Albin z Albionu

Albin 2.jpg
Albin Tybulewicz był – zmarł bowiem na wiosnę roku 2014 – postacią w Polsce znaną, choć kraj opuścił jako nastolatek. Jego losy były tyleż tragiczne, co – mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka – typowe. Koniec beztroski i wszelkich młodzieńczych planów przyszedł 1 i 17 września 1939 roku.

Luty 1940 to początek zsyłki całej rodziny w głąb ZSRR. Potem wyjście z armią Andersa do Iranu, szkoła w Indiach – był świadkiem odzyskania niepodległości przez ten kraj. Wyjazd do Anglii, studia, praca, miłość, rodzina…

Ale w tle tych zwyczajnych polskich losów pierwszej połowy XX wieku jest też dorastanie młodego człowieka do polskości, oswajanie się z nią i dźwiganie niełatwej przecież historii i teraźniejszości z dumnie podniesioną głową, tym to bardziej fascynujące, że odbywa się w na emigracji i w czasie gdy ojczyzna z jednej okupacji dostaje się pod drugą, sowiecką. Albin Tybulewicz jest przykładem polskiego nacjonalisty, polskiego endeka pozytywnie nastawionego do świata, dumnego ze swego dziedzictwa i zarazem otwartego na to, co przychodząc ze świata jest dobre i zdolne ubogacić tradycję Polski chrześcijańskiej, co nie naruszając fundamentu i zasadniczej konstrukcji polskiego bytu narodowego czyni go atrakcyjniejszym, nowocześniejszym, nie zgnębionym, ale optymistycznie patrzącym w przyszłość.

Albin Tybulewicz był znany w kręgach politycznych jako działacz emigracyjnego Stronnictwa Narodowego, sympatyk Ruchu Młodej Polski, potem członek Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, bliski przyjaciel Wiesława Chrzanowskiego; był znany w świecie naukowym jako jeden z najwybitniejszych tłumaczy języka rosyjskiego; był znany jako społecznik potrafiący zorganizować licząca się pomoc dla kraju – ponad 175 20-tonowych ciężarówek – w potrzebie nocy kryzysu i stanu wojennego. Przyszedł czas, by Albina Tybulewicza i świat według niego, świat według polskiego endecka, poznało grono czytelników, także tych młodych. Może być on bowiem wzorem i autorytetem, niezłomnym w pragnieniu i czynieniu dobra – a takich bardzo nam dziś potrzeba.

Albin Tybulewicz (1929-2014) – jeden z nielicznych Polaków, którego biogram umieszczono w prestiżowym brytyjskim Who’s Who, działacz polonijny, czołowy działacz emigracyjnego Stronnictwa Narodowego i legendarny kurier tej partii do Polski, społecznik i filantrop. W czasach PRL-u zaangażowany w pomoc humanitarną dla Polaków, sympatyk i współpracownik Ruchu Młodej Polski, założyciel i lider londyńskich struktur Zjednoczenia Chrześcijańsko–Narodowego, światowej sławy tłumacz i redaktor periodyków naukowych oraz książek, ale przede wszystkich Przyjaciel Polski i Polaków, człowiek gołębiego serca i twardych przekonań. Posiadał imane brytyjskiego gentlemana połączony z literacką osobowością panów: Zagłoby, Jowialskiego i Samuela Pickwicka.
Tomasz Sikorski

„Gdybym miał najbardziej osobiście scharakteryzować bohatera tej książki, powiedziałbym: niezawodny w przyjaźni, „całą rozległą stroną swego ducha” żyjący sprawami Polski i swego narodu, tak jak zachęcał do tego Roman Dmowski – jego polityczny Mistrz”.
Aleksander Hall

„Miałem okazję spotkać i dobrze poznać dwóch tak różnych, a tak mocno ze sobą zaprzyjaźnionych ludzi – śp. Wiesława Chrzanowskiego i Albina Tybulewicza. […] To było interesujące doświadczenie – zderzenie tak różnych charakterów: Pana Albina zawsze pełnego entuzjazmu, żywo i z optymizmem zainteresowanego każdą nową inicjatywą polityczną i Profesora pełnego dystansu i niekiedy mocno ironicznie komentującego te same pomysły i osoby”.
Piotr Mierecki

„Co mnie najbardziej fascynuje w historii Albina Tybulewicza, to jego nieustający i szczery entuzjazm dla polskich spraw. Nie jest to entuzjazm z rodzaju naiwnych i żyjących w poetyckich chmurach osób. To jest model z najlepszej endeckiej szkoły, czyli myślenie i działanie w kategoriach konkretów i z szacunkiem dla realiów. Polska to trudna i wymagająca miłość, a mimo to Albin Tybulewicz potrafił na swój sposób i – powtórzę to – z entuzjazmem z oddali jej służyć”.
Robert Kuraszkiewicz

Książka ukazała się dzięki wsparciu finansowemu Fundacji im. Arkadiusza Rybickiego oraz Fundacji Rodziny Witaszków.

Zamówienia: Wydawnictwo von borowiecky
Tel./fax (22) 631 43 93
e-mail: ksiegarnia@vb.com.pl

Kilka słów sprostowania

Niełatwo jest dyskutować z opiniami osoby nieżyjącej. A tak jest w przypadku Albina Tybulewicza, którego wywiad-rzekę prezentujemy obok. Znalazły się w nim oceny kilku osób i wydarzeń, i oczywiście pan Albin miał do nich prawo, jako uczestnik wielu z nich. Dwie z tych opinii dotyczą mojej skromnej osoby. Przez wzgląd na naszych czytelników i dla tzw. prawdy historycznej – postanowiłem się do nich odnieść.

Zacytujemy pana Albina. Na stronie 112 czytamy jego opinię dotyczącą Antoniego Dargasa i „Myśli Polskiej”: „Zresztą Dargas był redaktorem „Myśli" do 1991 roku. Rok później zaczęła ukazywać się w Polsce jako organ Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, opanowanego przez byłych PAX-owców z grupy: Jana Engelgarda i Bogusława Kowalskiego. Oni potem wszystko zaprzepaścili. Kto dziś w Polsce wie, że taki tygodnik w ogóle nadal się ukazuje, a była przecież tradycja i zaplecze finansowe. Dziś ten najstarszy w Polsce tygodnik już niewiele znaczy”.

Otóż „paxowcem” byłem w tym duecie tylko ja, kol. Kowalski należał do Polskiego Związku Katolicko-Społecznego. To po pierwsze. Po drugie, trudno się zgodzić z opinią o „zaprzepaszczeniu”, skoro tygodnik ukazuje się nieprzerwanie od 1993 roku. Przypomnę tylko, że Wojciech Wasiutyński przeznaczył w 1990 roku ok. 150 tys. dolarów na wydawanie tygodnika „Młoda Polska”, który przetrwał nieco ponad rok! Był wydawany przez działaczy Ruchu Młodej Polski, m.in. przez Wiesława Walendziaka. „Myśl Polska” ukazuje się w Kraju już ponad 21 lat. Wiemy doskonale, że charakter pisma, jakim jest „Myśl Polska”, wykluczał jego przystosowanie do tzw. rynku – wiele pism tego typu padło bardzo szybko, nie został po nich nawet ślad. Na tym tle „Myśl Polska” jest, mimo wszystko, fenomenem.

I drugi fragment dotyczący spraw politycznych: „Rozmowy z naszego ramienia z krajowcami prowadził Wacław Całus, gorący zwolennik budowy nowej formacji. Spotykał się przez cały 1989 r. z wieloma osobami: Siemaszką, Zamoyskim, Engelgardem, Leszkiem Żebrowskim, Bogusławem Kowalskim. Inicjatywę ich wsparli starsi działacze, jak Napoleon Siemaszko, Jan Zamoyski czy Tadeusz Prus-Maciński, ale główne rozmowy toczył duet: Engelgard i Kowalski. Dargas i Całus z nimi ustalali szczegóły. Komitet organizacyjny nowej partii, Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, zawiązano jeszcze w 1991 roku. W tym samym roku był też I Kongres SND. Do SND weszli Dargas, Całus i inni narodowcy. Ja zostałem członkiem ZChN i szefem jego brytyjskich struktur. Za mną poszli jeszcze: Wasiutyński i może sześć, siedem osób z Francji, Wielkiej Brytanii, USA i Kanady. Niektórzy członkowie SND byli wcześniej w ZChN, na przykład Zamoyski, który nawet był członkiem Rady Naczelnej. Na zjeździe założycielskim był również — to trzeba powiedzieć — Tadeusz Prus-Maciński, w czasie wojny szef warszawskich konspiracyjnych struktur SN. Dargas, ufając Engelgardowi i Kowalskiemu, popełnił błąd. Ta partia nie odegrała znaczącej roli w III Rzeczypospolitej, pomimo własnego organu prasowego („Myśl Polska”) i bazy materialnej, którą od nas dostali”.

I w tym miejscu uwaga główna i zasadnicza – fundusze londyńskie nie były przeznaczone dla SND, ale dla utworzonej Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego, na czele której stanął Jan Zamoyski. Tak naprawdę SND z tych funduszy nigdy nie skorzystało. Mało tego, i „Myśl Polska” korzystała z tych funduszy w bardzo ograniczonej wysokości. Jedynym poważnym wydatkiem był zakup lokalu w centrum Warszawy. W czasie zjednoczenia SND i SN w 1999 roku kupiono większy, który jest własnością Fundacji po dziś dzień – jego wartość wynosi mniej więcej tyle, ile fundusze przekazane przez Londyn w 1992 roku. Można więc powiedzieć, że te pieniądze nie „rozpłynęły” się.

Tymczasem koncepcja pana Albina zakładała przeznaczenie całej sumy dla ZChN na kampanię wyborczą. Jak wiemy ZChN i bez pieniędzy z Londynu odniósł początkowo sukces, ale potem przestał istnieć. Mając na względzie działania jego liderów oraz koszty kolejnych kampanii wyborczych w Polsce – łatwo przewidzieć, że z londyńskich funduszy nic by nie zostało. A tak przy okazji, jestem w posiadaniu listu od Wojciecha Wasiutyńskiego, w którym wyraża swoją bardzo krytyczną opinię na temat ewolucji ZChN w kierunku partii klerykalnej, co – w jego opinii – było sprzeczne z tradycją Narodowej Demokracji. A był pisany czasie, kiedy ZChN był u szczytu znaczenia politycznego.

SND, owszem, nie odniosło w latach 90. sukcesu politycznego, ale po połączeniu się z SN – tworzyło Ligę Polskich Rodzin, mającą lepsze wyniki niż ZChN (wyborach europejskich 16 proc.), które w tym czasie przestawało istnieć. Smutny koniec LPR to już zupełnie inny temat. Gwoli sprawiedliwości, powiedzieć też trzeba, że pan Albin, mimo odmiennego stanowiska zajmowanego na początku lat 90., wypełnił do końca uchwały władz statutowych SN na emigracji. Ponadto do końca był członkiem Rady Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego. Jego ostatni udział w zebraniu Rady (mniej więcej na rok przed śmiercią) dobrze pamiętam. Zachęcam też do lektury omawianej książki – jest to świadectwo człowieka, który był przez wiele lat członkiem emigracyjnego Stronnictwa Narodowego i uczestniczył w wielu ważnych dla emigracji i Polski wydarzeniach.

Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 43-44 (26.10-2.11.2014)