Mity a rzeczywistość

kaczor.jpg
Jarosław Kaczyński chętnie powtarza swoje wewnętrzne oczekiwania, że po kolejnych sejmowych wyborach, jego stronnictwo będzie w stanie rządzić samodzielnie, by bez skrępowania koalicyjnymi kompromisami, reformować – jak powiada – Polskę.

Zatem powtórka ze współczesnego Budapesztu. Ale przecież wszyscy wiemy, że szef PiS to nie Orban, zaś Polska to nie Węgry. Podobieństwa są odległe i złudne. Nic takiego się nie stanie, o czym wszyscy przecież dobrze wiemy, a były polski premier naturalnie też nie żyje złudzeniami. Co zatem jego nierealistyczne marzenia w rzeczywistości oznaczają? W jaki polityczny kontekst należy je wpisać? Wydaje się, że najrozsądniejsza teza brzmi następująco: Prezes sam nie wierzy w pojawienie się w Warszawie takiej politycznej konstelacji, która pozwoli jego partii na udział w sprawowaniu władzy na podstawie kontraktu z innymi stronnictwami. Dlatego podbija obłudnie stawkę, sugerując, że kompromisy go nie interesują, zatem wszystko – albo nic. Co należy czytać: nic!

Wynika to z wydarzeń ostatniej dekady. PiS bowiem stracił najcenniejszą w systemach parlamentarnych właściwość: koalicyjną zdolność. Po 2007 roku, gdy to Kaczyński jako premier wprost porwał się na swoich koalicjantów – w czym mu oni notabene pomagali – nikt rozsądny nie będzie szukał we wspólnych rządach z jego formacją parlamentarnej większości. Lepiej bowiem za godziwe pieniądze grzać opozycyjne łowy, niż narażać się na straszną poniewierkę, która przy PiS będzie pewna. Tamte okoliczności dobrze pamiętamy i nawet JKM – desygnowany na nową twarz polskiej polityki (?) – doskonale orientuje się, co czeka jego ugrupowanie w takim przypadku.

Niech się nikt nie łudzi. Z całą pewnością, o ile zajdzie taka konieczność, prezes Nowej Prawicy znajdzie wiele sposobów, by od takiej pokusy odciąć swoją parlamentarną reprezentację, jeżeli taka będzie. Dlatego PiS może panować albo sam, lub wcale. Czyli wcale. Przypomnijmy jeszcze jak bracia Kaczyńscy potraktowali szefa Samoobrony Andrzeja Leppera. To przecież tylko i wyłącznie dzięki niemu, Lech Kaczyński został w 2005 roku prezydentem. Lepper bowiem dysponował wówczas sporym wyborczym potencjałem, 15% po pierwszej turze. To jego bezwarunkowe, pełne i stanowcze poparcie programu „Polski solidarnej” ostatecznie przesądziło o zwycięstwie.

Obecnie po tym sztandarowym haśle nie pozostały nawet przysłowiowe strzępy. Powstało pobojowisko, na którym rozsiadło się Prawo i Sprawiedliwość. Ale drogę do samodzielnych rządów, przez błędne podejście do politycznej gry, całkowicie zamknięto. Niektórzy powiadają, że to nawet i dobrze? Tego nie wiemy; lecz należy przypomnieć, że w solidarystycznym opakowaniu osoby spoza PiS – Gilowska, Religa – realizowały faktycznie liberalne założenia. Twórca programu, Cezary Mech, został wtedy odesłany na boczny tor. To symptomatyczne.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 49-50 (7-14.12.2014)