Majdan się wypalił

majdan soska.jpg
Przez 3 dni – od 4 do 6 sierpnia – chodziłem po Kijowskim Majdanie Niezależnosti (zwanego od kilku miesięcy „Euromajdanem”): pomiędzy barykadami, stosami opon, namiotami z jednej – a budkami z piwem, straganami z „majdanowymi” pamiątkami i plastikowym kiczem z drugiej. Pierwszego dnia po powrocie do kraju, 7 sierpnia, z porannych wiadomości dowiedziałem się, że majdan znowu płonie, bo nowe władze postanowiły się rozprawić z tym dzikim obozowiskiem.

Szczerze muszę przyznać:nowy mer-bokser Władimir Kliczko powinien iść za ciosem i w końcu zrobić porządek w centrum ukraińskiej stolicy, przypominającym tragikomiczną krzyżówkę placu boju i śmierci z jarmarkiem i cygańskim obozowiskiem.

Majdan to centralny plac Kijowa, a przylegająca do niego ulica – Chreszczatyk – to główna aleja stolicy. Od początku zamieszek i demonstracji w grudniu ubiegłego roku – przez ponad 7 miesięcy! – panuje tu „stan wyjątkowy”. Majdan, przylegające do niego uliczki i częściowo Chreszczatyk, zablokowane są dla ruchu drogowego. Panują tutaj nadal „rewolucjoniści”, a może raczej „czwarta brygada nowej Ukrainy”? Chodząc bowiem po Majdanie i Chreszczatyku uczucia ma się bardzo pomieszane, a wrażenia sprzeczne: czy to jest plac boju, na którym ginęli ludzie, czy też jarmark ze straganami i barami z piwem?

Sterty opon. Namioty. Barykady. Powyrywany z chodników bruk, dziury po kulach w ścianach i oknach, symboliczne groby, krzyże, znicze. A tuż obok, pomiędzy tym wszystkim – stoiska z pamiątkami, plastikowym kiczem, papierem toaletowym z podobizną Putina, bary i restauracje. W gorącym lipcowym słońcu spacerują turyści. Fotografują się na tle barykad, opon, wraku milicyjnej ciężarówki – i piją zimne piwo lub zagryzają pizzę w ogródku restauracji przy samym Majdanie. Między nimi: popi, „Kozacy” z czubami, umundurowani bojówkarze. Ale zbyt wiele z nich wygląda „podejrzanie”. To już nie zwykli obywatele, którzy w słusznym gniewie demonstrowali tu kilka miesięcy temu.

Na pierwszy rzut oka widać, że ta kolorowa zbieranina niekoniecznie musi mieć bezpośredni związek z tamtymi wydarzeniami. Zbyt wiele osób wygląda wystarczająco charakterystycznie, by domyślić się, że nie mają oni stałego miejsca zamieszkania, pracy, rodzin, obowiązków i ułożonego życia. Mieszkańcy Kijowa mówią wprost o bezdomnych i drobnych złodziejach, którym w samym środku stolicy po prostu jest dobrze. Palą ogniska, gotują w wielkich garach zupy, zbierają od ludzi pieniądze i żywność „na potrzeby obrońców wolności”, popijają różne trunki…

Nad majdanowym obozowiskiem wciąż powiewają flagi. Bardzo różne flagi. Są ukraińskie, są i polskie. Są unijne, są i czarno-czerwone sztandary UPA, krzyże skrajnie nacjonalistycznego UNA-UNSO, neonazistowskie wilcze haki. Co kilka kroków widać pozdrowienie UPA „Sława Ukraini – hierojam sława”. Przy wejściu do prowizorycznej siedziby Prawego Sektora namalowane są swastyki, a kilkanaście metrów od wielkiego portretu ludobójcy i zbrodniarza Bandery powiewa proporczyk NSZZ „Solidarność”. Ten ideologiczny chaos, zresztą charakterystyczny dla Majdanu od samego początku demonstracji, teraz zlewa się jeszcze z chaosem i brudem starych i nowych „rewolucjonistów” oraz pstrokacizną straganów, budek i knajp.

Odczucia na Majdanie są skrajne i przeciwstawne. Tutaj ginęli ludzie – to prawda, widoczna w symbolicznych grobach, krzyżach, wciąż widocznych dziurach od kul, w zwiędłych kwiatach i wypalonych zniczach. Ale teraz nie jest to miejsce zadumy, pokory i przestrogi. To miejsce handlu, wątpliwa atrakcja turystyczna dla przybywających już do Kijowa zagranicznych gości i sposób na życie dla ludzi, którzy niczym „czwarta brygada” II RP chcą jechać dalej na wózku „rewolucji”, choć ten cel swój już osiągnął, a konie zostały wyprzęgnięte.

Nowy, „majdanowy” mer Kijowa – Władimir Kliczko – spróbował zrobić z tym tragikomicznym cyrkiem porządek. Mimo kilku wcześniejszych porozumień z wciąż demonstrującymi i (przesuwanych z świąt Wielkanocy na koniec maja) kolejnych terminów opuszczenia placu – Majdan i Chreszczatyk wciąż były zablokowane. Kliczko spróbował więc uprzątnąć centrum stolicy, przywrócić jej normalne funkcjonowanie. Zapewne przeczuwał, że towarzystwo koczujące w namiotach i na barykadach nie zechce choćby i na jesień zebrać się „do domu”.

Zapewne wiedział, że cieszy się dużym poparciem społecznym wśród mieszkańców Kijowa, którzy w dużym stopniu są zdania, że Majdan swoją rolę już odegrał, że czas powrócić do pracy, do normalności i obowiązków. Ci, co zostali, tego jednak nie chcieli. Stawili opór milicji, przysłanej przez nowe władze. Znów zapłonęły opony – setki opon, znoszonych najwyraźniej jeszcze na długo po zakończeniu walk i obaleniu Janukowycza. Porządku na Majdanie przywrócić się nie udało, mniejszości (znów) udało się narzucić swoją wolę większości, odwołując się do przemocy. Majdan się wypalił – ale z płonących opon wciąż unosi się czarny dym.

Michał Soska