Stefan pod „Biedronką”

miasto 44a.jpg
Wbrew niezdrowym skojarzeniom, poniższy tekst nie jest felietonem o osiedlowym menelu, ale próbą krytycznego omówienia interesującego dzieła filmowego. „Miasto 44” od momentu wejścia do kin cieszy się sporym zainteresowaniem widzów w różnym wieku. Skuszony możliwością obejrzenia współczesnego, pełnometrażowego filmu o Powstaniu Warszawskim, udałem się na wieczorny seans.

Mimo późnej godziny sala dosłownie pękała w szwach, nie było chyba ani jednego miejsca wolnego. To pokazuje, że nie tylko miłośnicy historii pospieszyli obcować z X muzą.

Ogromna pochwała należy się twórcom „Miasta 44” za wysiłek, który włożyli w powstanie produkcji o rozmachu zbliżonym do kina wojennego krajów, niemalże specjalizujących się w tym gatunku. Doskonale dobrane plenery, scenografia, rekonstrukcje wnętrz, stworzyły iluzję roku 1944. Również kostiumy noszone przez większość aktorów nie budzą zastrzeżeń, po za paroma wyjątkami, o czym – za chwilę.

Historia znajomości głównych bohaterów: Stefana i „Biedronki”, ukazana na tle wydarzeń, w których przyszło im uczestniczyć, ów wątek miłosny w samym środku wojny, to niewątpliwie piękna opowieść, szkoda tylko, że łatwo może wydać się o wiele mniej barwna, niż liczne historie, napisane przez życie dziesiątków tysięcy weteranów Powstania. Interesującym zabiegiem było osadzenie sportretowanej grupki powstańczej w szeregach Zgrupowania „Radosław” i ukazanie – przez pryzmat ich losów – szlaku najcięższych walk sierpniowych i wrześniowych. Ogromna pochwała należy się autorom filmu za swoistą odwagę, jakiej wymagało przypomnienie o walce w Powstaniu Warszawskim oddziałów 1 AWP, próbujących uchwycić w połowie września 1944 roku przyczółki na Wiśle.

Jednym z zarzutów, stawianych przez środowiska kombatancie jest brutalizacja czy wręcz okrucieństwo pokazanych scen – moim zdaniem nie można pokazywać wojny jako przygody, a straszliwej, przedwczesnej śmierci jako zjawiska czystego, wzniosłego i patetycznego. Dość już mam naiwnych obrazów w rodzaju popularnego serialu o cichociemnych, mieszających romantyczne wizje nieskalanych bohaterów o nierzeczywistych życiorysach, pełnych banalnego i przerysowanego heroizmu, walczących z wszelkim złem, ucieleśnianym przez czarne charaktery o niesamowitym nagromadzeniu cech bydląt.

„Miasto 44” pokazało, że wojna była krwawa, że rany wiązały się z cierpieniem, wyłączały z walki, czyniły bezbronnym i bezradnym. Okrucieństwo wojny, które z całą swą siłą zawitało latem 1944 roku na Wolę, Ochotę, Stare Miasto, Mokotów, Żoliborz czy Czerniaków, wszędzie tam, gdzie mordowano bez pardonu ludność cywilną – nie zostało przemilczane. Twórcy filmu odważyli się pokazać głównych jego sprawców – Niemców. W pamięci widzów na długo pozostaną zapewne sceny rozstrzeliwań rejonie cmentarzy wolskich, widoki po egzekucji rannych i personelu szpitali powstańczych, śmierci w kanałach czy sceny masakry w wyniku wybuchu zdobycznego transportera na ulicy Kilińskiego. Zerknijmy jednak do innej pozycji z naszej polskiej, do „Kolumbów” – serialu na motywach powieści Romana Bratnego. To wszystko już było: ponad 40 lat temu nie bano się pokazać sceny z żywymi tarczami, okrutnej śmierć „Ałły” podczas walk na Starówce i podobnie tragicznego losu „Niteczki” na Czerniakowie.

Z innymi zarzutami, stawianymi przez środowiska kombatanckie zgodzę się częściowo: być może zbędna była nagość filmowej Kamy (skądinąd niezwykle ładnej, cieszącej męskie oko) przy scenie miłosnej, osadzonej we wrześniu 1944 roku, ale czy tego samego nie widzimy w „Urodzinach młodego Warszawiaka”? Czy w (zekranizowanej) powieści Romana Bratnego lub w „Kanale” Andrzeja Wajdy, nie ma żadnej wzmianki o tej dziedzinie życia? Czy wreszcie brak było sfery intymnej w życiu tamtych ludzi? Nie. Choć to nie powód, by flirt czy romans pokazać dosłownie, nie zostawiając drobnego niedopowiedzenia? Słownictwo, używane przez bohaterów obrazu kinowego wydaje się niekiedy zbyt ostre, jednak pamiętajmy, że wojna wyzwala w człowieku rozmaite instynkty, a napięcie nerwowe, towarzyszące kombatantom najzwyczajniej w świecie może objawić się głośno rzuconym, soczystym, „wojskowym” wyrazem, Pamiętajmy również, że nie wszyscy uczestnicy powstania to młodzież „z dobrych domów” czy przyszła inteligencja – uczestnicy „kompletów”, to także młodzież robotniczych dzielnic, której życie nie oszczędzało już od dzieciństwa. Znamiennym jest to, że pokazani żołnierze nie używają słów uznawanych za obelżywe jako przerywników (co słyszymy dziś na ulicach z ust nie tylko żulii), ale jako wyrazu silnych emocji.

Skoro jesteśmy już przy sferze emocjonalnej, swoisty majstersztykiem autorów „Miasta 44” jest ukazanie zmian, zachodzących w psychice młodych bojowników Powstania: od euforii w pierwszych jego dniach, po strach, ogarniająca grozę, wreszcie rodzącą się w nich odwagę, bohaterstwo, a niekiedy też zwątpienie i rezygnację. Nie ma tu bohaterów jak z obrazka, zawsze silnych, pięknych i czystych, brak sylwetek czarno-białych. Są ludzie z krwi i kości, z wadami: brakiem zdecydowania, głupotą, zawiścią. Widać wyraźnie przemiany kilku postaci, które dały się zapamiętać, jak choćby ranny żołnierz niemiecki, który w kolejnych scenach odgraża się rannym Polakom, by na koniec stanąć w ich obronie.

Ciekawą postacią jest też kapitan żandarmerii, którego zauroczenie główną bohaterką prowadzi do złożenia jej niemoralnej propozycji nie do odrzucenia. Inna rzecz, że w wielu wspomnieniach nie darzono zbytnią sympatią ludzi majora „Barrego”, którym przypadła w udziale niewdzięczna rola utrzymania porządku w warunkach szalejącej wojny. W tle widzimy reakcje cywilów, zmieniające się z upływem czasu na niekorzyść, z radości ewoluujące do rozgoryczenia, znakomicie i prawdziwie ukazane bez zbędnej autocenzury.

W natłoku wrażeń, wyniesionych z filmu, nie sposób, bym nie wspomniał o dostrzeżonych przez siebie minusach. Nie były to błędy wielkie, niemniej dostrzegalne dla osób zainteresowanych tematyką Powstania czy historią wojskowości. Scena koncentracji na dziedzińcu jednej z wolskich fabryk sprawia wrażenie niepełnej: brak choćby robotników, którzy przymusowo zostali zatrzymani wówczas w zakładach – konspiracja, wbrew filmowej wizji trwała do ostatniej chwili i trudno podejrzewać, że szeregowi żołnierze czy nawet cywile (!) znali dokładny moment wybuchu Powstania na kilka dni wcześniej. Rozbieżność wizji artystycznej z historią pojawia się również w kwestii umundurowania w pierwszym dniu walk: ze wspomnień wiemy, że w momencie mobilizacji starano się sięgać po elementy umundurowania i wyposażenia przedwojennego, tymczasem filmowy Stefan nie zabrał nawet, tak łatwego przecież do ukrycia, orzełka z ojcowskiej czapki; jak gdyby dla kontrastu, jego przełożeni i koledzy z oddziału są umundurowani już momencie koncentracji.

Zabrakło mi krótkiej acz wymownej sceny wydania opasek i legitymacji. Również kilka momentów z ukazanych walk wzbudziło we mnie – jako historyku wojskowości – zażenowanie. Nie było tu, co prawda, flaszki po piwie w roli butelki z benzyną (jak w ostatniej ekranizacji „Kamieni…”), ale o pomstę wołają sceny, w których nie widać głodu broni – zjawiska swoistego dla partyzantów i powstańców. Nikt nie podnosi automatu pierwszego zabitego hitlerowca, nie widać, żeby ktokolwiek zabrał pas z ładownicami czy hełm, a przecież właśnie „rozpylacz” był marzeniem większości młodych Powstańców. Inna sprawa, że najczęściej nieosiągalnym.

To samo dzieje się później, na Czerniakowie, gdy grupka bohaterów rzuca (nadal cenną, mimo że bez amunicji) broń i bierze do rąk… łopaty! Każdy, kto choć raz miał w ręku karabin (czy nawet replikę ASG, wiatrówkę lub makietę teatralną broni) zdaje sobie sprawę z jego masy. A tym samym przydatności w walce wręcz. O tej zaś wiedział nawet filmowy Czereśniak, posługując się nim jak maczugą w potępianym ostatnio – z przyczyn politycznych – serialu przygodowym o czołgistach i psie. Brak realizmu widać w błękitnym niebie, najpierw widzianym nad Pragą (a przecież walki, z użyciem broni ciężkiej, trwały tam od 10 do 15 września 1944 roku), a później nad Powiślem i Czernikowem (co z resztą Warszawy, czyżby nagle zapanował tam spokój?).

Spłycona była scena poprzedzająca wysadzenie Mostu Kierbedzia, kiedy w lornetce jednego z Akowców ukazał się kolumna pojazdów, jadąca trawiastym brzegiem niczym na piknik. Nieosłonięta, nie ostrzeliwana, po prostu sielankowy obrazek, zrodzony w umyśle kogoś, kto nie ma pojęcia o sposobie walki czołgów. Również bezradność Berlingowców (znane są opisy prób rwania bruku i okopywania na trawnikach i klombach) podczas walk w mieście wynikała z braku przeszkolenia i doświadczenia, a nie a ukazanej tu brawury dowódców, graniczącej z głupotą. Zresztą o bohaterstwie żołnierzy desantu powszechnie zapomniano, a walczyli dzielnie, u boku powstańców, i ginęli wraz z nimi na lewym brzegu Wisły przez ponad tydzień walk o warszawskie przyczółki.

Denerwuje beznadziejna i głupia śmierć „Beksy” podczas próby przebicia na brzeg w świetle dnia, zwątpienie wzbudza scena strzału, oddanego z czołgowego działa do Kamy. Ot, moje przemyślenia… Na koniec przytoczę niezamierzony (chyba) akcent humorystyczny: scena walk w rejonie magazynów na Stawkach, gdzie tytułowi: Stefan i „Biedronka” zakochują się w sobie i całują w strugach wirujących niczym fajerwerki pocisków, wzbudziła głośny śmiech wśród widzów. Miało być symbolicznie, a przez zwolnienie tempa i malowniczo omijające ich kule (efakt a’la „Matrix”) wyszło po prostu… komediowo. Ot, chwila odprężenia dla widza, przed scenami o wiele poważniejszymi.

Oglądając „Miasto 44” odniosłem wrażenie, że reżyser i autorzy scenariusza sięgali do scen, jakie zapamiętali z innych dział, traktujących o tematyce sierpniowego zrywu. Często wybierali to, co najlepsze, i tylko swoisty happy-end (spotkanie naszej tytułowej pary), następujący na wiślanej łasze piachu, dla osób, które zetknęły się z tematyką końca walk na Czerniakowie jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. O wiele realniejszym był drastyczny koniec, jaki spotkał „Niteczkę” w „Kolumbach”, a analogia scen szpitalnych w obu dziełach nasuwa się sama.

Mimo słów krytyki, jakie wylałem z pozycji widza – historyka, pragnę podkreślić, że „Miasto 44” jest jednym z najlepszych filmów ostatnich lat, traktujących o Powstaniu Warszawskim. Ogromny nakład sił i środków pomógł stworzyć film, który zapada w pamięć, pomaga młodym ludziom poznać dzieje ojczyste, wzbudza zainteresowanie, prowokuje do zadawania pytań, sięgnięcia po lekturę. Przy tym jest to jednak solidny kawał kina wojennego z górnej półki, porównywalny z dobrymi produkcjami amerykańskimi, rosyjskimi czy niemieckimi ostatnich lat. Polecam, bo warto spojrzeć na Powstanie oczami autorów filmu i odkryć na nowo sprawy tak bliskie tysiącom mieszkańców Stolicy.

Konrad Bylewski
„Miasto 44” (2014), scenariusz i reżyseria Jan Komasa, 130 min.
Myśl Polska, nr 43-44 (26.10-2.11.2014)