Granice paranoi w Polsce nie są znane

ewa-stankiewicz-900-710.jpg
Żyjemy w Kraju, w którym ludzie mądrzy uznawani są za podejrzanych, a szaleńcy za wyrocznie. Przypadek aktorki Ewy Stankiewicz jest tu bardzo charakterystyczny – wykreowano ją (media) na kogoś, kto ma coś ciekawego do powiedzenia. Osoba o cechach psychopatycznych częściej jest cytowana niż np. prof. Bronisław Łagowski. Ostatnio twierdzi, że wybuch w kamienicy w Katowicach to „dyscyplinowanie” przez służby rosyjskie środowiska dziennikarzy.

„Dzielę się tylko i wyłącznie swoją intuicją i pytaniem, które mi przychodzi do głowy. Nie twierdzę, że tak jest. Na pewno rzucą się na mnie wszystkie oszołomy z sekty użytecznych idiotów w Polsce. Mi przychodzi do głowy pytanie czy jeśli ginie rodzina dziennikarzy razem z dzieckiem, czy to nie jest jakiś rodzaj prewencji środowiska, które chce zdyscyplinować po prostu swoich ludzi w Polsce. Oczywiście to może być bardzo oderwane od rzeczywistości i nie twierdzę, że tak jest, natomiast zadaję sobie to pytanie. Agentura rosyjska w Polsce jest i ponieważ w tej chwili coraz bardziej nasila się konflikt Polska-Rosja to jakby mocodawcy tej agentury muszą zdyscyplinować środowisko, które ma i wśród nich na pewno są dziennikarze, to wiemy”.

Pani S. zadaje oczywiście tylko pytania, ma wątpliwości – tak jest zawsze, kiedy to patologiczne środowisko skupione wokół braci Karnowskich i w okolicach wypluwa kolejne teorie z piekła rodem. Tym razem ponoć brać dziennikarska zawyła z oburzenia – bo ponoć pani S. przekroczyła granice. Dlaczego dopiero teraz? Może dlatego, że w swej chorej wyobraźni pani S. sugeruje, że to środowisko jest na usługach Rosji. Bo niby kogo ma ona u nas „dyscyplinować”? Tak, poczuli się obrażeni tą sugestią, a nie dlatego, że wyhodowali potwora, nad którym nikt już nie panuje.

Gdyby iść tropem „myśli” takich osób, jak pani S. – można by zapytać – a skąd pani S. wie, że Putin i jego służby „dyscyplinują” dziennikarzy w Polsce? I dlaczego uznała za stosowne poinformować o tym opinię publiczną w Polsce? Czyżby chodziło właśnie o zastraszenie? No bo skąd ci biedni polscy dziennikarze, by o tym wiedzieli? Ich ośrodki decyzyjne są tysiące kilometrów od Polski, i to bynajmniej nie na wschód od Warszawy. Oczywiście ja tylko zadaję pytania - tak jak pani S.

Scriptor