przyczyną bliskowschodnich wojen Białego Domu! Czy jest to zatem krótkowzroczność?

Czy jakaś głębsza geostrategiczna roszada, w której Wschód odgrywa jednak pomocniczą, a nie podstawową rolę? A Izrael dla wyższych racji może być w każdym czasie porzucony? Gdy jeszcze do tego składu dodamy Egipt, o potencjalnie dużych możliwościach i który uzyskuje nowe podstawy politycznej stabilizacji, w oparciu o stałą praktykę rządów wojskowych – dostrzegamy złożoność położenia.
Kair rozszerza swoje wpływy na Libię, a przynajmniej na jej część – Cyrenajkę. Obiektywnie zyskuje więc na znaczeniu i z całą pewnością wejdzie do regionalnej czołówki. Izraelowi pozostaje więc Arabia Saudyjska też coraz potężniejsza, nowoczesna i agresywna, lecz jednak nie najważniejsza. Gra na rozbicie Iraku, a teraz Syrii, wcale nie poprawia więc położenia żydowskiego państwa, ale przeciwnie: zmienia dotychczasowy układ na jego niekorzyść. Uwikłany w nierozwiązywalny konflikt z Palestyńczykami, w ciągłe beznadziejne masakrowanie arabskiej Gazy, staje się coraz mniej niewygodnym partnerem, a dla Stanów aż nawet sporym obciążeniem, które – jak dostrzegamy – bardzo ogranicza pole manewru. Właśnie teraz na Bliskim Wschodzie sprawa rozegra się wokół problemu z Kurdami, co angażuje już wszystkich istotnych graczy z tego obszaru i wokół niego. Tu prawdopodobieństwo amerykańskiej porażki wydaje się największe?

Europejski Wschód

To z kolei co się zdarzyło i wciąż dzieje na Ukrainie naznaczono bardzo wieloma znakami zapytania. Dlatego trudno jest się do tego rzetelnie oraz obiektywnie ustosunkować. Dużo mówi się o amerykańskich przygotowaniach do przeprowadzenia przewrotu. W sumie mistrzowskiego wykorzystania galicyjskich nacjonalistów do dokonania destabilizacji i wyforowania dzięki temu tak zwanych żydowskich oligarchów. Ale z drugiej strony nie mogło dziać się to w tajemnicy przed aparatem władzy lojalnym w stosunku do Janukowycza, a przede wszystkim przed Rosją. A mimo to Moskwa przez czas przygotowań i kilka pierwszych miesięcy pozostawała zadziwiająco bierna, jakby bezradna i nieobecna.

Prezydent Ukrainy politycznie umierał w zastanawiającym osamotnieniu. I być może dlatego właściwie nie walczył, iż dobrze o tym wiedział, że jego los jest przypieczętowany nie na Majdanie, lecz w innym miejscu. Po prostu posłusznie odgrywał przypisaną sobie rolę ofiary międzynarodowego spisku. Jedni go pracowicie przygotowywali, a drudzy przez zaniechanie z tymi pierwszymi faktycznie współpracowali. Po sukcesie, drogi Waszyngtonu oraz Moskwy – jak zwykle w takich przypadkach – rozeszły się. I każdy z osobna rozpoczął walkę o swoje: co komu. Jest to dla obydwu stron niebezpieczna gra, ale bardziej dla Putina. Chociaż można, by rzec, iż wistuje iście po mistrzowsku. Realnie mając tak niewiele, bierze tak dużo. Moskwa będzie więc zyskiwała, a w kontekście sytuacji na Bliskim Wschodzie stanie się nawet niezbędna. Gdy odrzucimy cały ten słowny balast, retorykę, którą posługują się uczestnicy tej geopolitycznej gry, widać przecież nagie realia. A one wskazują na jedno: kijowska ekipa wcale nie broni stanu posiadania w Noworosji, tylko swoją ambiwalencję ukrywa przed rozgorączkowanymi ukraińskimi radykałami. Dlatego Rosjanie, zainteresowani trwaniem Poroszenki w Kijowie, będą minimalizowali rozmiary jego końcowej porażki.

W najgorszym zaś razie ucieknie na wiosnę znad Dniepru i w stołecznym Kijowie, jak wiele razy, w Kijowie zapanuje bezkrólewie. Największym przegranym jest już teraz Bruksela, gdyż to w jej najżywotniejszym interesie było utrzymanie Janukowycza u steru ukraińskich rządów. Niemcy przynajmniej nadal liczą na patronat nad Galicją i Wołyniem, ale na końcu mogą obejść się smakiem. Przedstawiona ocena jest jedną z możliwych wersji tego co tam zachodzi i dopiero najbliższe miesiące nieco rozjaśnią ten tak zdecydowanie zaciemniony horyzont.

W każdym razie Amerykanie osiągnęli to, iż między Unią a Rosją wbity został mocny klin, zaś Moskwa w celu zachowania panowania nad poradziecką przestrzenią w końcu wycofa się z Bliskiego Wschodu. Takie są chyba kalkulacje Waszyngtonu? Bo przecież nie chodzi o Ukrainę? W istocie jest ona bardzo ważna dla Rosji, ale tylko z powodu tej ważności znalazła się w strefie amerykańskiego zainteresowania. Jeśli natomiast powyższa teoria jest fałszywa – trzecia wojna światowa stanie się faktem.

Rosja – Turcja – Unia Europejska

W nakreślonych okolicznościach nie odnosimy się do egzotycznych konfliktów, czy chwilowych nieporozumień dzielących mocarstwa; lecz o taką sytuację, z którą już wkrótce świat będzie się musiał zmierzyć, gdy ten wielki globalny statek straci sterowność i zacznie się całą seria niszczycielskich zmagań, angażujących bezpośrednio wszystkie potęgi współczesności.

Niestety winą należy obarczyć tych, od których najwięcej zależy: przede wszystkim Amerykanów. Widzimy także i to, że Unia Europejska nie jest w stanie odgrywać samodzielnej roli. Niczego nie tworzy i co najwyżej nieco spowalnia polityczny radykalizm modny ostatnio za Oceanem. Bruksela nie ma swojej koncepcji, a każdy z tego grona uprawia własną grę, licząc, iż na końcu coś jemu przypadnie w udziale. Skierowanie zaangażowania Unii aż nad Dniepr jest nie tylko taktycznym, ale i strategicznym błędem. Należy raczej szukać aliansu z Turcją, będącą w poważnych opałach. Tylko bowiem wzmocnienie Ankary może powstrzymać wybuch na całym Bliskim Wschodzie. Po co Unii Ukraina? Bruksela nie weźmie przecież i Kijowa, i Stambułu. Ankara teraz jest ważniejsza, sojusz z nią wzmocniłby Unię i działał stabilizująco.

Duża turecka armia, prężna gospodarka, ludny kraj to przecież atuty. Wspomaganie upadłej Ukrainy niczego dobrego nie przyniesie. Tylko kłopoty, zaostrzające spory. Trzeba także dodać, że w tym przypadku nasz narodowy interes jest zbieżny z interesami Zachodniej Europy. Zauważmy, że turecki rząd w stosunku do ukraińskiego konfliktu i militaryzacji Morza Czarnego zachowuje dość powściągliwą postawę. W sumie korzystną dla Rosji. Jeśli Turcja nie pozwoli tylko uwikłać się w konflikt na Kaukazie np. o Góry Karabach między Armenią a Azerbejdżanem, będzie faktycznym sojusznikiem Rosji. W sprawie Kurdystanu Ankara bowiem walczy o wszystko. Jeśli niewłaściwie wybierze zostanie terytorialne znacznie zredukowana i skończy jako reliktowa formacja, bez większej przyszłości. Unia, Moskwa i Turcja biją się o to samo. Zachowanie mocarstwowej pozycji. Amerykanie natomiast sądzą, że kilkoma pociągnięciami umocnią swoją kontrolę nad nimi wszystkimi, czym zapobiegną powstaniu groźnego dla tego morskiego mocarstwa bloku eurazjatyckiego. Zapowiada się więc ostra, zdecydowana batalia.

Wnioski

Jak zazwyczaj, na zakończenie warto jest poświęcić kilka zdań ocenie położenia Warszawy. Polska znajduje się między trybami, które zostały puszczone w ruch, miażdżąc wszystko, co napotykają na swojej drodze. Winniśmy przede wszystkim lepiej koordynować swoją politykę z państwami tak zwanej Grupy Wyszehradzkiej. Trzymajmy się okolicy i nie wychodźmy poza znane nam najbliższe opłotki, ponadto winniśmy starać się utrzymywać relacje z Moskwą na poziomie nie gorszym aniżeli Niemcy. Poza tym za wszelką cenę musimy ocieplać kontakty z Białorusią, której rola przecież bardzo ostatnio rośnie.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 51-52 (21-28.12.2014)