Przez Krym nad Bajkał (3)

Olchon Szamańska Skała.jpg
Po piątej nad ranem lokalnego czasu jesteśmy w Irkucku. Niestety, kupno biletu powrotnego do Moskwy na za około tydzień okazało się niemożliwe – było zbyt wcześnie, sprzedaż zaczyna się na 3 dni przed odjazdem.

Dostaliśmy wprawdzie od umundurowanej jak zwykle w Rosji pani w kasie biletowej ze dwa numery telefoniczne, pod którymi – podobno – miało się dać zrobić rezerwację. Jak się jednak później okazało (po intensywnym poszukiwaniu innego numeru telefonu – te dwa były, owszem, na dworzec, ale nie do odpowiedniej osoby w odpowiednim miejscu) – rezerwację dokonać oczywiście można, ale trzeba najpóźniej do godziny osiemnastej tego samego dnia wykupić bilet na dworcu w Irkucku.
Irkuck jest wyjątkowym miastem.

Rzadko kiedy widać to budynki wyższe niż dwa piętra, choć żyje tu ponad pół miliona mieszkańców. Zabudowanie centrum miasta dzielimy na: stare, XIX-wieczne drewniane domy z bogato zdobionymi okiennicami i drzwiami, stopniowo zapadające się w ziemię; i równie stare, pochodzące z XIX lub początków XX wieku wille i pałace w stylu „syberyjskiego baroku”, kolorowe i wybudowane w mieszaninie najróżniejszych stylów – do dzisiaj świadczą o tym, jakiej fortuny na handlu drewnem, futrami i skórami można się było kiedyś dorobić na dalekiej prowincji, z dala od stolicy.
Aby dotrzeć nad Bajkał, na wyspę Olchon (na zdjęciu), trzeba z Irkucka pokonać jednak kolejne kilkaset kilometrów.

Na państwową komunikację publiczną nie ma co liczyć – raz, że autobus jedzie o kilka godzin dłużej, a dwa – że sytuacja przypomina trochę polską służbę zdrowia: najbliższe dostępne bilety są na za kilka dni, albo za tydzień. Choć jeżdżą trzy czy cztery autobusy dziennie, wszystkie bilety dawno są wykupione. Pozostają na szczęście prywatne busy – tzw. marszrutki – które są wprawdzie dwa razy droższe, za to kierowcy grzeją, ile fabryka dała, i nie ma najmniejszych problemów z miejscami, bo konkurencja jest spora, i to kierowcy zabiegają o pasażera, a nie pasażer o bilet – ot, ładny przykład wyższości wolnorynkowej konkurencji nad socjalistyczną gospodarką planową…

Morze Syberii

Po sześciu godzinach drogi przez stepy, lasy i góry, przeprawie promowej (to jedyne połączenie wyspy z lądem stałym) i ostatnim odcinku po drogach gruntowych, piaszczystych lub kamienistych – w końcu docieramy do Chużyru: dużej drewnianej wsi, a formalnie – „osiedla typu miejskiego”, będącego stolicą wyspy i jedyną jej większą miejscowością. W tym miejscu jestem po raz drugi – dokładnie po siedmiu latach. Co się zmieniło? Z jednej strony wiele – z drugiej niewiele. Pozostały drewniane chaty i zagrody, piaszczyste zakurzone drogi, naturalne stepy, którymi pokryta jest w dużym stopniu wyspa, piękne widoki na dzikie Góry Bajkalskie na przeciwległym brzegu, wspaniałe, bezludne krajobrazy…

A zmieniło się tyle, że jest o wiele więcej turystów, niż (także w lipcu) siedem lat temu, o wiele więcej kwater prywatnych i nowych pensjonatów, nieco bardziej odpowiadających standardom zachodnim, i poznikały stare radzieckie Wołgi, Zaporożce i Pabiedy, a ich miejsce zajęły zachodnie (lub japońskie) pojazdy z napędem na cztery koła (normalne europejskie auta osobowe w syberyjskich warunkach nie specjalnie by się spisały). Niestety, także ceny drastycznie poszybowały w górę, i zakupy w najzwyklejszym państwowym sklepie spożywczym są nawet i dwa razy droższe, niż w Polsce.

Na Olchonie spędzamy prawie tydzień. Chodzimy po okolicznych górkach, łysych, porośniętych jedynie stepem, i przypominających krajobrazy Mongolii czy Kazachstanu. Jedziemy na północny koniec wyspy, Przylądek Chaboj. Niedaleko stąd położone jest najgłębsze miejsce Bajkału (ponad 1640 m). To wyjątkowe miejsce: widoki na Góry Bajkalskie na zachodnim brzegu i górzysty półwysep Święty Nos na brzegu wschodnim, strome skalne klify, przepaście, dzika przyroda i krajobraz nietknięty przez człowieka… Na wyspie są tylko nieliczne osady ludzkie, składające się z kilku lub kilkunastu drewnianych chat. W wielu miejscach widać znaki kultu szamanizmu (to na Olchonie, jak głosi legenda, na słynnej Szamańskiej Skale – na którą nie wolno do dziś wchodzić kobietom – pojawił się pierwszy w dziejach ludzkości szaman): kamienne kupki, czaszki krów i byków, czy słupy serge (święte miejsca Buriatów, przy których zostawia się drobne pieniądze, papierosy lub kieliszki z wódką dla duchów zmarłych).

Przejazd samochodem przez północną część wyspy to nie lada wyzwanie – dlatego też poruszają się tu niemal wyłącznie stare radzieckie łaziki z napędem na cztery koła. Dróg utwardzonych nie ma wcale, teren – raz piaszczysty, raz stepowy, raz zalesiony – jest tak wyboisty, że jazda przypomina chwilami kolejkę górską. W Piaszczystej Zatoce zobaczyć można pozostałości po łagrze, który istniał tu do lat 60-tych. Poza drewnianymi resztkami baraków i wieżyczek wartowniczych, z Bajkału wystaje kamienno-drewniany pomost, budowany przez więźniów (podziwiając piaszczyste plaże i piękne widoki łatwo zapomnieć, że temperatura wody w najgorętszych porach lata rzadko przekracza tu 10 stopni – i co innego jest wykąpać się w Bajkale na kilka chwil, a co innego godzinami stać do pasa czy ramion w wodzie i wbijać w dno drewniane pale czy układać kamienie).

Łagier najpierw przeniesiono do Chużyru – specjalnie, na złość Buriatom, władza radziecka nieopodal świętego miejsca założyła typowo robotniczą osadę z „rybozawodem”, czyli zakładem połowu i przetwórstwa ryb. Do dzisiaj jego drewniane baraki, wraki kutrów i kupy innego żelastwa to jedna z „atrakcji” wsi. Czas zatrzymał się w miejscu, nie ma nawet komu pozbierać żelastwa – bo i po co, skoro czegoś takiego, jak skup złomu, nie ma w promieniu kilkuset kilometrów? Po jego likwidacji większość więźniów pozostała na wyspie, pracując dalej w cywilnym już „rybozawodzie”. Nie przetrwał on jednak pierestrojki, i w chwili obecnej przedsiębiorstwo, dające pracę sporej części mieszkańców, nie istnieje. To już kolejny paradoks „transformacji” – są ryby, były statki, byli ludzie chętni do pracy, i byli ludzie, którzy złowione ryby by zjedli – i mimo to wszystko szlag trafił. Teraz z drewna dawnych baraków i hal „rybozawodu” można jedynie zrobić piękne ognisko na plaży w dawnym porcie, podziwiając cudowne zachody słońca za górami i malowniczo rdzewiejące wraki kutrów rybackich.

…do Moskwy

Niestety – wszystko co piękne, kiedyś się kończy. Przed nami 3 dni podróży z Irkucka do Moskwy. Przez Nowosybirsk, Omsk, Perm i Jekaterynburg. Przez sześć stref czasowych – cofamy się o pięć godzin w czasie. Wiele się zmieniło w Rosji od ostatniego pobytu pięć lat temu: tabor kolejowy się zmodernizował, wiele dworców i malutkich stacji wyremontowano, niestety – zniknęły peronowe babuszki, które zaopatrywały podróżnych w domowej roboty pierogi, naleśniki, gotowane ziemniaki, jajka na twardo, a także mrożoną wodę czy zimne piwko. Wyraźnie widać efekty polityki antyalkoholowej ostatnich lat: kiedyś zarówno słabsze, jak i mocniejsze trunki kupić można było w każdej budce, każdym kiosku – teraz nieźle trzeba się naszukać, by w okolicach dworca kolejowego kupić choćby piwo. A ceny nie raz nawet do tego zniechęcają.

Moskwa. Rosyjska stolica wita nas o piątej nad ranem bajecznymi, pięknie podświetlonymi dworcami: Kazańskim, Jarosławskim i Leningradzkim; przypominającym bardziej pałace czy zamki, niż dworce kolejowe. Zupełnym przypadkiem trafiamy na święto WDW – rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych, elity i chluby sił zbrojnych dawnego ZSRR i dzisiejszej Federacji Rosyjskiej. Przez Plac Czerwony przechodzi parada, a całe centrum miasta pełne jest młodszych i starszych, obecnych i byłych spadochroniarzy, weteranów różnych wojen, udekorowanych orderami i medalami, błękitnych beretów i żółto-niebieskich flag i godeł WDW. Rosjanie są dumni ze swojej armii. Służba w WDW to zaszczyt, o którym pamięta się przez całe życie. Próżno u nas szukać choćby namiastki takiego patriotyzmu i takiej dumy ze swojej armii.

Pogorzeliska „Majdanu”

Przez cały dzień chodzimy po Moskwie, nowym i starym Arbatem, między XIX-wiecznymi kamienicami, starymi cerkwiami i klasztorami, oraz komunistycznymi, szaro-bezdusznymi blokowiskami. Nocnym pociągiem jedziemy do dalej do Kijowa – to już de facto ostatni etap podróży, potem zostaje już tylko powrót do Polski. Stolica Ukrainy wita gwarem, hałasem i tłumami ludzi. Wszystko wygląda trochę mniej porządnie, mniej czysto, mniej harmonicznie, niż w Rosji. Najlepszym przykładem jest samo otoczenie dworca kolejowego: do starego, pięknego gmachu dobudowano szklano-marmurową, nowoczesną część. Tuż obok straszy – wybudowana w takim samym stylu – nowoczesna cerkiew. Na ulicach walają się śmieci, w krzakach „pomieszkują” bezdomni, ruch drogowy jest chaotyczny. Za to jest tanio, o wiele taniej, niż w Rosji.

Za dosłownie kilka złotych od osoby przez godzinę jeździmy z Iwanem – dorabiającym do marnej emerytury jako „taksówkarz” – od dworca do lotniska, od lotniska do jednego hotelu, od tegoż hotelu do drugiego hotelu, i potem jeszcze raz z powrotem do hotelu pierwszego.

Trzy dni w Kijowie to czas idealny, żeby i pozwiedzać, i wypocząć po męczącej podróży pociągiem. Oczywiście przede wszystkim ciągnie nas na Majdan Niezależnosti, na którym wciąż widać ślady niedawnych wydarzeń: barykady, namioty i baraki, wyrwaną kostkę brukową, opony (skąd oni wzięli w centrum miasta setki - ba! – tysiące starych opon samochodowych?), hełmy i kaski, dziury po kulach w szybach i ścianach, symboliczne ołtarzyki i krzyże… Ale poczucie tragizmu i powagi jakoś krzyżuje się z atmosferą jarmarku, bazaru. Działają już knajpy i restauracje, ogródki piwne, wszędzie są stoiska z „majdanowymi” pamiątkami, mniejszym i większym kiczem (sprzedają nawet papier toaletowy z podobiznami Putina!)… No i ludzie, którzy jeszcze pozostali w tych namiotach, którzy gotują w tych wielkich garach i palą ogniska w centrum stolicy – to jest naprawdę jakiś margines społeczny. Mówią to sami Kijowianie – zostali ci, którzy ani nie pracują, ani nie mają stałego miejsca zamieszkania. Dla nich „Majdan” stał się sposobem na życie – zbierają pieniądze, zaczepiają ludzi, wypraszają o żywność, herbatę, kawę czy papierosy dla jakiejś-tam kolejnej sotni, rzekomo bohatersko walczącej z milicją… No i, niestety – wszędzie widać te czarno-czerwone flagi UPA, wilcze haki, portrety Bandery… Większość mieszkańców ma tego dość. Majdan się wypalił – mówią. Ale to wszystko zniknie. Niebawem – nawet bardzo niebawem, szybciej, niż ktoś mógłby się spodziewać.

Ostatni dzień spędzamy na położonej na Dnieprze wyspie zwanej Hydropark. To popularne wśród mieszkańców miejsce letniego wypoczynku, pełne barów, knajp, dyskotek. Na piaszczystych plażach nawet w środku tygodnia są tłumy ludzi. Woda wprawdzie nie jest tak krystalicznie czysta, jak w Bajkale – ale wykąpać się można. Ostatni etap, z Kijowa do Katowic, pokonujemy już samolotem – dzięki tanim liniom lotniczym można zaoszczędzić bardzo dużo czasu. A już rankiem następnego dnia, z polskich wiadomości, dowiadujemy się, że nowy mer Kijowa Władimir Kłyczko postanowił w końcu zrobić porządek na centralnym placu stolicy, i wysłał przeciwko wciąż demonstrującym milicję. Skończyła się miesięczna podróż, skończył się „Majdan”. Pora wrócić do rzeczywistości i do codzienności – dla wszystkich.

Koniec
Michał Soska
Myśl Polska, nr 39-40 (28.09-5.10.2014)